piątek, 10 marca 2017

Rodzinne dramaty




Autor: Colleen Faulkner
Tytuł: Julia i jej córki
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 384
Gatunek: literatura współczesna







Caitlin nie żyje. Świat całej rodziny staje na głowie. Jej mama pogrąża się w rozpaczy. Jej tato ucieka w pracę. Siostry dziewczynki przeżywają tragedię po swojemu. Pogodzenie się z tym dramatem szczególnie ciężko przychodzi Hayley. To ona ją zabiła. 

Na książki kobiece przypominające prozę Jodi Picoult czy Diane Chamberlain ochotę mam zawsze, zwłaszcza gdy oznaczone są pieczątką klubu „Kobiety to czytają”. Wielokrotnie przekonałam się, że ten znaczek jest niczym gwarancja jakości i zapewnienie, że dana powieść należy do najlepszych w swoim gatunku. Tym razem oczywiście nie mogło być inaczej.

Faulkner rzeczywiście przypomina mi wspomniane wyżej autorki. Przede wszystkim ze względu na wybrany przez nią temat, którego realizacji byłam niezmiernie ciekawa. Nie umiałam sobie wyobrazić sytuacji matki tracącej córkę w wypadku spowodowanym przez jej drugie dziecko. Czy gniew i rozczarowanie mogą przesłonić miłość? Czy coś takiego można komuś wybaczyć, nie wyłączając z tego grona swego potomstwa? Faulkner poradziła sobie z tym temat mistrzowsko, pięknie pokazując emocje towarzyszące matce w trakcie żałoby i wewnętrzne rozerwanie. Nad czymś takim nie można tak po prostu przejść do porządku dziennego i to czuć na każdej stronie. Autorka zwinnie porusza się w świecie zrozpaczonej matki, ale także załamanej córki.

„Moja córka nie żyje. Chcę posypać głowę popiołem, oderżnąć sobie włosy nożem kuchennym i rzucić się na ziemię, pod którą w marmurowej wnęce, w urnie spoczywają jej prochy”.

Podoba mi się, że pisarka zdecydowała się pokazać tę historię z kilku perspektyw, naprzemiennie zagłębiając się w relację Julii i Hayley, a także najmłodszej córeczki. Dzięki temu opowieść ta jest nie tylko ciekawsza, ale też pełniejsza. Taka narracja pozwala nam lepiej wczuć się w emocje każdej ze stron, a także wprowadza pewne napięcie i oczekiwanie na powrót do przerwanej końcem rozdziału opowieści danej bohaterki. Faulkner bardzo zgrabnie oddała charakter każdej z postaci, z jednej strony wczuwając się w kobietę po przejściach i matkę nastoletnich córek, z drugiej w dziewczynki otoczone chaosem i zagubione w nowej rzeczywistości.

Temat utraty dziecka i pogodzenia się z losem świetnie sprawdził się w otoczeniu tak interesujących kwestii jak rodzinne zawirowania, problemy małżeńskie czy okres dojrzewania. Kwestie te ładnie uzupełniały całość, ale też nadały jej nieco inny wymiar. Dzięki nim powieść stała się jeszcze głębsza i bardziej emocjonalna, a także pasująca do przeróżnych okoliczności. Tematy te zostały wplecione w całość subtelnie i nie zdominowały motywu przewodniego, choć nadano im dość wyrazisty charakter.

„Nie mogę wiedzieć, jak to jest być Hayley. Nie tak naprawdę. Moja córka umarła, ale Hayley odpowiada także za śmierć siostry”.

Faulkner ma lekkie pióro i czyta się ją niezwykle przyjemnie. Pięknie operuje słowem, nie waha się, opowiada składnie, na temat. Można by pomyśleć, że ta historia faktycznie miała miejsce, a ona była jej uczestnikiem czy świadkiem, choć nawet w takiej sytuacji nie jestem pewna, czy mogłaby opowiedzieć ją tak dobrze. Rozdziały mają odpowiednią długość, relacje kolejnych bohaterek pojawiają się w dobrym momencie, żeby wzbudzić niepewność i zaciekawienie czytelnika. Wszystko zostało dopracowane, niczego nie jest za dużo i nic jest na wyrost. A przy całym ciężarze tego tematu powieść czyta się niezwykle szybko, błyskawicznie pokonując historię i wciąż dziwiąc się, że koniec nastąpi niebawem.

„Julia i jej córki” to wspaniała książka o tym, jak trudno być kobietą i jak ciężko mierzyć się z losem każdego dnia. Melancholijna, ale także przepełniona nadzieją i optymizmem. Warto poświęcić jej trochę czasu i uwagi. 

Za możliwość poznania tej pięknej historii dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka. 

środa, 8 marca 2017

Masakra




Autor: Liao Yiwu
Tytuł: Za jeden wiersz. Cztery lata w chińskim więzieniu
Wydawnictwo: Czarne
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 480
Gatunek: literatura faktu 






Czy jeden wiersz może zmienić czyjeś życie? Oczywiście. Życie Liao przekreślił na zawsze. Mężczyzna spędził cztery lata w chińskim więzieniu, a kiedy już udało mu się wydostać, nic nie było takie samo. Pobyt w więzieniu okazał się dopiero początkiem niekończącego się koszmaru.

„Nigdy nie miałem zamiaru być bohaterem, ale w kraju, w którym rządził obłęd, musiałem zająć jednoznaczne stanowisko. Masakra była moim utworem, a mój utwór- moim protestem”.

Chiny to jedno z tych miejsc, w których lepiej się nie wychylać. Nie wyrażać głośno swoich poglądów, nie krytykować systemu i nie próbować w jakikolwiek sposób z nim walczyć. Yiwu przekonał się o tym na własnej skórze. Jako jeden z niewielu skrytykował czerwcowe wydarzenia na placu Tiananmen, nie potrafił pozostać obojętnym na śmierć tylu młodych i niewinnych osób. Trochę żalu i emocji przelanych na papier sprawiły, że zasłużył na przydomek kontrrewolucjonisty i trafił na czarną listę władz.





„Państwo zarządzające na wzór Gułagu swoimi więzieniami i obozami nie jest nowoczesnym państwem, lecz maoistycznym reliktem w przebraniu cudu gospodarczego. Ceną jest ubezwłasnowolnienie i represje spotykające Chińczyków”.






Na początku Yiwu opisuje pokrótce swoje dzieciństwo i małżeństwo. Informacji tych wystarczy na dosyć intrygujący wstęp, nie przytłaczają one i nie zniechęcają do oczekiwania na to, co interesuje czytelnika najbardziej- pobyt w więzieniu. A kiedy już do niego docieramy otrzymujemy relację barwną, obrazową i bardzo soczystą. Autor nie opowiada nieśmiało, nie kryje się za tabu. Wręcz przeciwnie. Stawia kawę na ławę. Chętnie wspomina o tym, co przeżył. Wspomina wydarzenia i ludzi. Z jego opisów wyłania się miejsce koszmarne, w którym poradzą sobie tylko najsilniejsi. Dla kolejnych pozostanie to, o czym wszyscy myśli, ale boimy się powiedzieć głośno- przemoc, gwałty, poddańczość.

Spotkałam się z opinią, że relacja Yiwu była przesadzona, że za dużo w niej było o molestowaniu więźniów czy masturbacji. Ale absolutnie się z tym nie zgadzam. I nie chodzi bynajmniej o gustowanie w takich opisach, czy smakowanie się w takich szczegółach. Autor opisał czytelnikom wydarzenia, które rzeczywiście miały miejsce. Czy powinien część z nich pominąć, przemilczeć, ułagodzić? Bez sensu. Cieszę się, że pisze szczerze, a ta przykra prawda pozwala nam lepiej poznać te okoliczności i bardziej zapada w pamięć.

Ta relacja zrobiła na mnie duże wrażenie. To opis czterech lat walki, przede wszystkim o samego siebie, ale także o ludzi, którzy z czasem stali się bliscy, zastąpili rodzinę i przyjaciół. Szalenie smutno jest mierzyć się z tym samemu i to czuć w kolejnych rozdziałach. Ciężko czytało mi się o więźniach skazanych na karę śmierci, czasem za błahe wykroczenia. Nie rozumiem, jak można normalnie funkcjonować w takim państwie. Ale z drugiej strony, jaki wybór pozostaje tym ludziom?




„W Chinach prawdopodobnie wykonuje się więcej wyroków śmierci niż w jakimkolwiek innym kraju na świecie”.

Yiwu pokazał nam świat, w którym nic nie jest czarne albo białe, a ludzi nie sposób jednoznacznie podzielić na dobrych i złych. Bo źli się nie tylko strażnicy czy funkcjonariusze, zły jest nie tylko system. Mrok ukazuje się także w osadzonych- więziennych przywódcach, kapusiach, tych, którym wszystko już jedno. Dużo w tej książce smutku, przemocy, melancholii. I nie zostają one tak naprawdę niczym przełamane czy złagodzone. Ale to takie miejsce. Nic tego nie zmieni.

Czas spędzony przy tej powieści nie był w żadnym razie stracony. Warto się nad nią pochylić, dowiedzieć się więcej, spróbować zrozumieć. Treść nie należy do lekkich i przyjemnych, ale czyta się dobrze. I na pewno z lektury tej sporo wyniesiemy, co nieco zostanie nam w głowie, skłoni do refleksji. 

Za możliwość poznania tej historii serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czarnemu. 

wtorek, 7 marca 2017

Stosik 3/2017

Dziś trochę inaczej, bo to stosik specjalny. Wszystkie książki widocznie na zdjęciu pozyskałam w ramach książkowych wymian. Tych powieści trafiło do mnie zdecydowanie więcej, ale z tych jestem szczególnie zadowolona.

A Wy lubicie się wymieniać?



niedziela, 5 marca 2017

Dlaczego?




Autor: Hanya Yanagihara
Tytuł: Małe życie
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 816
Gatunek: literatura współczesna







Piękni, młodzi, z apetytem na życie i nadzieją na realizację marzeń. Ale nie wszyscy będą mieli ku temu okazję. Niektórzy nigdy nie wymażą z pamięci tego, co ich spotkało, a przeszłość ostrymi szponami zniszczy wszelkie oznaki szczęścia.

        „Czym było szczęście, jak nie ekstrawagancją, stanem niemożliwym do zachowania, po części dlatego, że tak trudno go wysłowić”?


„Małe życie” okazało się dla mnie nie takim znowu małym wyzwaniem. W dużej mierze ze względu na swoje gabaryty, ale przede wszystkim biorąc pod uwagę treść, która jest o wiele cięższa, niż samo wydanie powieści. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że od razu mnie oczarowała, a nawet gdy to już się stało, bałam się, że nie podołam i nie dotrę do zakończenia. Tak wiele bólu, smutku i melancholii złamało mi serce i kilkakrotnie miałam wrażenie, że po odłożeniu powieści, nie będę w stanie do niej powrócić. Wróciłam, skończyłam i nie jestem pewna, co powiedzieć. To przepiękna opowieść, ale tam mocno nacechowana przykrymi wydarzeniami, ludzkim okrucieństwem i niesprawiedliwością losu, że chyba wolałabym jej jednak nie polecać.

Płakałam przy niej jak dziecko. Więcej niż jeden raz. Choć nie uważam się za osobą przesadnie wrażliwą, ta książka szalenie mnie poruszyła i chyba nie ma takiej możliwości, bym kiedyś o niej zapomniała. Podczas czytania towarzyszyło mi tak wiele emocji, że momentami odnosiłam wrażenie, że niedługo wybuchnę. Złością. Gniewem. Płaczem. Kolejny raz. Nie mieściło mi się w głowie, że ludziom mogą przytrafiać się takie rzeczy. Raz za razem. I znowu. Tak, jakby przeznaczono dla nich cały zapas cierpienia. A ja cierpiałam wraz z bohaterami, których pokochałam.


Autorka wyraźnie lubuje się w trudnych tematach, nie pozwalając czytelnikowi na chwilę oddechu. Powieść stanowi raniącą mieszankę najboleśniejszych i najokropniejszych tematów, jakie my, ludzie, możemy sobie wyobrazić. Molestowanie seksualne, przemoc, uzależnienie od narkotyków, bieda- to tylko kilka z nich. I nawet piękna przyjaźń między bohaterami i miłość, która praktycznie się nie zdarza, nie są w stanie złagodzić i zrównoważyć wszystkich tych okropieństw. Dla nich nie ma odpowiedniej skali, nie ma żadnego hasła bezpieczeństwa, nie ma końca. To jedno wielkie pasmo nieszczęść, którego świadkiem i uczestnikiem się stałam. I czasami myślę, że gdybym posiadała część tej wiedzy wcześniej, nie zdecydowałabym się na tę lekturę.

Bohaterzy książki to przyjaciele, których przyjaźń nie raz zaskakuje czytelnika. Głęboka, emocjonalna, na całe życie, ale także niestroniąca od komplikacji i upadków. To relacja, o której nie jest łatwo czytać i pisać. Zastanawiająca, refleksyjna, silna, zdaje się, że na życie i śmierć. Jeden z bohaterów wyróżniał się spośród pozostałych, swoją niepewnością, kruchością, nadwrażliwością i zamknięciem na świat. I to właśnie Jude jest w tym dziele postacią tragiczną. To właśnie jemu współczułam. I jego pokochałam. Gorąco pragnęłam przekazać mu trochę ciepła, pokazać, że świat wcale nie jest taki zły, tylko jak? W tej fikcyjnej powieści znalazło się tyle realizmu i prawdziwego życia, że urzekła mnie i poruszyła bardziej niż historie oparte na faktach.

„On sam nie wie, jak objaśnić siebie samego”.


Czyta się powoli i nielekko. Nie wynika to ze stylu autorki, która pisze zrozumiale, lekko i płynnie przesuwa się po kartach powieści. Po prostu nie można lekko czytać o ludzkich dramatach, zwłaszcza tych, które wyrazić powinno się wyłącznie drukowanymi literami. To wielkie dzieło, ilustrujące właściwie całe życie jego bohaterów, dopracowane, przemyślane, niezapomniane, ale czyta się je powoli, z rozmysłem i z przerwami na oddech i na uspokojenie. Przy tej powieści bardzo trudno zebrać myśli, być opanowanym, cieszyć się własnym życiem. Bo to opowieść o piekle, jakim okazało się życie innych i nie sposób przejść nad tym łatwo do porządku dziennego.

Nie sposób łatwo o niej zapomnieć. Chciałabym napisać więcej, lepiej, ale nie mogę. Autorka przelała na mnie ból bohaterów i chciałabym, żeby te koszmary zostały ukryte. W trakcie pisania tego tekstu znowu ogarnął mnie smutek. Widzicie, niełatwo pozbyć się tych emocji. Nie można o nich zapomnieć. 

Recenzja bierze udział w wyzwaniu OLIMPIADA CZYTELNICZA. 

sobota, 4 marca 2017

MUST READ MARZEC

W marcu moją uwagę zwróciło zaledwie sześć tytułów, a jednak ta niedługa lista okazała się bardzo różnorodna :)


Wierzymy w uczciwość i mądrość sędziów. Ich rzetelność i bezstronność stanowią podstawę całego systemu sądownictwa. Ufamy, że zagwarantują nam sprawiedliwe procesy, chroniąc prawa wszystkich stron postępowania, karząc tych, którzy czynią źle, i nadzorując prawidłowe i sprawne funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości. Ale co się dzieje, gdy sędzia nagina prawo lub bierze łapówki? Lacy Stoltz bada prawidłowy przebieg procesów sądowych na Florydzie. Jest prawniczką, a nie policjantką, do jej obowiązków należy odpowiadanie na skargi dotyczące przebiegu postępowania sądowego. Po dziewięciu latach pracy w komisji, wie, że powodem większości problemów jest niekompetencja. Ale afera korupcyjna w końcu trafia na jej biurko.




Dla Julii Maxton nie ma nic straszniejszego niż utrata jednej z trzech córek. Staje w obliczu tej tragedii w dniu, gdy jedna z nich, siedemnastoletnia Haley, powoduje wypadek samochodowy, w którym ginie jej młodsza siostra, Caitlin. Sześć tygodni później rodzina jest na skraju rozpadu. Julia stara się nie okazywać Haley wrogości, ale chowa do niej głęboką urazę. Ben, jej mąż, staje się emocjonalnie obojętny, najmłodsza córka, Izzy, nie może dojść do siebie, a Haley, choć uparcie twierdzi, że nic jej nie jest, robi wszystko, by temu zaprzeczyć. 
W obawie przed utratą drugiego dziecka Julia postanawia zabrać Haley w podróż przez cały kraj. Może w samochodzie - gdzieś między Nevadą a Maine - uda się im zasypać przepaść, która je rozdzieliła. Ale najpierw kobieta musi znaleźć odpowiedź na szereg bolesnych pytań. Czy jest dobrą matką? Czy w głębi serca odpowiedzialną i uroczą Caitlin kochała bardziej niż upartą i buntowniczą Haley? Czy Haley w ogóle może jeszcze odnaleźć spokój i pogodzić się z nią? W najbardziej złożonej i skłaniającej do myślenia powieści, jaką ma na swoim koncie Colleen Faulkner, niewyobrażalna tragedia staje się początkiem drogi ku nadziei i wybaczeniu. Szczera i zapadająca w pamięć opowieść ukazuje zaskakujące pokłady siły, dzięki którym rodzina jest  w stanie przetrwać nawet największy kryzys.




Miranda, fotografka natury, zostaje wysłana na małą wyspę, aby sfotografować lokalną przyrodę. Towarzyszy jej jedynie sześciu osobliwych naukowców. Kobieta przywiązuje się do egzotycznej i współtowarzyszy, jednak mimo zażyłości zaczyna odczuwać dziwny niepokój. Atmosfera robi się coraz gęstsza; słychać szepty o legendzie mówiącej, że miejsce ich zamieszkania zwie się „Wyspami Śmierci”… A z każdym kolejnym aktem przemocy robi się… duszno. I już każdy jest podejrzany o najgorsze.









Lata 60. XX wieku. Kiedy etniczna mniejszość Igbo zakłada swe własne państwo, wybucha wojna domowa. W ogarniętym konfliktem kraju krzyżują się losy służącego Ugwu, pięknej Olanny, która porzuciła dostatnie życie w Lagos, aby zamieszkać ze swym ukochanym oraz Richarda, radykalnego Anglika, oczarowanego enigmatyczną siostrą bliźniaczką Olanny. Ogarnięci wstrząsającymi okropieństwami wojny starają się przetrwać w świecie konfliktów klasowych, religijnych, rasowych i ekonomicznych.






Piękno i brzydota nie zawsze są kwestią wyglądu.
 
Wyobraź sobie, że gdy przychodzisz do szkoły, oczy wszystkich są wbite w jeden punkt.
W listę.
Czy znajdziesz na niej swoje nazwisko? A jeśli tak, to w której kategorii?
 
Co roku ktoś - nie wiadomo, kto - wybiera dwie dziewczyny z każdego rocznika. Jedna zostaje okrzyknięta najpiękniejszą, druga - najbrzydszą.
O tych spoza listy natychmiast się zapomina. Wybrane nagle znajdują się w centrum uwagi całej szkoły. 
Na liście są nazwiska ośmiu dziewcząt. W świecie po liście ich życie już nigdy nie będzie takie samo.


O Boko Haram wiadomo mniej niż o reżimie Północnej Korei, choć to jedna z najbardziej okrutnych organizacji terrorystycznych na świecie, a na jej czele stoi znany z fanatyzmu Abubakar Shekau. Kierując się prawem szariatu, sekta walczy o utworzenie w Nigerii kalifatu, współpracuje z Al-Kaidą i przysięgła wierność Państwu Islamskiemu.
O jej istnieniu Zachód dowiedział się w kwietniu 2014 roku, gdy krzyczący „Allah Akbar" żołnierze Boko Haram porwali z internatu w niewielkim mieście Chibok dwieście siedemdziesiąt sześć dziewcząt. Miliony internautów, aktywiści, politycy, w tym Michelle Obama, zjednoczyli się pod hasłem #BringBackOurGirls.
Bauer dotarł do części dziewcząt, którym cudem udało się uciec z niewoli na bagnach Sambisy. Przerażone opowiedziały mu o koszmarze i przemocy pod sztandarem Koranu. Ich relacje dokumentują zbrodnie i dają wgląd w strukturę organizacji, która w ostatnich latach zamordowała więcej ludzi niż Państwo Islamskie.
W książce autor nie tylko opisuje dramat kobiet, lecz także ostrzega, że fala uderzeniowa przemocy i chaosu łatwo dotrze z Nigerii do Europy.

Czy któryś z tych tytułów wpadł Wam w oko?

A może przeoczyłam coś ciekawego?

czwartek, 2 marca 2017

Na grobach




Autor: Wojciech Tochman
Tytuł: Eli, Eli
Wydawnictwo: Czarne
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 152
Gatunek: literatura faktu







Uwielbiam reportaże i chętnie zaczytuję się w literaturze faktu. Wiele razy przekonałam się, że nie jest to tematyka łatwa, a świadomość prawdziwości smutnych rzeczy, o których czytam, sprawiała, że oczy zachodziły mi mgłą. Mimo wszystko wciąż wracam, choć z jednej strony kocham te historie, a z drugiej ich nie chcę.




Nie czytałam i nie znałam Tochmana. Być może to nazwisko pojawiło się wcześniej przy innej okazji, ale nie utknęło mi w pamięci. Sięgnęłam po tę książkę zaintrygowana tematem, ale również mocnym ostrzeżeniem, że po lekturze już nigdy nie będziemy podróżowali tak, jak wcześniej (a może żyli?).






Autor snuje swoją opowieść w sposób specyficzny. Nie można tutaj mówić o prostocie czy lekkim stylu. Może dlatego, że w temacie tym lekkości czy prostoty zwyczajnie brak. Czytamy o zagłodzonych dzieciątkach, chorujących ludziach skazanych na śmierć, czy mieszkańcach cmentarzy, którzy choćby mogli wybrać inaczej, wolą żyć na grobach. Tochman stawia kawę na ławę, albo raczej chlusta nam nią w twarz. Nie istnieje dla niego żadne tabu, nie owija w bawełnę i nie próbuje opowiadać delikatnie. Bezkompromisowo i bez właściwego wstępu wprowadza nas w świat szalonej niesprawiedliwości, wielkiej biedy i głębokiej melancholii. Rzeczywistość tak bardzo inną od naszej, jak tylko można sobie wyobrazić.

Każdy kolejno wybierany przez niego temat szokuje, porusza, budzi złość. A kiedy wydaje nam się, że wystarczy, że więcej usłyszeć już nie damy rady, on załącza kolejne zdjęcie, które zapada nam w pamięć jeszcze mocniej, niż opisy poznanych ludzi i odwiedzonych miejsc. Każde zdanie w tym reportażu jest niezwykle wyraziste, obrazowe, niezwykle mocno i sugestywnie wpływa na naszą wyobraźnię. Dzięki Tochmanowi stajemy się świadkami książkowych wydarzeń, zaczynamy czuć odpowiedzialność, a nawet winę za los tych ludzi.



Nie jestem pewna, który temat poruszył mną najbardziej, bo wszystkie dogłębnie mną wstrząsnęły. Bieda, ciężkie warunki życia, głód- to kwestie zaskakujące mnie wciąż na nowo, jednak mam wrażenie, że dzięki temu reportażowi nabrały w moich oczach innego wymiaru i charakteru. Pierwszy raz spotkałam się z tematem życia na cmentarzu. Wciąż nie mogę uwierzyć, że ludzie mogą tak funkcjonować- na grobach spać, gotować, wychowywać dzieci. Co najciekawsze, nawet Ci mający wybór, postanawiają tam pozostać, bo to się opłaca. Darmowy prąd, tania woda, blisko do sąsiadów, a prywatność zapewnić sobie można całkiem łatwo. Szok i niedowierzanie łączą się w moim umyśle w zaskakującą i wybuchową mieszankę.





„Cmentarz to superkomfort, powietrze i relaks. Takiej wolności nigdzie indziej nie znajdziesz. Nikt za nic nie chce pieniędzy. Ani za dom, ani za elektrykę. A prądu tu nie brakuje nikomu”.

Mocno poruszyła mną także wizja osób lubujących się w takiej biedzie, turystów, którzy pragną zrobić sobie zdjęcie z miejscowymi, a następnie z takim obrazkiem wrócić do swojego normalnego życia. Sępów czerpiących przyjemność z oglądania takiego życia. Jakie jest nasze miejsce w tamtym świecie? Jaki stosunek powinniśmy mieć do tamtego życia? Czy w jakiś sposób moglibyśmy pomóc?





„Dziś to już żaden bajer: widok kalectwa i choroby, nawet rzadkiej, albo budzi w nas niesmak, albo zwyczajnie nas nudzi”.





W trakcie czytania na wierzch wypływają kolejne pytania, a smutne refleksje nie pozwalają o sobie zapomnieć. Poczułam się bardzo zdołowana tą lekturą, mając świadomość, że wizja takich Filipin już mnie nie opuści. Jestem zła. Na bezduszny świat. Na ludzką głupotę. Na pieniądze, które podobno nie są najważniejsze. Gorycz, rozczarowanie, zmęczenie. I pytanie- jak Tochman może po tym wszystkim normalnie żyć? Czy to możliwe?

Recenzja bierze udział w wyzwaniach: 
CZYTAM BO POLSKIE, 
OLIMPIADA CZYTELNICZA, 
LITERATURA FAKTU. 


środa, 1 marca 2017

Luty na zdjęciach

W lutym nie udało mi się przeczytać tyle książek, co w poprzednim miesiącu, ale za to trafiłam prawie wyłącznie na dobre i świetne tytuły, a jakość liczy się w tym przypadku najbardziej :)

Miesiąc rozpoczęłam przeczytaniem "Światła...". Przed długi czas próbowałam zdobyć tę książkę i cieszę się, że w końcu mogłam ją poznać. Cudowna powieść. 


Staram się poznawać polskich autorów. Raz bywa lepiej, raz gorzej. Ale kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana :)


Mocno zachwalane "Prawo Mojżesza" okazało się dla mnie trochę przereklamowane. 


Na wakacje wybrałam się z Cobenem. 


Jolanta Kosowska to moim zdaniem jedna z najlepszych autorek polskich książek obyczajowych. 


Zofia Posmysz zabrała mnie w trudną podróż śladem wspomnień z pobytu w Oświęcimiu. Pozycja niełatwa, ale warta każdej minuty.


Kilka godzin poświęciłam również na tropienie mordercy.


A jaki był Wasz luty?

Które tytuły Was zachwyciły?