czwartek, 30 maja 2019

poniedziałek, 27 maja 2019

Anne Sverdrup-Thygeson "Terra insecta. Planeta owadów"



Autor: Anne Sverdrup-Thygeson
Tytuł: Terra insecta. Planeta owadów
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2019
Gatunek: literatura faktu
Liczba stron: 256







Owady chyba nigdy nie kojarzyły mi się zbyt pozytywnie. Kąsające komary, natrętne muszki, nieprzyjemne mrówki. Mam wrażenie, że zawsze słyszałam o nich więcej złego, niż dobrego, a przynajmniej do złego bardziej mi one pasowały. Nigdy nie pomyślałabym więc, że te stworzonka mogą mnie tak po prostu zainteresować.

Po „Planetę owadów” sięgnęłam trochę z przypadku. Prawdopodobnie nigdy nie zwróciłabym uwagi na ten tytuł, gdybym nie otrzymała możliwości jego przeczytania i zrecenzowania od wydawcy. Pomyślałam, że nie mam nic do stracenia. Dopatrywałam się w tym tytule historii pełnej pasji i oddania dla pracy, która stała się życiowym celem i wyzwaniem. Takie opowieści są zawsze u mnie mile widziane.

„Planeta owadów” to powieść naukowa, jednak śmiało mogę powiedzieć, że nie brakuje jej również dość rozrywkowego charakteru. To właśnie takie połączenie faktów z poczuciem humoru i lekko ironicznym językiem autorki najbardziej mnie w tej książce ujęło. Czytałam ją z ogromną ciekawością i nie mniejszą przyjemnością, wielokrotnie czytając fragmenty narzeczonemu i nie raz dając się ponieść wielkiemu rozbawieniu.

Ciężko uwierzyć, że można pisać lekko o takich sprawach, pozwalając czytelnikowi w te anegdotki i informacje się zaangażować i sprawiając, że rzeczywiście on się w tym świecie odnajdzie. Nie mogę oczywiście powiedzieć, bym po tej lekturze została wielkim specjalistą od tych małych stworzonek, ale sporo faktów zostało mi w głowie i z pewnością nigdy nie spojrzę już tak samo na muchy czy mrówki.


Książkę podzielono na kilka rozdziałów, z których każdy kolejny jest niemniej interesujący od poprzedniego. W ten sposób autorka umiejętnie uporządkowała zgromadzone wiadomości i własne obserwacje, pozwalając przy tym, by każdy czytelnik znalazł coś dla siebie. Taka konstrukcja sprawia, że nawet maruderzy mogą w tym temacie się odnaleźć, skupiając się na co bardziej interesujących dla nich kwestiach. A przyznać trzeba, że nie brakuje tutaj ciekawostek, smaczków, faktów zaskakujących, ale też zabawnych.

Czy możecie sobie wyobrazić, że jeden z gatunków motyli posiada oczy na penisie a inny uszy w otworze gębowym?

Czy wiecie, że za zapylanie kakaowców odpowiada niezwykle pracowity gatunek komara?

Czy słyszeliście, że masa wszystkich ludzi świata mogłaby nie wystarczyć, by spokojnie wyżywić populacje pająków?

To tylko kilka perełek, które zapadły mi w pamięć. Mogę Wam zagwarantować, że w książce znajdziecie ich o wiele więcej. Oderwijcie się od tego, co czytacie. Dajcie szansę przyrodzie i owadom. Zweryfikujcie swoja wiedzę i zmieńcie nastawienie. W końcu żyjemy na Planecie Owadów!   

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Znak. 

niedziela, 26 maja 2019

Artur Urbanowicz "Inkub"




Autor: Artur Urbanowicz
Tytuł: Inkub
Wydawnictwo: Vesper
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 728
Gatunek: horror








Dziwna śmierć w Jodoziorach wstrząsa mieszkańcami. Przybyli na miejsce funkcjonariusze policji nie potrafią zrozumieć, co właściwie się wydarzyło. Śledztwo prowadzi ich do wydarzeń sprzed 40 lat i zła, które chyba nie zostało okiełznane…

Z twórczością Artura Urbanowicza spotkałam się dwukrotnie. Jego poprzednie książki, choć mocno mnie przeraziły, okazały się na tyle interesujące, że zepchnęłam na bok własne lęki i sięgnęłam po kolejną. Tym razem szczególnie interesująca okazała się dla mnie tematyka. Takie nowoczesne polowanie na czarownice szalenie mnie kusiło.

„Inkub” to następna przemyślana, dopracowana i bardzo intrygująca powieść w dorobku Urbanowicza. Choć nie potrafię z całkowitą pewnością stwierdzić, która spośród przeczytanych podobała mi się najbardziej, to będąc już po lekturze następnej z nich, muszę przyznać, że autor wciąż się rozwija. Jego wyobraźnia i pisarska wena przyciągają czytelników i nie pozwalają im na ani jedną chwilę nudy. Podczas lektury nie ma się ochoty na przystanki, choć w tym przypadku przerwy wymusza na nas rozmiar powieści.

Moje czytelnicze doświadczenie zakłada, że dzielenie fabuły między teraźniejszość i przeszłość w przypadku takich historii zawsze wypada korzystnie, zwłaszcza, kiedy autor książki rzeczywiście potrafi dawkować informacje, budować napięcie, płynnie przechodzić do kolejnych rozdziałów i przerywać je w najmniej odpowiednim momencie, potęgując ciekawość i wzmagając apetyt. Takich pisarskich umiejętności nie można Urbanowiczowi odmówić. Zarówno fragmenty dotyczące bieżących wydarzeń, jak i te mające miejsce w odległej przeszłości, wzbudziły we mnie wiele emocji i nie potrafię powiedzieć, które bardziej przypadły mi do gustu.



Autor wykreował niebanalną, szczegółową i poruszającą historię, która w dużej mierze przykuwa uwagę, poprzez uczucie napięcia, towarzyszące czytelnikowi w trakcie jej poznawania. Każdy detal, informacja, bohater zajmują w tej powieści własne miejsce, składając się na niepokojącą całość. Szalenie się obawiałam, że ta książka rozszarpie moje nerwy, a do snów przywoła koszmary, ale ciekawość wzięła górę. Dla takich utworów można zaryzykować i się poświęcić. Tym razem jednak opisywana historia nie okazała się dla mnie tak mroczna i działająca na wyobraźnię jak poprzednie. W przypadku mojej strachliwej natury muszę to jednak policzyć autorowi na plus.

Duże znaczenie miało dla mnie również rozwinięcie fabuły i przedstawienie kolejnych wydarzeń. Sposób, w jaki Urbanowicz postanowił nam tę historię opowiedzieć, całkowicie mnie przekonał. Odważny i nieustraszony policjant, który prowadzi śledztwo w sprawie odkrycia sprawcy zadziwiających wydarzeń. Interesująco, przewrotnie i niepokojąco. Nikt przecież nie powiedział, że zjawiska nadprzyrodzone nie zasługują na solidne dochodzenie oraz doświadczonego funkcjonariusza. Wręcz przeciwnie- taki zestaw sprawdza się w tym przypadku idealnie.

Autor powieści przeniósł na strony książki nie tylko bogatą wyobraźnię. Ta historia nie byłaby tak dobra, gdyby nie pisarskie doświadczenie oraz wspaniałe przygotowanie. Nie można tak po prostu usiąść i z biegu stworzyć fabuły zajmującej przeszło 700 stron. To wymaga nakładu pracy, czasu, chęci, organizacji, zacięcia. I w trakcie czytania widzimy, że żadnego z tych elementów nie zabrakło.

„Inkub” to złożona i wielowątkowa powieść, która może zachwycić. Jak przekonałam się na własnym przykładzie, nie trzeba być wielbicielem horroru, by takiej historii poświęcić czas. Urbanowicz to pisarz zdolny, zasługujący na czas i pozytywne refleksje czytelnika. A czy Wy dacie mu szansę?

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Agencji Business&Culture.

piątek, 24 maja 2019

Jakub Ćwiek "Szwindel"




Autor: Jakub Ćwiek
Tytuł: Szwindel
Wydawnictwo: Marginesy
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 400
Gatunek: literatura współczesna 








Grono oszustów i przekręt stulecia. Czy wszyscy wyjdą z tej gry obronną ręką?
Dawno już żadna powieść nie wywołała we mnie tak mieszanych uczuć jak „Szwindel”. Opisana historia, intrygująca okładka, znane nazwisko- te elementy sprawiły, że sięgnęłam po nią niemalże bez zastanowienia. I to chyba był błąd.

Wydaje mi się, że nie jestem przesadnie wymagającą czytelniczką, jednak są pewne rzeczy, których zawsze oczekuję sięgając po konkretną powieść i nie ma w tym miejsca na ustępstwa. Rozpoczynając lekturę książki, którą wydawca określił jako kryminał, pozwalając sobie nadrukować tą nazwę na okładce, mam szczerą nadzieję, że faktycznie ten kryminał otrzymam. Niestety nie tym razem. Fabuła powieści jest interesująca, może miejscami nawet nieco mroczna, ale w moim odczuciu na pewno nie jest kryminalna, a to mnie trochę rozzłościło i zabolało.

Nie lubię takiego naciągania, a moim zdaniem historia dotycząca przestępstwa niekoniecznie kryminałem być musi- bo i dlaczego? Zamiast tego wymarzonego i ulubionego gatunku otrzymałam natomiast zbiór oszustów prezentujących swoje sztuczki. Ciekawe, zastanawiające, dające do myślenia, ale mało tak naprawdę zaskakujące. Momentami odnosiłam wrażenie, że ta książka bardziej przypomina reportaż niż jakikolwiek inny gatunek. Co ciekawe, została oparta na faktach, co mogę autorowi zapisać po stronie pozytywów.


Akcja książki nie oszołomiła mnie także szybkością i dynamiką. Kolejno mamy okazję poznać uczestników tego zadziwiającego spektaklu, który choć intrygujący, to niestety mało zdumiewający. Mimo że książkę czytało mi się dobrze i całkiem szybko, to jednak prędko poczułam zmęczenie tym tematem, z trudem próbując stłamsić odczucie, że nie tego oczekiwałam. Lektura, która początkowo zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie, dłużyła mi się niemiłosiernie, budząc coraz więcej nieprzyjemnych odczuć.

Na korzyść autora muszę przyznać, że ma przyjemny i lekki styl, który sprawia, że po prostu dobrze się go czyta. W połączeniu z interesującym tematem i gronem dość charakternych bohaterów wypada to całkiem przyjemnie i może gdyby nie fakt, że nastawiłam się na inną przygodę, to potrafiłabym rzeczywiście to wszystko docenić.

Nie jestem pewna, czy w tym tekście przekazałam to, co rzeczywiście chciałam przekazać. Czuję się bardzo zmieszana, bowiem nieczęsto zdarza mi się tak mocno kogoś uczepić. A jednak nie zaskoczyło. Niestety.

Książkę otrzymałam w ramach współpracy z portalem www.czytampierwszy.pl.


czwartek, 23 maja 2019

Christie Watson "Pielęgniarki"




Autor: Christie Watson
Tytuł: Pielęgniarki
Wydawnictwo: Marginesy
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 320
Gatunek: literatura faktu 







Poznajcie Christie- pielęgniarkę z długim stażem i olbrzymim doświadczeniem. Niezwykłą kobietę, która postanowiła pokazać czytelnikom, jak wygląda jej praca oraz przybliżyć im lepsze i gorsze momenty. 

Po książkę Christie Watson “Pielęgniarki” sięgnęłam z dwóch powodów- z jednej strony bardzo cenię sobie literaturę faktu i ciężko jest mi przejść obojętnie obok tak emocjonalnych i życiowych opowieści, z drugiej zaś strony zachęciła mnie okładkowa rekomendacja Adama Keya, którego zachwycającą powieść „Będzie bolało”, również miałam okazję niedawno czytać.

Przyznam szczerze i z wielką radością, że nie zawiodłam się na tej opowieści. Tym, co ujęło mnie najbardziej jest szczerość zawarta w opisach, doświadczeniach i wspomnieniach, jakie autorka umieściła na kartach książki. Chyba w rzeczywistości nie spodziewałam się tak dużej szczerości, wspaniale współgrającej z dość lekkim stylem Christie Watson. W tej powieści nie brakuje detali, autorka nie chowa się za żadnym tabu. Przedstawia życiowe sytuacje opisując ja płynącymi prosto z serca słowami. A fakt, że korzysta z przyjaznego czytelnikowi języka, pozwala sobie na język potoczny, przelewa swe emocje, sprawia, że całość wypada wzruszająco i przekonująco.

Byłam zaskoczona tym, jak wiele uczuć pojawiło się we mnie podczas lektury. Czasami były to odczucia bardzo pozytywne, a momentami udzielał mi się nieprzyjemny nastrój autorki, towarzyszący tym najsmutniejszym czy najgorzej wspominanym chwilom. Tym samym, pokonując kolejne rozdziały książki, mieszały się we mnie niepokój, melancholia, a czasami złość, które przełamywane były nadzieją czy wybuchami śmiechu, bo i takie się zdarzały. Życiowość i realizm tej historii sprawiają, że łatwo jest wziąć ją sobie do serca i na chwilę znaleźć się na miejscu autorki.


„Pielęgniarki” to ważna lektura, która stanowi osobliwe połączenie doświadczeń, wspomnień i informacji. Watson nie przedstawia bowiem czytelnikowi jedynie konkretnych sytuacji, w których uczestniczyła. Ona opisuje także w jaki sposób funkcjonuje szpital, jak działają poszczególne oddziały, jak odbywa się szkolenie pielęgniarek w Wielkiej Brytanii. Dzięki temu jej opowieść staje się nie tylko słodko- gorzkim pamiętnikiem, ale również prawdziwą skarbnicą wiedzy.

Zanim jednak przejdziemy do tych wspomnień ze szpitalnych korytarzy, mamy okazję poznać nieco lepiej młodszą Christie. Dziewczynkę, która nie była pewna, jak pokierować własnym życiem i jakie decyzje podjąć. Kobietę, która szybko dorosła i jeszcze szybciej przekonała się, czym jest odpowiedzialność. Poznając jej historię zdarzyło mi się pomyśleć, że rzeczywiście- nie zawsze musimy wszystko wiedzieć od razu. Czasami potrzebujemy więcej czasu, by poznać siebie i zadecydować. Dzięki temu ta opowieść stała się dla mnie jeszcze bardziej wartościowa- pouczająca i inspirująca.

Cieszę się, że przeczytałam wspomnienia Christie Watson, że towarzyszyłam jej w odwiedzinach u pacjentów i wraz z nią tuliłam noworodki. „Pielęgniarki” okazały się mądrą i życiową lekturą, której warto poświęcić czas. Literatura faktu to jeden z najbardziej cenionych przeze mnie gatunków, a sięgając po takie książki przypominam sobie dlaczego tak jest.

Książkę otrzymałam w ramach współpracy z portalem www.czytampierwszy.pl.

wtorek, 21 maja 2019

Izabela M. Krasińska "Najlepsza przyjaciółka"




Autorka: Izabela M. Krasińska
Tytuł: Najlepsza przyjaciółka
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 362
Gatunek: literatura współczesna







Choć Joanna spełnia się zawodowo, a u jej boku stoi wymarzony narzeczony, kobiecie ciężko pozbyć się wrażenia, że czegoś jej brakuje. Kiedy pewnego dnia w jej życiu pojawia się Elwira, Asia szybko obdarza ja sympatią, angażując się w tę znajomość bez cienia wątpliwości. Nowa znajoma wydaje się wiedzieć lepiej, czego Joannie potrzeba. Tylko czy rzeczywiście?  



Sięgając po „Najlepszą przyjaciółkę” liczyłam na sporą dawkę emocji, którą zapewnić mogą książki obyczajowe w najlepszym wydaniu. I z wielką przyjemnością muszę przyznać, że tytuł ten faktycznie wywołał we mnie mnóstwo odczuć różnego rodzaju. Niezwykła mieszanka, na którą składało się niedowierzanie, zaskoczenie, poruszenie czy złość, sprawiła, że moje zainteresowanie powieścią nie słabło, a jej temat mnie nie nużył.



Trzeba też szczerze powiedzieć, że Krasińska umiejętnie oraz z dużym wyczuciem łączy ze sobą kwestie, które wspaniale się nawzajem przeplatają i uzupełniają, pozwalając by czytelniczki czuły, że trafiły na opowieść napisaną właśnie dla nich. I choć może opisywana tematyka nie jest przesadnie wyszukana, to związana z nią problematyka sprawia, że całość nabiera realizmu i autentyczności. Szczególnie, że mowa przecież o sprawach trudnych, obciążających i towarzyszących bohaterkom od lat.

„Najlepsza przyjaciółka” to dramat dwóch kobiet, które połączyła zadziwiająca więź. Choć na początku wydawały się być pokrewnymi duszami, to autorka szybko wyprowadza nas z błędu, udowadniając, że nic nie jest takie, jakim się wydaje. Bardzo podoba mi się, w jakim kierunku potoczyła się akcja powieści, nabierając przy tym nieco złowieszczego charakteru. Przez cały czas podczas lektury towarzyszyło mi kilka pytań. Co rzeczywiście wiemy o otaczających nas ludziach? Jak dobrze udało nam się ich poznać? I czego możemy się po nich spodziewać?

Mogę Wam natomiast powiedzieć, czego spodziewać się po powieści Izabeli Krasińskiej. Nacechowanej emocjami historii. Ludzkich dramatów. Zwrotów akcji. Dobrego zakończenia. Silnych charakterów. Moim zdaniem brzmi to jak zbiór składników mogących zapewnić powieści sukces. Idealna mieszanka sprawiająca, że powieść obyczajowa dostarczy nam dokładnie tego, czego od niej oczekujemy i czego w niej szukamy.


Autorka zaskoczyła mnie dojrzałym, dopracowanym i lekkim stylem. Przyjazne czytelniczkom pióro sprawia, że kolejne rozdziały umykają nam w zaskakującym tempie, a całość śmiało można poznać jednego popołudnia. Choć Krasińska skupia się raczej na opisach, analizach zachowania bohaterów, ich refleksjach i odczuciach, nieco po macoszemu podchodząc do dialogów, to takie przedstawienie tej historii jak najbardziej się sprawdza.



Dużą ulgę odczułam także zastanawiając się nad kreacją bohaterów. Miło jest dodać, że i na tym polu niczego autorce nie można zarzucić. Odwołując się do przeszłości, motywując ich działania, pozwalając nam zająć wobec podejmowanych przez nich decyzji odpowiednie stanowisko, sprawia, że całość nabiera przekonującego wymiaru, a sylwetki poszczególnych postaci nabierają barw i ludzkich cech.

„Najlepsza przyjaciółka” nie należy do tych powieści, które w moich oczach mogłyby zaliczać się do grona bestsellerów. Ale spędziłam z nią przyjemny, odprężający, a przy tym także pouczający czas. To lekkie, ale mądre czytadełko, pozwalające na chwilę oderwać się od własnych spraw i przenieść do świata bohaterów.

Za możliwość poznania tego tytułu serdecznie dziękuję księgarni internetowej selkar.pl.


poniedziałek, 20 maja 2019

Natalia Budzyńska- Dzieci nie płakały




Autor: Natalia Budzyńska
Tytuł: Dzieci nie płakały
Wydawnictwo: Czarne
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 392
Gatunek: literatura faktu 







Po literaturę obozową sięgam dość chętnie i raczej regularnie. Choć mam z nią nieco doświadczenia, za każdym razem temat ten na nowo wywołuje we mnie mnóstwo emocji i przez długi czas nie pozwala się otrząsnąć. Mimo że opisywane wydarzenia budzą skrajne, często negatywne odczucia, niełatwo jest się od nich oderwać. Szczególnie, gdy książkę napisano w taki sposób, jak w tym przypadku.

Podążając za piórem Natalii Budzińskiej mamy szansę poznać zaskakującego człowieka, który zatarł w sobie dobro i zapomniał o swych niezwykłych uczynkach, kierując się śladem zbrodni. Alfred Trzebiński dał się bowiem poznać, jako lekarz pełen współczucia i oddania dla chorych. Nie żałował im swojego czasu, wspierał finansowo, swoimi umiejętnościami ratował zdrowie i życie. Tym bardziej ciężko zrozumieć, jak taka osoba mogła o tym wszystkim zapomnieć i tego się wyrzec.

Czy rzeczywiście możemy skrywać w sobie tyle dobra i zła jednocześnie?

Czy ludzka natura może być tak skomplikowana?

Czy brutalne czyny można w jakiś sposób usprawiedliwić?

Czy morderca zasługuje na rozgrzeszenie?

Podczas lektury miałam wrażenie, że autorka szuka odpowiedzi właśnie na te pytania. Czytałam z wielkim zainteresowaniem, z jednej strony usiłując choć trochę zrozumieć postępowanie jej wuja, z drugiej zaś mierząc się z emocjami i refleksjami. Sięgając po tę książkę nie byłam do końca pewna, czego się spodziewać, dla Natalii Budzyńskiej musiało być bowiem rzeczą niezwykle trudną rozprawić się z rodzinnym brzemieniem w taki sposób. Zastanawiałam się, czy będzie umiała podejść do tematu z pewnym dystansem, na chłodno, obiektywnie.



Po lekturze mogę szczerze powiedzieć, że jej rzetelność, przygotowanie i poświęcenie zasługują na uznanie. Widać, że rzeczywiście sobie to przepracowała, że poświęciła czas na zebranie informacji i napisała tę opowieść tak, jak tego ona wymagała. Nie da się ukryć, że to mocna, zapadająca w pamięć i zatrważająca historia. Autorka nie chowa się za żadnym tabu, nie oszczędza czytelnika, opisy uzupełnia fotografiami, sprawiając, że całość wypada bardzo autentycznie i emocjonalnie.

„Dzieci nie płakały” to odwołanie się do smutnych, ale prawdziwych wydarzeń. Możliwość spojrzenia na piekło oraz człowieka, który w tym piekle znalazł sobie miejsce. To również piękne świadectwo historyczne, przypominające dni, które nie powinny zostać zapomniane. To ślad historii, o której często nie mówi się już tak głośno, ale wciąż pamięta dzięki stałemu ich dokumentowaniu.

Natalia Budzyńska sprawiła, że poczułam się tak, jakbym sama uczestniczyła w tych wydarzeniach. Spowodowała, że przez moje serce przetoczyło się tornado emocji, a mój umysł został na długo zaprzątnięty przez pytania, na które nie jest łatwo znaleźć odpowiedzi. Natalia Budzyńska nie obawiała się jednak szukać. Doceńmy jej starania i sięgnijmy po jej książkę.

Za możliwość poznania tej powieści dziękuję Wydawnictwu Czarnemu.

niedziela, 19 maja 2019

MAJOWY STOSIK

Dawno nie pokazywałam Wam żadnego stosiku, a tym razem trafiły mi się naprawdę wyjątkowe tytuły :)


Od czego powinnam zacząć?

Jakie wyjątkowe powieści trafiły w maju w Wasze ręce?

środa, 15 maja 2019

Jenny Blackhurst "Tak cię straciłam"




Autor: Jenny Blackhurst
Tytuł: Tak cię straciłam 
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 416
Gatunek: thriller psychologiczny 







Po kilkuletnim pobycie w zakładzie psychiatrycznym, Susan wychodzi na wolność. Wydaje się, że kobieta uporała się z przeszłością, a nowa tożsamość pozwoli jej rozpocząć wszystko od początku. Ale ktoś postanawia namieszać Susan w głowie, sugerując, że dokonana przez nią zbrodnia nigdy nie miała miejsca…

Z twórczością Jenny Blackhurst spotkałam się już wcześniej, przy okazji lektury powieści “Zanim pozwolę ci wejść”. Bardzo dobrze wspominam tamtą książkę i liczyłam na to, że i tym razem nie zawiodę się na stylu i wyobraźni pisarki.

„Tak cię straciłam” rozpoczyna się dość powoli i raczej spokojnie. Choć zapowiada się dobrze, to jednak nie od razu wydarzenia nabierają rozpędu. Narracja jednak jest na tyle interesująca, a język autorki tak lekki i przyjazny, że czyta się dobrze i nawet nie zauważa, kiedy mijają kolejne strony, a akcja zaczyna się toczyć w zawrotnym tempie. W ten sposób, stopniowo wprowadzając nas do świata Susan, zapoznając z przeszłością, dając do zrozumienia, jak niewiele jeszcze wiemy, Blackhurst wyostrza nasz czytelniczy apetyt i pozwala, by buzowało w nas napięcie.

A jak to bywa w przypadku dobrego thrillera, nie mogło się obyć bez kilku niezbędnych elementów- mrocznej przeszłości, skrywanych tajemnic, niepokojących bohaterów, zwrotów akcji i uczucia, że to tylko cisza przed burzą, a wszystko zmierza w kierunku nieznanego i niewyjaśnionego. Tym razem również nie zabrakło w powieści tych elementów, dzięki czemu rzeczywiście podczas lektury możemy poczuć olbrzymią ciekawość, lekki niepokój oraz konieczność podążania za autorką w celu rozwiązania zagadki. Bo dopiero kiedy wszystkie składniki układanki znajdą się na swoim miejscu, czytelnik może się przekonać, że ta lektura warta jest poświęconego jej czasu i wypada wyjątkowo dobrze na tle obiecywanych, a jednak dość mdłych thrillerów, które zalewają rynek każdego dnia.


„Tak cię straciłam” to dobrze zaplanowana, gruntownie przemyślana i świetnie spisana historia, w której ciężko do czegokolwiek się przyczepić. Z jednej strony bowiem autorka bazuje na sprawdzonych technikach, opierając się na sekretach i pokazując, jak wpływają one na życie bohaterów, wykorzystuje mroczną przeszłość, a książkowe postacie obdarza zestawem bardzo nieprzyjemnych cech. Z drugiej zaś strony Blackhurst wprowadza do książki kwestie, które uderzają w czytelnika z innego powodu, nadając całości realizmu, skłaniając nas do refleksji i konieczności zajęcia stanowiska wobec opisywanych wydarzeń.

Duże znaczenie w przypadku tego typu historii ma niewątpliwie sposób ich przedstawienia. A czy można mocniej podziałać na wyobraźnię czytelnika, niż decydując się na relację z pierwszej ręki? Wydarzenia poznajemy oczami Susan, bohaterka opowiada także o swoich odczuciach. Dzięki temu całość nabiera charakteru, wydaje się bardziej emocjonalna, przypomina mroczny dziennik. Moim zdaniem pierwszoosobowa narracja zwiększa wartość thrillerów, sprawiając, że wyczuwalne napięcie jest większe, a opisywane sceny zdają się bardziej autentyczne.

Ważną rolę odgrywają w tej opowieści również bohaterzy, zarówno Ci z pierwszego planu, jak i postacie pozostające w tle. Każda z nich została skonstruowana w taki sposób, że pod odpowiednim kątem możemy dostrzec w nich nas samych. Nie zawsze będzie to przyjemne odczucie, ale kto z nas nie ma nic na sumieniu?

„Tak cię straciłam” to przekonująca i niepokojąca historia, która mogłaby się wydarzyć. Czy masz odwagę się z nią zmierzyć?

Za możliwość przeczytania powieści dziękuję Wydawnictwu Albatros.

niedziela, 12 maja 2019

Nele Neuhaus "Dzień matki"




Autor: Nele Neuhaus
Tytuł: Dzień matki
Wydawnictwo: Media Rodzina
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 712
Gatunek: kryminał 







Kiedy na posesji zmarłego Theodora Reifenratha detektywi odnajdują zwłoki kilku kobiet, wszyscy zaczynają się zastanawiać, co rzeczywiście działo się w jego domu. Czy on i jego zaginiona żona faktycznie byli tak dobrymi rodzicami zastępczymi dla przygarniętych dzieci? Czy oprócz ukrytych ciał, śledczy mogą spodziewać się jeszcze innych sekretów?

Za sprawą “Dnia matki” miałam przyjemność już po raz dziewiąty obcować z twórczością Nele Neuhaus. Ulubieni bohaterzy, znajome kąty posterunku policji, nieustraszeni przestępcy i tajemnice przeszłości to tylko kilka elementów, z którymi kojarzą mi się powieści tej autorki. Kiedy widzę jej nazwisko nadrukowane na okładce, nie potrzebuję żadnej dodatkowej rekomendacji.

„Dzień matki” rozpoczyna się brutalnie i gwałtownie. Już pierwsze strony książki uświadamiają czytelnikowi, że ma przed sobą skomplikowaną i krwawą historię, zapraszając go do odbycia mrocznej podróży, podążania tropem książkowych detektywów oraz uczestnictwa wraz z nimi w śledztwie. Mocny akcent na początku wiele obiecuje, szybko jednak można się przekonać, że to nie jest obietnica bez pokrycia. Kolejne rozdziały bowiem sprawiają, że umysł czytającego pracuje na zwiększonych obrotach, a on przez cały czas usiłuje czytać szybciej, niż potrafi, byle tylko poznać następne szczegóły i samodzielnie ułożyć choć fragment układanki.

A uwierzcie mi, że wcale nie jest tak łatwo. Neuhaus przyzwyczaiła mnie do wymagających, myślenia i skupienia, lektur. Akcja jej powieści zawsze jest zawiła, rozgrywa się na kilku płaszczyznach, dostarcza wielu podejrzanych. Tym razem oczywiście nie mogło być inaczej. Kolejne ofiary i kolejni potencjalni sprawcy- taka wybuchowa mieszanka stanie się niezłą gratką dla każdego wielbiciela kryminałów. A i innych elementów, obowiązkowych w przypadku tego gatunku, nie brakuje. Ciężko doszukać się niedociągnięć czy ewentualnych błędów, a całość uzupełniona zostaje o interesujący i dający do myślenia wątek obyczajowy. Czy można chcieć czegoś więcej?

Tym, co szczególnie cenię w twórczości Nele Neuhaus, jest poważne podejście do przedstawienia policyjnego śledztwa. Ani razu bowiem nie spotkałam się z sytuacją, w której akcja zaczyna przypominać telewizyjne serialne, a detektywi zaskakują nas zadziwiającymi metodami, umożliwiającymi im znalezienie podejrzanego w kilka minut. Powieści tej autorki opierają się na trudnych sprawach, wymagających nie tylko odpowiedniego podejścia, doświadczenia, mądrości i szczęścia. Przede wszystkim niezwykle ważny element stanowi w tym miejscu czas. Śledczy badają dowody, sprawdzają informacje, szukają powiązań, oferując nam solidne i realistycznie poprowadzone dochodzenie.

Pia Sander i Oliver von Bodenstein to bohaterzy, których szczerze polubiłam. Spotkaliśmy się wiele razy, a te spotkania za każdym razem okazywały się interesujące i satysfakcjonujące. Mam wrażenie, że poznałam ich wyjątkowo dobrze, a z każdą kolejną powieścią poznaję jeszcze lepiej. Kiedy myślę o tych postaciach i otaczającym ich świecie, nie mogę pozbyć się wrażenia, że to już coś więcej niż książkowa rzeczywistość. Neuhaus stworzyła po prostu tak kompletny, dopracowany, fascynujący czytelnika świat, że niezwykle łatwo jest się w nim zatracić i zapomnieć na chwilę, że poruszamy się szlakiem literackiej fikcji.

„Dzień matki” to wyjątkowy, pełny wyzwań kryminał, od którego ciężko się oderwać. Autorka ustawiła sobie poprzeczkę bardzo wysoko, jednak przez cały czas z wielką klasą udowadnia, że wciąż potrafi zaskoczyć i w dalszym ciągu warto po jej powieści sięgać. Szczerze Was do tego zachęcam.

Za możliwość przeczytania powieści dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina.

czwartek, 9 maja 2019

Klester Cavalcanti "Nazywają mnie śmierć"




Autor: Klester Cavalcanti
Tytuł: Nazywają mnie śmierć
Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 320
Gatunek: literatura faktu 







“Nazywają mnie śmierć” to tytuł, którego lektury wyczekiwałam od momentu, kiedy ujrzałam go w zapowiedziach. W tej książce dopatrywałam się możliwości zrozumienia, dlaczego Julio Santana został seryjnym zabójcą i przekonania się, co pchnęło go do podjęcia takiej decyzji zabicia blisko 500 osób. A dodając do tego fakt, że uwielbiam wszelkiego rodzaju reportaże, ten tytuł stanowił dla mnie po prostu pozycję obowiązkową.

Książkę Cavalcantiego czyta się bardzo dobrze od samego początku, szczególnie, że autor od razu przechodzi do tematu, już na pierwszych stronach wyjaśniając, jak wyglądało pierwsze morderstwo, którego dopuścił się nieletni wówczas Julio. Cavalcanti, podpierając się wspomnieniami Santany, opisuje przebieg wydarzeń szczegółowo, starając się oddać wszystkie uczucia i emocje, jakie towarzyszyły chłopcu. Podoba mi się, że autor podszedł do sprawy w taki sposób. Podczas lektury miałam wrażenie, że ów morderca kształtuje się na moich oczach.

Ta niezwykła możliwość „obserwowania” tego procesu była dla mnie w tym miejscu bardzo istotna. Chciałam bowiem przekonać się, co prowadzi ludzi do podejmowania takich decyzji. Czy to kwestia charakteru? Czy zło wyniesione z domu? A może zwyczajnie kuszą duże pieniądze? I Cavalcanti tą powieścią na moje pytania odpowiedział, pozwolił mi zrozumieć. Pokazał, jak rozpoczęła się ta niepokojąca kariera, a także jak się zakończyła.

To, na co zwróciłam również uwagę i co miało dla mnie spore znaczenie, to pokazanie warunków, w jakich żył Julio. Zwrócenie uwagi na panujące w jego rodzinnych stronach zwyczaje. Kolejne strony uświadomiły mi, jak wyglądała codzienność chłopca i jego rodziny. Miałam okazję obserwować co jedli, towarzyszyć Juliowi podczas polowania, poleżeć z nim na hamaku, czy przepłynąć się łódką. Takie odmalowanie jego rzeczywistości, odwołanie się do niej, sprawiło, że całość nabrała w moich oczach realizmu i stała się bardziej autentyczna.

„Nazywają mnie śmierć” to książka interesująca i dobrze napisana. Przedstawia kilka morderstw, w jakie zaangażowany był chłopak. Cavalcanti opisuje szczegóły, pisze, ile Julio zarobił, podkreśla, kto zlecił zabójstwo i dlaczego. I takie kwestie okazały się dla mnie, jak najbardziej interesujące. Nie spodziewałam się na przykład, że seryjni zabójcy kierują się jakimiś zasadami, że także mają swój kodeks. Dlatego mogę śmiało powiedzieć, że książka sporo mnie nauczyła i po jej lekturze miałam chęć podyskutować o tej nabytej wiedzy.

I choć przykro mi o tym pisać, szczególnie po tym pozytywnych aspektach, jakie opisałam, to jednak, mimo wszystko, czuję pewne rozczarowanie. Mam wrażenie, że autor nie wykorzystał potencjału tej historii. Sięgając po tę powieść spodziewałam się więcej. Więcej informacji, przypadków, szczegółów. Tymczasem odniosłam wrażenie, jakby ktoś wyciął środek tej książki. Poznałam początki kariery chłopca, trochę wspomnień i zakończenie tego procederu. Tak naprawdę niewiele się dowiedziałam na temat tego, w jaki sposób działał, jakie były jego najtrudniejsze zlecenia, jakie porażki mu towarzyszyły, jak zmieniały się jego metody i czy się zmieniały, albo jakie zmiany zaszły tak naprawdę w nim samym. Tego wszystkiego mogę się co najwyżej domyślać. A szkoda.

Za przesłanie książki do recenzji bardzo dziękuję Agencji Bisness&Culture oraz Wydawnictwu Muza. 

poniedziałek, 6 maja 2019

Ninni Holmqvist "Jednostka"



Autor: Ninni Holmqvist
Tytuł: Jednostka
Wydawnictwo: Editio
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 280
Gatunek: fantastyka 








W starzejącym się społeczeństwie nie ma miejsca dla ludzi, którzy nie posiadają dzieci. Wraz z osiągnięciem odpowiedniego wieku trafiają oni do Jednostek, które za przymusowy udział w badaniach i donacje organów zapewniają im schyłek życia w luksusowych warunkach. Jedną ze zbędnych jest Dorrit, która podczas pobytu poznaje miłość swojego życia. Czy jest dla nich jakaś szansa? Czy jeszcze mogą stać się potrzebni?



Choć bardzo rzadko zdarza mi się sięgać po książki o podobnej tematyce, a różnego rodzaju zadziwiające alternatywy na temat przyszłości nie do końca do mnie przemawiają, to jednak jest coś takiego w problematyce oddawania organów, że nie mogłam przejść obok tej powieści obojętnie. Po części stało się to również z powodu słabości do „Nie opuszczaj mnie” i pewnego podobieństwa tych historii.




„Jednostka” to książka, która zaintrygowała i przyciągnęła mnie swą fabułą, a następnie już od pierwszych stron zaciekawiła na tyle, że naprawdę nie miałam chęci jej odkładać. Choć tematyka wydaje się nieprawdopodobna, to jednak zbudowanie akcji wokół posiadania potomstwa i wielkiej roli, jaką ten fakt odgrywa w społeczeństwie, stanowi o aktualności i pewnej autentyczności poruszanych spraw. Nie mam dzieci, nie wiem, kiedy będę je miała (czy będę?) i nie potrafię sobie wyobrazić, żebym w związku z tym uważana była za osobę zbędną i niepotrzebną systemowi. Widzę, jak wiele uwagi przywiązuje się do posiadania dzieci, jak ważną to jest sprawą, ale czy rzeczywiście najważniejszą?

Holmqvist stworzyła niepokojącą rzeczywistość, w której wszystko zostało podzielone na czarne i białe. Nie ma w niej miejsca na odcienie szarości- całość została skrupulatnie zaplanowana, wszelkie procesy są sterowane w oparciu o przygotowane procedury, nie ma żadnych luk, w które można by wcisnąć odstępstwa czy wyjątki. To szablonowe podejście do człowieka, bazowanie wyłącznie na istotnych kategoriach, smutna schematyczność i duża bezwzględność sprawiają, że historia porusza i wywołuje dużo emocji.



Śledziłam ją z niesłabnącym zainteresowaniem i wielką przyjemnością, nie mogąc się nadziwić, jak doskonale udało się autorce oddać charakter tego świata i zarysować związaną z tym problematykę. Podczas czytania wielokrotnie odnosiłam wrażenie zadziwiającego realizmu, związane z tym, że przedstawione okoliczności są tak dopracowane i przemyślane. Kreacja bohaterów, przeprowadzane eksperymenty, opis jednostki- czułam, że takie miejsce i taka rzeczywistość faktycznie mogłyby gdzieś  istnieć.

Ukazanie jednostki bardzo mnie ujęło. Każdy szczegół składający się na funkcjonowanie tego miejsca, charakterystyka działań pracowników i mieszkańców, opis upływającego czasu… Całość po prostu mnie przekonała, w takiej formie to wszystko do mnie trafiło. I rzeczywiście zostało to przedstawione fantastycznie. Niewątpliwie jednak ta powieść nie byłaby tak dobra, gdyby nie znakomita kreacja bohaterów. Z jednej strony nastawienie na bieżące wydarzenia, trudne decyzje, prawdziwe dramaty, z drugiej zaś refleksje, wspomnienia, wniknięcie w psychikę. Dla mnie bomba.

„Jednostka” to powieść niepokojąca i zastanawiająca. Nastawiona na wywoływanie emocji, skłaniająca do zajęcia stanowiska wobec opisywanych wydarzeń, emocjonalna i angażująca. Co ważne, jest to również historia zaskakująca, której akcja toczy się w nieprzewidywalny sposób. Kiedy wydaje się, że już wiemy, co zaraz nastąpi, autorka jakby zmieniła zdanie i zaoferowała zupełnie inne zakończenie.

Jestem tą książką oszołomiona. Nie żałuję poświęconego jej czasu. Dla takich opowieści warto zrobić wyjątek.

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Editio.

sobota, 4 maja 2019

Lisa Jewell "Widzę Cię"




Autor: Lisa Jewell
Tytuł: Widzę cię
Wydawnictwo: Edipresse
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 328
Gatunek: thriller psychologiczny







Tom Fitzwilliam to dyrektor do zadań specjalnych. Charyzmatyczna osobowość i przyjemna aparycja sprawiają, że nie tylko uczniowie mają do niego słabość. Wraz z przeprowadzką mężczyzny, w sąsiedztwie zaczynają dziać się niepokojące rzeczy, a liczba sygnałów świadczących o tym, że coś jest nie tak, wciąż rośnie. Kim jest Tom Fitzwilliam? Co powoduje, że doprowadza kobiety do obsesji?

Sięgając po „Widzę Cię” liczyłam na mroczny i zaskakujący thriller psychologiczny, który okaże się słuszną konkurencją dla moich ulubionych tytułów z tego gatunku. Bardzo cenię sobie thrillery wszelkiej maści i zawsze pokładam w autorach duże nadzieje, ze względu jednak na fakt, że spotkałam się z twórczością Jewell po raz pierwszy, nie byłam pewna, czego ostatecznie się spodziewać. Czy autorka dołączy do grona moich ulubionych? A może nie spełniła dużych oczekiwań?

Tym, co w powieści zauroczyło mnie od samego początku, jest świetny styl Jewell. Szybko przekonałam się, że potrafi wspaniale operować słowem, a zrozumiałam to na długo, zanim potrafiłam ocenić fabułę, poczuć napięcie i poskładać w całość wszystkie elementy zagadki. Choć miejscami odnosiłam wrażenie, że historia rozwija się zbyt wolno i nie do końca potrafiłam odnaleźć się w niepotrzebnych momentami wtrąceniach, to ze względu na lekkość narracji, nawet do głowy mi nie przyszło, żeby marudzić, a co dopiero tę książkę odłożyć.

Jewell wprowadza nas w swą opowieść niespiesznie. Śmiało można powiedzieć, że w pierwszej części powieści bardziej skupia się na przedstawieniu bohaterów i nakreśleniu powiązań między nimi, niż na rozwoju akcji. Choć zabieg ten wydaje się w tym przypadku raczej zrozumiały, to ciężko pozbyć się lekkiego uczucia senności i pewnej dozy znużenia. Czyta się dobrze, przyjemnie i szybko, ale podczas lektury wciąż po głowie chodzą nam pytania: kiedy coś się wydarzy? Na co tak długo czekam? I czy rzeczywiście ta cierpliwość zostanie w końcu nagrodzona?


Nie mogę powiedzieć, bym poznając kolejne rozdziały nie czuła żadnego napięcia. Ciężko jednak przyznać, żeby ten niepokój czy obawa przytłaczały. Zdarzało mi się pomyśleć, że ta historia nie do końca ten wyczekiwany thriller mi przypomina, a pasuje bardziej do etykietki „książka obyczajowa z wątkiem kryminalnym”. Tymczasem będąc już po lekturze, zaczynam zdawać sobie sprawę, że autorka po prostu ze mną igrała, wysyłając delikatne sygnały, wodząc za nos, myląc tropy i oczywiście chowając w rękawie kilka asów.

O wiele bardziej dynamiczna druga część powieści sprawia, że łatwo zapominamy o pewnych niedociągnięciach, a przynajmniej ja byłam skłonna je autorce darować. Czytając z zainteresowaniem, determinacją, ale też pewnym dystansem, nie zdawałam sobie do końca sprawy, co tak naprawdę ma miejsce w powieści. I nagle, bez ostrzeżenia, uświadomiłam sobie, że te wszystkie subtelne wskazówki złożyły się na całkiem imponującą zawartość, a całość budzi całkiem przyjemne odczucia, szczególnie, kiedy już wszystkie elementy znajdują się na swoim miejscu, a finał okazuje się sporą niespodzianką.

To, co w powieści zasługuje na uznanie, to profesjonalna kreacja bohaterów, z bardzo wnikliwym spojrzeniem na ich decyzje i to, co do nich doprowadziło. Autorka poświęciła ich charakterystyce sporo miejsca, ale wielokrotnie przekonałam się, że dobrze zrobiła i że to okazało się w tej historii potrzebne. Każdy z nich ma do ukrycia wstydliwe sekrety, kłopotliwą przeszłość lub nieprzyjemną osobowość. A my możemy jedynie próbować dopasować ich do profilu mordercy.

„Widzę Cię” to przyjemny, subtelny thriller, w bardzo kobiecej odsłonie. Dobrze napisany, wiarygodny, budzący emocje. To książka, która może dostarczyć czytelnikom sporo frajdy, szczególnie, kiedy potraktujemy ją z lekkim przymrużeniem oka.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Agencji BookSenso oraz Wydawnictwu Edipresse.