wtorek, 11 lipca 2017

Zapisane w kościach




Autor: Bill Bass
Tytuł: Trupia farma
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 344
Gatunek: literatura faktu 






Trupia farma to miejsce dziwne, niepokojące i niepowtarzalne. Trup ściele się tam gęsto, jednak każde kolejne ciało zostaje przyjęte z wielkim entuzjazmem. Antropolodzy sądowi z wielką precyzją analizują rozkład zwłok, przyczyniając się do poszerzenia wiedzy w zakresie tego, co dokładnie dzieje się z ludzkim ciałem po naszej śmierci. Obrane przez nich metody mogą zadziwiać, czy obrzydzać, niemniej wykonywana przez nich praca jest niezwykle istotna.

Na lekturę „Trupiej farmy” miałam ochotę od bardzo, bardzo dawna. Nie mogłam sobie wyobrazić, że ktoś na co dzień zajmuje się pracą w takim charakterze. Tak po prostu obserwuje rozkładające się ciała, bada je pod kątem różnych aspektów, spogląda na śmierć z takiej perspektywy. Obcuje z różnymi gatunkami obrzydliwych robaków, radzi sobie z duszącym zapachem truposzy, zagłębia się w ten ponury świat zbrodni. A potem jakby nigdy nic wraca do domu, zapominając na chwilę o pracy i tym dziwnym powołaniu.


Największa i najpopularniejsza Trupia Farma została stworzona w 1981 roku przez doktora Billa Bassa. Zanim jednak do tego doszło, mężczyzna zdobywał doświadczenie zawodowe w różnych miejscach i o różnorodnych specjalizacjach. Pierwsza część książki umożliwia nam lepsze poznanie osoby Bassa, zrozumienie jak doszedł do miejsca, w którym się znalazł oraz jak jego zaangażowanie w pracę i naukę wpłynęło na utworzenie tego miejsca. Muszę przyznać, że Bass mnie szczerze zaintrygował. W dużej mierze za sprawą zdeterminowania w dążeniu do celu i pokazania nam, że to, o czym marzymy rzeczywiście jest w naszym zasięgu, a czasem możemy w ten sposób przyczynić się do pomocy innym.

Druga część książki okazała się niemniej ciekawa. Antropolog opowiada o rozwoju farmy, przedstawia swoich współpracowników oraz opowiada o najciekawszych śledztwach, w jakich mieli okazję uczestniczyć i pomóc. Każda z tych historii wywarła na mnie wielkie wrażenie. Ciężko uwierzyć, że istnieją na świecie ludzie, potrafiący czytać z kości bądź fragmentów ludzkiego ciała w taki sposób. Pomagając w ten sposób policji, rodzinom poszkodowanych osób czy sądom oraz firmom ubezpieczeniowym. Odniosłam wrażenie, że dla Bassa i jego towarzyszy nie ma rzeczy niemożliwych, co nie oznacza jednak, że zawsze wszystko przychodzi im łatwo i nigdy się nie mylą.

Choć nie zawsze czytało mi się łatwo, robaki mnie obrzydzały, a rozkładające się zwłoki nie pozwalały skupić uwagi, nie mogłam się oprzeć tej powieści. Z wielką przyjemnością zagłębiałam się w lekturze, angażując się w rzeczywistość, którą mogę poznać jedynie w taki sposób i przekonując się, że w prawdziwym świecie jest jeszcze ciekawiej niż w przepełnionych mrokiem i złem książkach.


Bass zdaje sobie sprawę, że jego czytelnicy to amatorzy i większość z nich niewiele wspólnego ma z antropologią sądową. Dlatego tłumaczy nam wszystko cierpliwie, czasami kilkakrotnie powtarzając te same rzeczy i wracając do nich w kolejnych rozdziałach. Nie miałam nic przeciwko takim wskazówkom. Choć niewiele niestety udało mi się zapamiętać, czytało mi się naprawdę dobrze.





„Trupia farma” to lektura wymagająca, ale szalenie ciekawa i niepozwalająca o sobie zapomnieć. Dobrze, że istnieją takie miejsca i żyją tacy ludzie. Polecam Wam ją serdecznie.


  

niedziela, 9 lipca 2017

Johanna Mo "Tak sobie wyobrażałam śmierć" [recenzja przedpremierowa]




Autor: Johanna Mo
Tytuł: Tak sobie wyobrażałam śmierć
Wydawnictwo: Editio Black
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 320
Gatunek: kryminał 







Młody chłopak ginie zepchnięty na tory metra. Do rozwiązania zagadki jego śmierci przydzielona zostaje nowo stworzona grupa kryminalna na czele z Heleną Mobacke. Dawniej kariera kobiety rozwijała się w zawrotnym tempie, dziś jej osoba kojarzy się innym z osobistą tragedią, jakiej doświadczyła. Tymczasem ginie następny człowiek.

Uwielbiam kryminały i z wielką chęcią sięgam po każdy kolejny tytuł, który można zakwalifikować do tej grupy. Niemniej wiąże się to z dużymi oczekiwaniami z mojej strony i z ograniczonym kredytem zaufania do autora. Johanna Mo urzekła mnie pewnymi aspektami swojej powieści, a tym, co spodobało mi się najbardziej jest kreacja głównej bohaterki. Helena wróciła do pracy po długiej przerwie, próbując odnaleźć się w świecie będącym jej wcześniej tak bliskim i odgrodzić się od traumatycznej przeszłości. Wraz z przekroczeniem progu komendy zdaje sobie jednak sprawę, że nie tak łatwo zapomnieć, zwyczajnie przejść nad osobistymi tragediami do porządku dziennego. A ludzkie dramaty, z jakimi obcuje na co dzień wciąż przypominają jej o własnym rozdartym sercu.

Kolejne strony powieści ukazują nam Helenę jako postać złożoną. Z jednej strony to kobieta złamana przez los, pokonana przez własne słabości, wciąż mierząca się z przeszłością i próbująca odnaleźć się w nowej dla niej rzeczywistości. Z drugiej strony wielokrotnie możemy zaobserwować jak odzywa się w niej dawna siła, do głosu dochodzi policyjne powołanie, a chęć ukarania winnych przesłania jej własne problemy. Bardzo przypadł mi do gustu taki sposób przedstawienia postaci. W moich oczach Helena jest silna, ale jednocześnie ludzka, charyzmatyczna, ale obezwładniona koszmarem, który nigdy jej nie opuści. Bohaterka zdobyła moją sympatię i z chęcią spotkałabym się z nią ponownie.

Fabuła stworzona przez autorkę również została przeze mnie pozytywnie odebrana, a sposób prowadzenia akcji sprawił, że czytało mi się dobrze i nie miałam chęci odkładać książki. Mo wprowadza nas w policyjny świat niespiesznie. Choć szybko pojawia się w powieści kolejna zbrodnia, a niedługo potem następna, ciężko powiedzieć, by akcja gnała i pozostawiała czytelnika w tyle. Nie, wręcz przeciwnie. Zagłębiając się w kolejnych rozdziałach mamy możliwość na spokojnie zastanowić się nad kolejnymi morderstwami. Dlaczego do nich doszło? Jaki związek zachodzi między ofiarami? Czym zasłużyły na śmierć?

Dość spokojne tempo nie stanowiło dla mnie problemu. Z dużą uwagą śledziłam poczynania detektywów, podziwiając ich metodyczne śledztwo i podejmowane przez nich decyzje. Akcja powieści ani trochę nie przypomina kryminalnych zagadek. Funkcjonariuszom nic nie zostaje podane na tacy. Do rozwiązania zbrodni prowadzi ich przede wszystkim ciężka praca, związana z drobiazgowym sprawdzaniem każdego szczegółu i analizowaniem masy danych. A między poczynaniami detektywów możemy nieco skupić się na osobie samego mordercy, który pojawia się między kolejnymi wątkami. Bardzo podoba mi się taki zabieg autorki, umożliwiający czytelnikowi nieco lepsze zrozumienie zachowania sprawcy i poznanie go z trochę innej perspektywy.


Johanna Mo pisze lekko, a przynajmniej na tyle lekko na ile można napisać kryminał. Powieść czyta się szybko, przyjemnie, akcja nie nuży. Analizowanie danych bywa nieco męczące, ale nadaje powieści ton realizmu i mam wrażenie, że zbliża nas do prawdziwej policyjnej pracy. Do gustu przypadło mi także zakończenie, które na pewno w decydujący sposób wpłynęło na moją ocenę tej powieści.





Autorka stworzyła spójną, składną i dopracowaną fabułę, pozwalając nam lepiej poznać metody, jakimi kierują się funkcjonariusze, prawa, którymi rządzi się ich życie osobiste, a także psychikę mordercy. Nieco jednak zabrakło mi pewnego mroku i chłodu charakterystycznych dla skandynawskich kryminałów. Poczucia, że zło podąża za bohaterami krok w krok, a morderca to osoba zuchwała, nieuchwytna i przesiąknięta na wskroś potrzebą mordowania. 

Za możliwość poznania powieści dziękuję Wydawnictwu Editio Black.

piątek, 7 lipca 2017

Wycinki z codzienności




Autor: Joanna Sałyga
Tytuł: Chustka
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 400
Gatunek: literatura faktu 






Nie spodziewała się, że wizyta u lekarza zmieni jej życie. Diagnoza jak przekleństwo. Rak w pełnym rozkwicie.


„Chustka” to opowieść, z którą zmierzyć się niełatwo. To historia utkana z melancholii, smutku, poczucia niesprawiedliwości, poprzetykana optymizmem i nadzieją na lepsze jutro. To nierówna walka człowieka z chorobą. Chęć sięgnięcia po więcej, próba spotkania się z jutrem i strata, która nie mogła być boleśniejsza. A najgorsza jest w tym wszystkim prawda, dyktowana przez życie. Bo „Chustka” to opowieść o życiu, jego najpiękniejszych i zarazem najgorszych aspektach.



To jedna z tych książek, na które nigdy nie ma dobrej chwili. Bo czy może być dobra chwila na zmierzenie się z chorobą? Dla Joanny czas, jaki wybrała sobie choroba, również nie był najlepszy. Zaledwie kilkuletni synek. Miłość, która zdarza się tylko raz. I całe życie przed nią. Na kolejnych stronach zagłębiamy się w jej historię wzlotów i upadków. Dni bez szans i tych zwiastujących jeszcze trochę- czasu, miłości, życia…

Joanna swoją walkę z rakiem opisywała niemal każdego dnia. Czasami oferowała nam kilka rozmów z ukochanymi mężczyznami. Czasami dziękowała za te drobiazgi, o których my na co dzień w ogóle nie myślimy. Czasami zwracała naszą uwagę na to, co rzeczywiście ważne. A czasami pozwalała sobie na chorowanie. Pisany przez nią dziennik to połączenie niezwykłe i niecodzienne. Trochę w nim wierszy, garść piosenek, nieco cytatów. To połączenie dobra ze złem. I piękna z brzydotą. Zdrowia z chorobą. Nadziei i pogodzenia z losem. To wzloty i upadki. Dzień po dniu.






„Szczęście to coś do zrobienia, ktoś do kochania i nadzieja na coś”.








Nasza bohaterka nad chorobą pochyla się nie tak często, jak mogłoby się wydawać konieczne czy niezbędne. Cierpi, zdarza się jej płakać, nie mieć sił. Ale nie robi z siebie ofiary czy męczennicy. To w dużej mierze opowieść kobiety szczęśliwej i spełnionej, która docenia to co ma i stara się w najlepszy sposób wykorzystać to, co jej zostało. Mając świadomość, że czas ucieka, stara się wykorzystać go najlepiej, a minusy przekuć w plusy.

Nie jest to opowieść, z  którą łatwo się zmierzyć. Bo niemówienie czy niepisanie o chorobie nie sprawi, że ona zniknie. Choć jest jej mało, Joanna dozuje nam ją w ograniczonych dawkach, to jej obecność odczuwamy z różną intensywnością. Ona pisze o słabości, o lekarstwach i potrzebnych środkach. Pojawiają się pieniądze, bo wszystko kosztuje. Różne terapie, bo takowe są potrzebne. I recepty, na lepsze jutro. I na szczęście.


„Chustka” to wycinki z codzienności, chwile, które zostały, gdy jej już nie ma. To pustka wypełniona jej słowami. Choć ona próbowała być optymistką, ciężko doszukać się optymizmu w sobie poznając jej historię. Poczucie krzywdy, niesprawiedliwości, okrucieństwa pokrętnego losu narzuca nam się samo w trakcie lektury. Patrzymy na kobietę, której przyszłość została odebrana w cholernie nieludzki sposób, która pozbawiona została jutra. Tak strasznie mi żal.



Ten dziennik przepełniony został emocjami. To ring, na którym spotkały się różne uczucia, zdarzenia, wspomnienia, fragmenty codzienności. Niekończąca się walka. Joanna stara się jednak natchnąć nas optymizmem, zachęca do przewartościowania życia, stanowi przykład. Ona kochała życie. A my?


wtorek, 4 lipca 2017

Katarzyna Kołczewska "Odzyskać utracone" [recenzja premierowa]




Autor: Katarzyna Kołczewska
Tytuł: Odzyskać utracone
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 448
Gatunek: literatura współczesna






Spotkały się po wojnie. Próbują żyć na nowo. Niby razem, a jednak każda po swojemu. W cieniu krzywd, ze śladami łez na policzkach i smutnych doświadczeń w postaci posiwiałych przedwcześnie włosów na ich skroniach. Niby sobie bliskie, a jednak obce. Matka i córka.

Książki dotyczące tematyki wojennej lub mocno z nią związane zawsze są u mnie mile widziane. To jeden z głównych powodów, dla których nie mogłam przejść obojętnie obok najnowszej powieści klubu „Kobiety to czytają”. Akcja powieści rozgrywa się kilka lat po zakończeniu wojny, jednak w sercach bohaterów jest ona wciąż żywa. Nie może to jednak dziwić- jak zapomnieć o czymś takim? Jak wymazać z pamięci utraconych bliskich, człowiecze okrucieństwo i czyny, których z różnych powodów się dopuściło?


Powieściowe bohaterki to najlepszy przykład tego, że wojna wypełniająca umysł i serce na zawsze tam pozostanie. Mirusia spędziła ją na dalekiej Syberii. Jej matka, Maria, w Polsce. Obydwie jednak doświadczenie to zmieniło na zawsze. Przez lata narastało w nich poczucie krzywdy i głębokiej niesprawiedliwości, a niewyjaśnione sprawy kładły się cieniem na wspomnieniach i uczuciach żywionych wobec bliskich. Kołczewska zabiera nas w podróż szalenie smutną, emocjonalnie poruszającą, nastrojoną melancholią. Pokazuje nam różnorodne światy bohaterek, którym w końcu znowu przyszło żyć wspólnie. Ale ich życie już nigdy nie będzie takie samo jak wcześniej.




„W pewien sposób boimy się Mirusi. Boimy się jej wspomnień, jej przeżyć. Nie potrafimy z nią rozmawiać. Boimy się tego, co czai się w jej oczach. Obawiamy się tego, co mogłaby nam powiedzieć”.








Mirusia i jej matka to postacie, które autorce udało się stworzyć w niesamowity sposób. Bardzo wyraziste, charyzmatyczne, naznaczone czasem, bólem i wspomnieniem. Ich przykre doświadczenia, ślady łez, dziesiątki dramatów widoczne są na każdej kartce i w każdym zdaniu opisującym ich smutny los. Kołczewska uderza prosto w czytelnicze serce, wielokrotnie je łamiąc kolejnymi rozdziałami. Stosunki między kobietami bardzo mnie uwierały, ich żale dotykały mnie głęboko. Miałam wrażenie, jakby na kartki powieści przeniesiono prawdziwą historię. Tak wiele znalazłam w niej realizmu, prawdziwego życia, goryczy i poczucia klęski. I wtedy dowiedziałam się, że Kołczewska inspirowała się historią własnej rodziny.

Wojna zmienia każdego. Na zawsze. Niezależnie od okoliczności. Na przykładzie Mirusi i jej mamy zdajemy sobie sprawę, że nie może być inaczej. Lata rozłąki i gnębiące je pytania wyżłobiły w ich sercach rany, które nigdy się nie zagoją, a umysły wypełniły pytaniami, na które nie sposób znaleźć poprawnej odpowiedzi. Wciąż nie mogę wyjść z podziwu, jak pięknie udało się autorce wykreować te postacie. Niewiele by jednak było do chwalenia, gdyby w tym wszystkim zabrakło realistycznego i wiernego tła historycznego. Autorka pokazuje nam obraz miasta zniszczonego wojną, ludzi, którzy w tym mieście ginęli, tych, którzy przeżyli za wysoką cenę. Karty powieści wypełnione są wciąż gorącą krwią, mocno oddziałującą na czytelnika śmiercią i sowiecką okupacją.

Kołczewska zadbała o każdy szczegół. Przedstawienie miasta, język będący mieszanką polskiego i rosyjskiego, wierne ukazanie klasy wyższej. Niczego w tej książce nie zabrakło, do niczego nie można się przyczepić ani nic poprawić. Kolejne rozdziały pochłaniałam w wielką gorliwością, wciąż odczuwając czytelnicze nienasycenie. Dodatkowo napędzały mnie rodzinne sekrety, których autorka wcale nie chciała łatwo zdradzić. A cała historia została napisana czysto, pięknie, wzruszająco.   



Kołczewska to nazwisko, z którym już raz się zetknęłam, ale wtedy przeszłam obok niego dość obojętnie. Zupełnie inaczej sytuacja ma się tym razem. Autorka całkowicie podbiła moje serce. 

Za możliwość poznania tego tytułu dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.

niedziela, 2 lipca 2017

MUST READ LIPIEC

W lipcu tytułów, które naprawdę mnie zainteresowały jest nieco mniej. Może to lepiej, dobrze byłoby skupić się na wciąż rosnących stosach nieprzeczytanych zbiorów własnych :)





W młodości Thordis Elva i Tom Stranger byli parą zakochanych. Potem Tom zgwałcił Elvę. Po dziewięciu latach znów nawiązali znajomość i zaczęli pisać do siebie. Wreszcie postanowili spotkać się w Afryce Południowej, żeby skonfrontować się z przeszłością.

Thordis i Tom zdecydowali się opowiedzieć swoją historię światu, żeby odsłonić istotę przemocy seksualnej i jej konsekwencje.






Liście były zimne i trochę lepkie. Nie dałoby się ich pomylić z niczym innym. Widziała dokładne odwzorowanie ich kształtów na ilustracji w dzienniku ojca. To była jego największa tajemnica, jego skarb i odkrycie – Drzewo Kłamstw. Teraz należy do niej. Podróż, której on nie dokończył, rozpościera się przed nią jak horyzont.

Kiedy ojciec dziewczyny ginie w tajemniczych okolicznościach, Faith postanawia dojść do prawdy. Przeszukując jego rzeczy, odkrywa dziwne drzewo. Drzewo, które żywi się kłamstwami i owocuje, ujawniając skrywane sekrety. Nieprawdy wymykają się Faith spod kontroli, dziewczyna odkrywa, że tam, gdzie kłamstwa zwodzą i mamią, słowa prawdy burzą i niszczą.



Babka autorki zgodnie ze starą tradycją miała zabandażowane stopy, a rodzice przeznaczyli ją na konkubinę generała.

Matka stała się zaangażowaną komunistką walczącą o nowe Chiny. Jednak gdy razem z mężem zaczęli dostrzegać okrucieństwo Mao, oboje doświadczyli bezwzględnych prześladowań podczas Rewolucji Kulturalnej, byli torturowani i zostali zesłani do obozów pracy.

Mała Jung dorastała jako Pionierka z Czerwoną Książeczką pod pachą, ale jako młoda kobieta zdecydowała się skorzystać z cudem nadarzającej się okazji i opuścić swój kraj na zawsze. Mieszkając w Londynie, napisała książkę, która pozwoliła zrozumieć światu, czym tak naprawdę są współczesne Chiny.


Przed dziesięcioma laty, kiedy zaginęła jej najlepsza przyjaciółka, Nicolette wyjechała z Cooley Ridge. W rodzinnym miasteczku pozostawiła bliskich, ukochanego z liceum i mroczną tajemnicę. Kiedy wydaje jej się, że cały tamten świat ma już za sobą dostaje list: „Muszę z tobą porozmawiać. Ta dziewczyna. Widziałem tę dziewczynę”. Tyle wystarczy, by wróciła do domu. Wkrótce po jej przyjeździe do miasteczka znika bez śladu kolejna dziewczyna. Ostatni raz widziano ją, kiedy wchodziła do lasu, tego samego, który Nicolette zna od dziecka. Tajemnica z przeszłości wraca ze zdwojoną siłą, nakręcając spiralę strachu i oskarżeń. Atmosfera w Cooley Ridge się zagęszcza, podejrzani są wszyscy, choć każdy ma alibi. 


Podinspektor Dariusz Suder, parę tygodni po spotkaniu koordynacyjnym polskich i niemieckich służb policyjnych w Szczecinie, wyjeżdża na spotkanie do Berlina i przy okazji zabiera ze sobą żonę i córkę. Dwa miesiące później Suder budzi się ze śpiączki w berlińskiej klinice. Cierpi na amnezję. Został postrzelony w głowę, a jego żona i córka zginęły na parkingu przy autostradzie nieopodal małej podberlińskiej miejscowości. Akcja przejęcia narkotyków, zorganizowana przez szczecińską policję we współpracy z meklemburskim Bundeskriminalamtem kilka tygodni po napadzie na Sudera, zakończyła się tragicznie. W strzelaninie i eksplozji zginęło wielu policjantów i członków gangu biorącego udział w przemycie kokainy. Tropy prowadzą do córki Sudera i kogoś, kto znał szczegóły tajnej akcji. Takich osób nie było wiele, ale Suder był jedną z nich.



Są sekrety, przed którymi nie sposób uciec. Są zagadki, które domagają się rozwiązania. Czasami jednak lepiej zostawić przeszłość tam, gdzie jej miejsce. Odkryta po latach prawda może okazać się zbyt przerażająca... Frankie Howe po raz pierwszy od kilkunastu lat wraca do rodzinnego Oldcliffe. Stara się rozwikłać tajemnicę zaginięcia swojej szkolnej przyjaciółki, Sophie. Brat Sophie – Daniel – jest przekonany, że dziewczyna została zamordowana. Ich prywatne śledztwo w tym kierunku nie przynosi jednak żadnych rezultatów. W dodatku tragiczne wspomnienia i przygnębiająca atmosfera miasteczka fatalnie wpływają na psychikę Frankie...





A jakie są Wasze wymarzone tytuły? 

piątek, 30 czerwca 2017

Czerwiec na zdjęciach

Czerwiec to kolejny miesiąc, który upłynął mi pod znakiem naprawdę dobrych książek. Choć zdarzyło mi się małe rozczarowanie w postaci "Kobiet w kąpieli", nie mam powodów do narzekań. Nie będę dodawała nic więcej na temat powieści ze zdjęć, bo wszystko na ich temat możecie znaleźć w recenzjach, które ukazały się na blogu w ostatnich tygodniach. Zapraszam do obejrzenia zdjęć :) 



A jaki był Wasz czytelniczy czerwiec? 

czwartek, 29 czerwca 2017

Historia pewnej przyjaźni




Autor: Kasia Bulicz- Kasprzak
Tytuł: Pójdę do jedynej
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 376
Gatunek: literatura współczesna








Karol i Paweł. Jeden wybuchowy, ostry, szorstki w obyciu. Drugi spokojny, wyważony, przynoszący dumę swojej rodzinie. Ich drogi krzyżują się na wojskowym szlaku, w czasach dla Polski niełatwych.

Kasia Bulicz- Kasprzak pisze naprawdę pięknie. Kolejne słowa zgrabnie układają się w dopracowaną i zapadającą w pamięć historię. Lekkie pióro sprawia, że objętość powieści zmniejsza się w zaskakującym dla czytelnika tempie, a strony przerzucamy właściwie tego nie dostrzegając. Od początku lektury byłam pod dużym wrażeniem jej dojrzałego stylu, pozwalającego mi przenieść się na czas czytania do świata bohaterów i mocno zaangażować się w tę historię. Opisy miejsc, przedstawienie postaci, powieściowe wydarzenia- każdy z tych elementów przepełniony jest widoczną miłością do pisania i tworzenia opowieści. Czyta się lekko, z dużą przyjemnością, a na czas lektury łatwo zrezygnować z własnego życia na rzecz codzienności książkowych bohaterów.

Tym, co szczególnie urzekło mnie w tej powieści, jest jej niezwykle realistyczny charakter. Kolejne rozdziały roztaczają przed nami wizję świata, który mógłby istnieć naprawdę i ludzi przypominających nam tych, z jakimi spotykamy się na co dzień. Miałam wrażenie, że strony powieści przesiąknięte są zapachem wiejskiej słomy, przykurzone wytupanym w remizie kurzem, wypełnione specyficznym zapachem kasyna oraz lepkie od strachu i potu przyszłych żołnierzy. Bulicz- Kasprzak nadała swojej powieści tak głębokiego realizmu, że życiowa prawda i doświadczenie dosłownie wylewają się z kolejnych rozdziałów i czuć je na każdym etapie lektury.

Bohaterzy wykreowani przez autorkę to młodzi ludzie, którzy zmieniają się na naszych oczach. Podejmują niezwykle trudne dla siebie decyzje, walczą o lepszą przyszłość, przeżywają pierwsze miłości, zostają naznaczeni ludzkimi dramatami i zatruci człowieczą podłością. A wszystkie decyzje przeżywamy razem z nimi, niektórym kibicując, innych oceniając zaś bardziej surowo. Co ciekawe, wobec bohaterów ciężko zająć jednoznaczne stanowisko, żaden z nich nie jest bowiem konsekwentnie dobry lub zły. Oni błądzą, mylą się, oblatuje ich strach. Są tylko ludźmi, a zachodzące w nich zmiany wpływają także na nasze postrzeganie ich samych.

Dużo miejsca w tej powieści zajmuje historia pewnej przyjaźni. Więzi niezwykłej, bo rodzącej się między mężczyznami, którzy poznali się w wojsku. Przyznam szczerze, że zawsze nieco się obawiam tej męskiej perspektywy z kobiecym wydaniu. Jak to możliwe, by autorka potrafiła tak dobrze wczuć się w męski punkt widzenia? I do tego w wojsku, o specyficznym, wyrazistym, a także brutalnym charakterze? Bulicz- Kasprzak świetnie się to udało. Stworzyła wyrazistych, pełnokrwistych i charyzmatycznych bohaterów na tle wojskowych czeluści.

Niełatwa wojskowa codzienność wypełniona została przeróżnymi zdarzeniami i emocjami. Na kartach powieści pojawiają się tematy niezwykłe i niełatwe, a często bardzo ze sobą skontrastowane. Autorka przeciwstawia wieś miastu, podkreśla dysproporcje między biedą i bogactwem, pokazuje uroki pierwszej miłości i gorycz związanej z nią porażki, wskazuje wpływ dzieciństwa na dalsze życie. To tylko kilka cennych elementów wpływających na wartość tej powieści. Pomiędzy wierszami ukryte zostało jeszcze więcej trudnych pytań, decyzji czekających na odpowiedni moment, niemożliwych wyborów. Jeszcze więcej prawdy, doświadczenia, mądrości. Samego życia.

Bulicz- Kasprzak to nazwisko, które do tej pory omijałam bez większego żalu. Tymczasem ta powieść naprawdę mnie zauroczyła. Czytałam szybko, z zapartym tchem, koniecznie chciałam wiedzieć, czym jeszcze zaskoczą mnie bohaterzy. A zakończenie pasowało do całości, jak wisienka do tortu. 

Za możliwość poznania powieści bardzo dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka, szczególnie zaś Pani Paulinie Kabalak, która rozbudziła moją ciekawość wobec twórczości autorki.