wtorek, 3 lipca 2018

Mark Sullivan "Pod szkarłatnym niebem"



Autor: Mark Sullivan
Tytuł: Pod szkarłatnym niebem
Wydawnictwo: Edipresse
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 560
Gatunek: biografia/ literatura współczesna 







Giuseppe Lella dorósł z dnia na dzień. Młody mężczyzna pojawił się na miejscu żywiołowego chłopca, marzenia o malinowych dziewczęcych ustach zastępując koniecznością niesienia broni i pomocy. Przez blisko dwa lata młody Pino poświęcił się dla swego kraju na wiele różnych sposobów. A Mark Sullivan postanowił opowiedzieć o nim i wojennych czasach tak, jak potrafił najpiękniej.

Ze względu na zamiłowanie do powieści wojennych oraz tych z wojną w tle i szacunek dla biografii ludzi, o których warto pisać i warto czytać, postanowiłam sięgnąć po ten tytuł bez większego namysłu. Mówiąc szczerze, wciąż będąc pod wpływem emocji, jakie wywarła na mnie książka, chciałabym podkreślić, że to był wspaniały wybór, nie pozwalający mi podczas czytania na chwilę zawahania czy niepotrzebne przystanki.

Książki odwołujące się do tematyki wojennej zawsze budzą w czytelniku sporo wzruszeń i uczuć, z którymi niełatwo się zmierzyć. Tym razem jednak, ze względu na fakt, że historia Pina Lelli miała miejsce w rzeczywistości, uderzyła ona we mnie jeszcze mocniej i jeszcze bardziej zapadła w pamięć i rozgościła się w sercu. Jestem pewna, że ta opowieść o chłopcu, tak szybko stającym się mężczyzną, w tak ciężkich czasach żegnającym młodość, tak bardzo oddanym kwestiom pomocy innym ludziom, poruszy niejednego z Was, sprawiając, że spojrzy na pewne sprawy inaczej. Przeanalizuje to, co ma. Doceni każdy dzień. A może nawet poszuka więcej informacji na temat Giuseppe Lelli.

To jedna z takich osób, o których zwyczajnie trzeba pisać, pamiętać, rozmawiać. Kiedy uświadomiłam sobie, że trzymam w rękach tak niezwykłą biografię, poczułam nie tylko ciekawość, ale także oszołomienie i pewna dozę zachwytu, ciesząc się niezmiernie, że jej autor poświęcił tak wiele, by to dzieło stworzyć. Już w przedmowie Sullivan zaskakuje nas informacjami na temat powstania powieści, opowiada o swoich spotkaniach z Pinem, o tym, ile wysiłku i czasu włożył w odtworzenie życia tego pięknego człowieka oraz osadzenia go w wojennej rzeczywistości. Giuseppe opowiedział swoją historię pierwszy raz, po wielu latach odkąd miała ona miejsce. Choć wspomnienia w jego pamięci wciąż były żywe, niektóre szczegóły miały prawo mu umknąć. A jednak autor zrobił wszystko co było w jego mocy, by tę opowieść oddać w sposób szczery, autentyczny, z zachowaniem historycznych faktów i dbałością o istotne wydarzenia. 

Mając to na uwadze, do lektury powieści zabrałam się niecierpliwie i zachłannie. Choć momentami rwała moje serce na strzępy, to nie miałam chęci się od niej odrywać. Choć czasami kolejne strony poznawałam z wielkim trudem, to brnęłam w tę historię bez opamiętania. Choć opisy miejsc i ludzi zaskakiwały, a fakty budziły we mnie szaleństwo, byłam gotowa, by temu sprostać. Nie będę ukrywać, że to lektura bardzo wymagająca, szalenie trudna, okropnie przewrotna i niebezpiecznie emocjonalna. Nie przesadziłabym, gdybym powiedziała, że to utwór dla czytelników o mocnych nerwach. Bo na kartach powieści niewątpliwie przedstawiono horror, chorobliwie prawdziwą opowieść, która mimo że pasuje do największych koszmarów, wydarzyła się przecież naprawdę.

Sullivan opowiada o życiu Giuseppe pięknie, z pewną dawką wrażliwości i pewna dozą szacunku. Spisując przedstawioną mu przez Pina historię, dobrze wiedział, że ma do czynienia z bohaterem, a świadomość tę przelał na karty powieści, sprawiając, że i nam udzielają się emocje tych dwóch mężczyzn- na nowo przeżywającego i tak umiejętnie spisującego. Ciężar książkowych wydarzeń, odnośniki do historii, opisywane okropieństwa sprawiają, że lektura budzi różnorodne uczucia i nie pozwala o sobie tak zwyczajnie zapomnieć. Szczególnie, że jej gabaryty przykuwają nas o niej na kilka długich dni. Dni wymagających wytrwałości, uwagi, skupienia. Ale zapewniam Was, że w moim odczuciu warto podarować jej każdą minutę.



Przedstawienie tej historii całkowicie mnie oszołomiło, a sylwetka Pina mocno wryła się w moją pamięć. Choć przygoda ta odbiła się na mnie bardzo emocjonalnie, to przypomniała mi także, dlaczego kocham czytać. Zupełnie zatraciłam się w opowieści o młodym Giuseppe, na własnej skórze czując jego odwagę, gotowość do poświęceń, gorycz porażek i łzy będące skutkiem rozczarowań. Przez kilka dni żyłam z nim i dla niego.



„Pod szkarłatnym niebem” to jedna z tych powieści, o których można dużo powiedzieć, jeszcze więcej przy tym przemilczając. U każdego z Was wywoła ona ogrom emocji, których nie sposób tak zwyczajnie opisać. Z pewnością jednak nie pozwoli na obojętność.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Agencji BookSenso. 

niedziela, 1 lipca 2018

Silvia Soler "Lato, które się zaczyna"




Autor: Silvia Soler
Tytuł: Lato, które się zaczyna
Wydawnictwo: Kobiece
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 270
Gatunek: literatura współczesna 







Elwira i Roser były najlepszymi przyjaciółkami. Od zawsze i na zawsze. Razem przeżywały wszystkie najważniejsze wydarzenia, w tym samym czasie zaszły również w ciążę. Marzyły, by ich dzieci także łączyło szczególne uczucie…


Już na samy wstępie muszę przyznać, że „Lato, które się zaczyna” szalenie mnie zaskoczyło. Po okładce i krótkim streszczeniu tej historii spodziewałam się opowieści dość lekkiej, przyjemnej, jednym słowem- dobrej na lato. Nieczęsto sięgam po miłosne historie, a jednak w książce Soler dopatrzyłam się takiej, która mogłaby mi się spodobać. Tymczasem na każdym kroku przekonywałam się, że ta opowieść jest zupełnie inna, niż sobie wyobrażałam.



Przede wszystkim absolutnie nie można powiedzieć, by fabuła stworzona przez autorkę należała do lekkich, prostych i przyjemnych. Nie można jej również zaliczyć do niewymagających opowiastek o miłości łączącej głównych bohaterów. Soler przedstawia nam historię Julii i Andrew od momentu ich narodzin do czasu, kiedy obydwoje kończą 50 lat. Na książkowych stronicach mamy okazję przyjrzeć się ich wyborom, decyzjom kształtującym życie, a w dużej mierze również łączącej ich niezwykłej przyjaźni, której nie można by niczym zastąpić. Wydawało mi się, że celem autorki będzie ukazanie relacji łączących głównych bohaterów, ukazanie wzajemnego magnetyzmu, zaufania, a także pożądania. Tymczasem otrzymujemy uroczą opowieść o ludziach, którzy zawsze mieli siebie na wyciągnięcie ręki, zawsze byli obok, a choć miłość czekała tuż za rogiem pokonali daleką drogę, by jej skosztować.

Spotkałam się z wieloma zarzutami wobec tej powieści, których w dużej mierze nie rozumiem i ciężko zgodzić  mi się ze wskazywanymi niedociągnięciami. Tym, który najbardziej zapadł mi w pamięć, jest minimalna liczba dialogów w powieści. W tym miejscu mam chęć zadać kilka pytań. Czy dialogi rzeczywiście świadczą o wartości powieści? Czy ich niewielka ilość sprawia, że traci ona w oczach czytelnika? A może to w pewien sposób pójście na łatwiznę? Soler rzeczywiście operuje dialogiem bardzo oszczędnie, zamiast niego kierując się opisem miejsc i przeżyć bohaterów. Być może dzięki temu książka zyskuje nieco cięższy charakter, ale warto jest poświęcić czas i uwagę, by tę historię poznać.

Autorka pisze w piękny, bardzo obrazowy i plastyczny sposób. Co ciekawe, nie dotyczy to jedynie miejsc i powieściowych nadmorskich obrazów. Ona w ten sposób opisuje również uczucia, refleksje i namiętności bohaterów. Soler wykorzystuje bardzo płynny i emocjonalny język. Każde słowo stanowiące część jej opisów ma wielkie znaczenie i sprawia, że przekazywana historia nabiera wielkiej mocy. Nie spodziewałam się, że mogę tak się w tę lekturę zaangażować, ale w jakiś przewrotny sposób, zarzuty kierowane pod jej adresem, pozwoliły mi zwrócić uwagę, na to, co rzeczywiście ma w niej znaczenie. Siłę Soler nie stanowi jedynie ta historia, ale sposób, w jaki potrafiła ją przekazać czytelnikowi.

Autorka bardzo wnikliwie porusza się w obrębie świata książkowych bohaterów. Można by powiedzieć, że to książki, jakich ukazało się już mnóstwo. A jednak mnie ona kupiła. Stylem, sposobem opisywania poszczególnych sytuacji oraz narracją. Podoba mi się, że każdy rozdział posuwa nas w historii bohaterów o kilka lat do przodu, pokazując upływ czasu, a jednak nie przedłużając niepotrzebnie i nie nużąc. W tej krótkiej historii ukryte zostało 50 lat, kryjących przepiękne i jakże życiowe opowieści. Soler stawia na samo życie, kierując się realizmem i wartościami znanymi i  cenionymi przez czytelników. Zbiór poruszanych w poszczególnych rozdziałach tematów stanowi urokliwą, słodko- gorzką mieszankę życiowych prawd, które stają nam się bliskie wraz z poznawaniem kolejnych wydarzeń z życia bohaterów.

A oni sami? Julia i Andrew to ludzie po przejściach. Na łamach książki nie tylko dojrzewają, ale też błądzą, szukają rozwiązań, mierzą się z konsekwencjami. Autorka nadała im bardzo ludzkie oblicze, nie szczędząc wad i pomyłek i sprawiając, że dzięki temu czytelnik patrzy na nich trochę inaczej, błądząc myślami między własnymi wspomnieniami.

„Lato, które się zaczyna” mile mnie zaskoczyło. Okazało się bardziej ambitną, wymagającą i obfitującą w treści lekturą, niż mogłabym się spodziewać. Czasami warto się przekonać, co kryje się za słodką i uroczą okładką.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.

sobota, 30 czerwca 2018

CZERWIEC NA ZDJĘCIACH

Nie mogę uwierzyć, że właśnie nadszedł koniec czerwca. Czy tylko mnie czas leci tak szybko? Na szczęście za moim oknem przeważa ładna pogoda, a wylegiwanie się na kocyku sprzyja pochłanianiu kolejnych książek :) 




A jaki był Wasz czerwiec?

czwartek, 28 czerwca 2018

Janie Chang "Droga smoczych źródeł"




Autor: Janie Chang
Tytuł: Droga smoczych źródeł
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 424
Gatunek: literatura współczesna 








Kiedy Jialing miała siedem lat, matka zostawiła ja na pastwę losu. Dziewczynka została służącą u nowych właścicieli zamieszkiwanej wcześniej z rodzicielką posiadłości i każdego dnia zmuszona była zmagać się z byciem zazhong- dzieckiem nieposiadającym czystej chińskiej krwi. Jej rosnąca latami tęsknota za matką przypada na trudne czasy pierwszych lat republiki chińskiej.


Z wielką przyjemnością sięgam po tak niebanalne powieści, jak „Droga smoczych źródeł”. Interesujące tematycznie, a przy tym egzotyczne i wyróżniające się na tle książek wydawanych każdego dnia. Spoglądając na okładkę, a następnie rozpoczynając pierwszy rozdział głęboko wierzyłam, że będzie to jeden z najlepszych wyborów czytelniczych ostatnich tygodni. Nie pomyliłam się ani odrobinę.





Chang zabiera nas w niezwykłą podróż, cofając się przeszło sto lat wstecz. Wraz z główna bohaterką powracamy do Chin, których siła zdawała się tkwić w pierwszoplanowej roli tradycji, potędze wiary i przekonaniu, że chiński naród jest najlepszy i niepowtarzalny. Autorka w mocny i zdecydowany sposób odwołuje się do wierzeń kolejnych pokoleń, wplatając w poszczególne wydarzenia elementy charakterystyczne dla ludzi żyjących w tamtych czasach. Odwołanie się do tradycji, ukazanie jej mocnych i słabych stron, zwrócenie uwagi na stereotypy, podkreślenie siły przyzwyczajeń, pewne zacofanie, a przy tym niepokojąca nowoczesność… Połączenie takich kwestii sprawia, że ta powieść zasługuje na miano prawdziwej perełki.

Kilkakrotnie miałam okazję, za sprawą literatury, poznać nieco lepiej system chińskich wierzeń i przyjętych obyczajów. Mimo że wiele z nich mnie szokuje, to jednocześnie są na tyle interesujące, że zwyczajnie lubię do nich wracać. Bandażowanie stóp, konieczność urodzenia męskiego potomka, prawo do poślubienia kilku żon i posiadania kochanek, utrudnienie kobietom dostępu do edukacji, przekonanie, że powinny zajmować się domem- jednym słowem wynoszenie mężczyzny na piedestał i spychanie kobiety na margines. Dla mnie to tematyka bardzo zajmująca i dająca do myślenia, coś, z czym zawsze chętnie się zmierzę. Dlatego też informacje zawarte w książce są dla mnie bardzo cenne, mają niezwykłą wagę.

Pierwszoosobowa narracja pozwala nam lepiej poznać uczucia i refleksje głównej bohaterki. Jialing zmaga się ze sobą i światem na naszych oczach. W kolejnych rozdziałach dojrzewa, akceptuje smutne prawdy, ocenia siebie z różnych perspektyw. Wydaje się, że to tematyka dość popularna, niewnosząca nic nowego, jednak obsadzenie fabuły w „dawnych” Chinach nadaje jej świeżości, wprowadza do opowieści nutę egzotyki. A kiedy dodamy do tego fakt, że dziewczynki nie sposób nie polubić, to otrzymujemy prosty przepis na zgrabną i ujmującą historię.

„Droga smoczych źródeł” to książka bardzo emocjonalna, refleksyjna i oparta na wielu życiowych prawdach. Chang chętnie korzysta z chińskich przekonań i z tamtejszej tradycji, sprawiając, że oferowana przez nią opowieść nie tylko ciekawi, ale również skłania do innego spojrzenia na pewne sprawy. Ta powieść to bogate skupisko interesujących tematów, które mimo upływu lat wciąż są aktualne i na czasie, w dalszym ciągu zaskakują, szczególnie, że Chang podchodzi do nich w bardzo przenikliwy i szczery sposób, nie zachowując przy tym zbędnego dystansu i nie chowając się za żadnym tabu.

Ta książka całkowicie skradła moje serce. Czytałam ją z wielkim zachwytem, ani na chwilę nie mając ochoty się od niej oderwać. To jedna z tych powieści, o których można wiele powiedzieć, ale i tak cały czas towarzyszy nam przekonanie, że o czymś zapomnieliśmy, wciąż coś jeszcze przychodzi nam do głowy, a po czasie z refleksji wyłaniają się kolejne zalety opowieści. Naprawdę warto poświęcić jej czas, jestem pewna, że nikt z was nie poczuje się zawiedziony.   

Za możliwość poznania tej historii dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.

środa, 27 czerwca 2018

Jak zaskakuje mnie Prószyński?

Czy wyobrażacie sobie większe szczęście dla każdego książkowego mola niż tajemnicza książkowa przesyłka? Każda powieść zasilająca półkę przynosi wiele radości, a co dopiero, kiedy towarzyszą jej drobne niespodzianki czy upominki. W zeszłym tygodniu, przy okazji otrzymania intrygującego "ostrzeżenia" od wydawnictwa Prószyński, uświadomiłam sobie, że to właśnie to wydawnictwo najczęściej zaskakuje mnie niespodziewanymi przesyłkami. Kilka z takich nieoczekiwanych niespodzianek uchwyciłam na zdjęciach :)



Tajemnicze "ostrzeżenie" (odnoszące się do tytułu jednej z lipcowych zapowiedzi).



Przedpremierowa "Nora" z piękną maską.



Jeden ze świetnych thrillerów, otrzymany przedpremierowo z solidną podkładką.



Przepięknie zapakowana powieść klubu "Kobiety to czytają", z mazakiem-strzykawką.



I najciekawszy zestaw, czyli książkowa torba i zdjęcie autorki z autografem gratis :)



Bardzo się cieszę, że mam szansę otrzymywać takie niespodzianki. Przy okazji, taki sposób promowania książek i pomysłowość osób za te kwestie odpowiedzialnych, robi duże wrażenie. 

A co Wy o tym myślicie?

Kto nie lubi takich niespodzianek :) ?


wtorek, 26 czerwca 2018

Magda Stachula "W pułapce"




Autor: Magda Stachula
Tytuł: W pułapce
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 304
Gatunek: thriller







Kiedy Klara budzi się po sobotniej imprezie, z przerażeniem uświadamia sobie, że gdzieś umknęły jej dwa dni. Z niepokojem zauważa także dziwne siniaki na swoim ciele. Szukając informacji, pozwalających jej wyjść z amnezji, trafia na podobny przypadek i postanawia skontaktować się z poszkodowaną. Co przydarzy się Klarze podczas poszukiwań odpowiedzi na nurtujące ją pytania?

Pamiętam, jakie wrażenie zrobiła na mnie „Idealna”. Nie zapomniałam również „Trzeciej”, choć moim zdaniem wypadła ona nieco słabiej. Zaintrygowanie, ciekawość i fakt, że te książki mocno zapadły mi w pamięć sprawiły, że zwyczajnie nie mogłam przejść obojętnie obok nowej książki Magdy Stachuli.

„W pułapce” czyta się szybko od początku do końca. To jedna z tych powieści, które sprawiają, że mamy chęć poznać ją natychmiast, by przekonać się, jakie sekrety skrywa na swych stronach. Takie tajemnice i niedopowiedzenia przyciągają szczególnie, magnetyzując i zachęcając, by ani na chwilę nie odkładać książki na półkę. Zauważyłam już wcześniej, że to element charakterystyczny dla twórczości autorki. Mimo rozwoju akcji i wychodzenia na światło dzienne kolejnych faktów, przez cały czas mamy wrażenie, że czegoś nam brakuje. Zagłębiamy się w lekturę z nieustannym przekonaniem, że Stachula jeszcze zaskoczy, a ona chowa w rękawie kilka asów, które rzuca na stół tuż przed końcem „zabawy”.

Co ciekawe, tym razem, naprawdę nie jest łatwo rozgryźć przygotowaną przez nią zagadkę. Wszystko wydaje się dość spójne i logiczne, a jednak brakuje nam czegoś, co połączyłoby poszczególne elementy fabuły. Tajemnice te budzą w czytelniku ciekawość, która mimo upływu czasu i pokonywania kolejnych stron w stanie pewnego zawieszenia, nie przeradza się w zniecierpliwienie czy żal. Wręcz przeciwnie- chętnie i cierpliwie czekamy na wielki finał, wierząc, że to, co otrzymamy w zamian spełni wszystkie nasze oczekiwania.

Poznając kolejne rozdziały nie potrafiłam rozwiązać tej zagadki samodzielnie. Zazwyczaj chętnie wchodzę w szranki z autorem, podczas lektury prowadząc własne śledztwo i próbując wytropić mordercę czy też sprawcę książkowego zła. Tym razem musiałam pokornie poczekać, aż Stachula uchyli rąbka tajemnicy, co nie było łatwe, a jednak na swój sposób fascynujące. Jak już wspomniałam, przy okazji poprzednich powieści autorki przekonałam się, że fabuły, które nam proponuje, wbrew temu, co mogłoby się wydawać, są naprawdę intrygujące i nieszablonowe. I choć może nie każdemu przypadną one do gustu, to absolutnie nie można odmówić Stachuli fantazji i wyobraźni.

Tym razem powołała się na coś, z czym każdy z nas spotkał się już wcześniej. Wykorzystała pomysł, który każdego dnia zdaje się zyskiwać na popularności. I choć nie wszyscy z tej opcji skorzystali, na pewno wszyscy o niej słyszeli. A jednak nie przypominam sobie, żebym wcześniej spotkała się z wykorzystaniem takiego pomysłu do zbudowania książkowej fabuły. Dzięki temu chętnie przymknęłam oko na pewne niedociągnięcia, a raczej elementy, które moim zdaniem nie do końca w tej książce zagrały.



Bardzo podoba mi się, w jaki sposób autorka opowiada swą historię, umiejętnie łącząc przeszłość z bieżącymi wydarzeniami i dzięki temu budując napięcie, stopniowo w czytelniku narastające. Według mnie to najkorzystniejszy wybór prowadzenia narracji, który sprawdza się praktycznie zawsze, szczególnie w przypadku takich tajemniczych i mrocznych historii.





Czy coś bym w tej powieści zmieniła? Nie jestem pewna. Być może popracowałabym nieco nad charakterystykami bohaterek, które moim zdaniem wypadły nieco nijako i nie wzbudziły we mnie większych emocji. Wydaje mi się, że pod tym względem Stachulę stać na więcej.

„W pułapce” to przemyślana, dopracowana i zgrabnie napisana książka. Szczerze mówiąc, podobnie jak „Trzecia”, tak i ten tytuł nie zdobył całkowicie mojego serca i wciąż tym najcieplejszym uczuciem darzę „Idealną”. Myślę jednak, że warto dać jej szansę- by przekonać się, jaki motyw wykorzystała autorka przy budowaniu fabuły i by poznać człowieka, który zrujnował życie książkowych bohaterek.  

Za możliwość poznania tego tytułu dziękuję Wydawnictwu Znak.

niedziela, 24 czerwca 2018

STOSIK NA LATO

Mój stosik na letnie popołudnia prezentuje się różnorodnie i zapowiada bardzo ciekawie. Trafiło do niego również kilka grubasków, których zazwyczaj unikam :) 




A jak wyglądają Wasze plany na lato? 

Którą z tych powieści możecie mi polecić?