sobota, 21 stycznia 2017

Walcząc o oddech





Autor: Przemysław Piotr Kłosowicz
Tytuł: Zdobywcy oddechu
Wydawnictwo: Novae Res
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 200
Gatunek: literatura współczesna 





Wiktor, Piotr, Zbigniew. Tak różni, a może jednak tacy podobni? Z potrzebą zmiany, niezadowoleniem z siebie, żalem do życia. I walką o oddech.

Tym, co najbardziej podoba mi się w tej powieści jest język autora. Kłosowicz potrafi niezwykle sprawnie operować słowem, łącząc wyrazy w sposób pozornie chaotyczny, a jednak nadający im interesujący, choć specyficzny przekaz. Swobodnie i oryginalnie przechodzi z tematu na temat, łącząc ze sobą te intrygujące zdania. Na początku miałam z tym spory problem i nie do końca podobał mi się taki sposób przekazywania myśli, jednak z czasem doceniłam styl autora i zrozumiałam, że niełatwo jest posługiwać się literami w taki sposób. Bardzo dawno nie czytałam książki napisanej tak charakterystycznym stylem- stylem, który sam w sobie może być dobrym początkiem dla dyskusji między czytelnikami.

Za postaciami swoich bohaterów Kłosowicz ukrył trudne tematy, ale to kwestie, z którymi mógłby zmagać się każdy z nas. Aktualne, niebanalne, choć spotykane w literaturze raczej często- opieka nad chorym dzieckiem, seksualna odmienność, poszukiwanie swojego miejsca na świecie. Każdy z bohaterów powieści, oprócz niesprzyjającego otoczenia, błędnie podjętych decyzji czy niesprawiedliwości losu, zmaga się przede wszystkim z sobą samym, walcząc o lepsze jutro i kolejny oddech. Wydaje mi się, że wiem, co autor miał na myśli opatrując swoją powieść takim tytułem. Nie jest łatwo zdobyć (wywalczyć sobie?) oddech.

„Jest dla ciebie nikim, póki się nie poznacie. Znów staje się nikim, gdy złamie ci serce”.

„Każdy po rozstaniu zabierał sobie część mnie. Teraz jest mnie tylko trzy czwarte. On musi wrócić, oddać mi mnie”.

Kłosowicz z każdej strony bombarduje nas refleksjami. Powieściowe postacie nurzają się w dylematach, rozpatrują dokonane wybory, myślą o tym, co się nie udało. W pewien sposób zmusza nas to do zastanowienia się nad naszym życiem i rzuca cień na naszą codzienność. Zastanawiamy się razem z nimi, debatujemy, osądzamy. A autor porusza się płynnie między tematami, elegancko łącząc różne przestrzenie czasowe, różne uczucia i różnych ludzi. Ale czasami nie jest łatwo odnaleźć się w tych ścianach tekstu, w których próżno doszukiwać się zbyt wiele dialogów i szalonej akcji. Nie, bo to powieść spokojna, refleksyjna, dająca do myślenia. Tylko czy tego myślenia nie jest momentami zbyt dużo?


„Zdobywcy oddechu” to książka specyficzna i charakterystyczna. Czytelnik, który się z nią zmierzy z pewnością nigdy jej nie zapomni, przede wszystkim ze względu na styl autora. Z pewnością nie jest to jednak książka dla każdego. Podoba mi się, w jaki sposób Kłosowicz podszedł do tematu i odpowiada mi jego styl narracji, ale nie pogniewałabym się, gdyby w książce więcej się działo i gdyby część wewnętrznych monologów zastąpiono akcją, która nieco ożywiłaby powieść.


Za przesłanie powieści dziękuję Autorowi. 

Recenzja bierze udział w wyzwaniach:


czwartek, 19 stycznia 2017

By poznać przeszłość



Autor: Saroo Brierley
Tytuł: Lion. Droga do domu
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2016
Gatunek: autobiografia
Liczba stron: 272







Walka Saroo trwała przez całe lata. Walczył o siebie, swoją tożsamość, swoje miejsce w świecie. I wygrał.

Lektura tej powieści była dla mnie krokiem oczywistym, przede wszystkim ze względu na moje zamiłowanie do prawdziwych historii. Nawet najlepsza fikcja literacka nie pokaże codzienności tak pięknie i tak realistycznie jak opowieść utkana przez faktycznie żyjących ludzi.

Dla mnie „Lion. Droga do domu” to pozycja bardzo wartościowa. Niezwykle się cieszę, że Saroo zdecydował się podzielić z czytelnikami tym, co mu się przydarzyło, zwłaszcza, że historia ta jest tak nieprawdopodobna. Czytałam ją z zapartym tchem- od początku do końca. Każdy etap jego wędrówki- opuszczenie rodziny, adopcję, poszukiwania bliskich- przyjęłam z ogromną ciekawością, dlatego że interesowały mnie w tym samym stopniu.

Bardzo mi się podoba, że historia ma swój początek w Indiach i to ten kraj stał się osią wydarzeń. Poznanie Indii jest moim podróżniczym priorytetem, a za sprawą naszego bohatera mogłam nieco lepiej wyobrazić sobie to państwo. Niezwykle poruszyły mnie fragmenty dotyczące dzieciństwa chłopca, panującej biedy, ludzkiego okrucieństwa. Ciężko pogodzić się z tym, że ludzie żyją w takich warunkach, szczególnie gdy problem ten dotyczy małych dzieci. Niemniej Saroo zauroczył mnie swoją siłą charakteru, sprytem, walką o przetrwanie. A przede wszystkim determinacją.

Ta determinacja szczególnie silnie przejawiała się na etapie poszukiwania utraconej rodziny. Za sprawą tej opowieści czytelnik ma możliwość przekonania się, jak istotną rolę w życiu każdego człowieka odgrywa poznanie swojego pochodzenia i zrozumienie swoich korzeni. Nawet osoby, którym dopisało szczęście w postaci nowego domu i wspierającej rodziny adopcyjnej, nie potrafią przejść nad tym do porządku dziennego. Problem ten nigdy mnie nie dotyczył, co nie oznacza, że mnie nie interesował. Poszukiwania, refleksje, determinacja.

„Rozmowy z Lisą odsłaniały czasem ukryty sens moich poczynań: to, że szukam domu, żeby zamknąć jakiś rozdział, żeby zrozumieć swoją przeszłość i może dzięki temu również siebie, moją nadzieję, że uda mi się ponownie spotkać z hinduską rodziną i wyjaśnić jej, co się ze mną stało”.

Mówi się, że cel uświęca środki. To stwierdzenie świetnie pasuje do historii Saroo, który zaimponował mi swoją siłą i energią w dążeniu do celu. Jego próba odnalezienie rodziny przypominała szukanie igły w stosu siana, a jednak ani przez chwilę go to nie zniechęciło. To bardzo ważne, że tak szczegółowo opisał każdy krok, pokazując nam, że nie ma rzeczy niemożliwych. Czasami dotarcie do celu zajmie nam nieco więcej czasu, ale warto go poświęcić. To przepiękna, mądra i przede wszystkim motywująca historia.

Podczas czytania odczuwałam wiele intensywnych emocji, a przez głowę przemykały mi różnorodne refleksje.  Duże wrażenie zrobiło na mnie to zderzenie światów, lepiej ukazujących biedę w Indiach i dobrobyt w Australii, co dodatkowo podkreśliło, że można mieć w zasięgu ręki wszystko, a jednak możliwość spełnienia marzeń czy bogactwo stracą na znaczeniu, kiedy nie będziemy rozliczeni z przeszłością.

Powieść przeczytałam szybko, choć nie było lekko. Saroo pisze swobodnie, z chęcią dzieląc się z nami szczegółami, a jednak temat ten nas uwiera i przygniata swoim ciężarem. Historia ma bardzo pozytywny wydźwięk, choć dotarcie do happy endu może kosztować nas wiele emocji. 

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Znak. 

Recenzja bierze udział w wyzwaniach:




wtorek, 17 stycznia 2017

Deszczowa piosenka




Autor: Dominika van Eijkelenborg
Tytuł: Kiedy będziemy deszczem
Wydawnictwo: Kobiece
Rok wydania: 2017
Gatunek: literatura współczesna
Liczba stron: 432






Ona jedna przeciwko całemu światu- nieposkromionym dzieciom, niespełnionym nadziejom, nieszczęściom małżeńskim. Rozdarta między tym, czego by chciała, a tym do czego się zobowiązała. Kuszona perspektywą lepszego jutra.



„To było wszystko co jej pozostało po marzeniach i oczekiwaniach? To było życie, które wybrała? Rzeczywistość złożona z miliona prostych czynności, których nikt nie zauważał, które pożerają jej cały czas i wszystkie siły witalne. Pusty pokój, dni przepełnione, a sprawiające wrażenie pustych, nieobecny mąż”.





„Kiedy będziemy deszczem”  to książka, po której spodziewałam się czegoś zupełnie innego- samej realizacji tematu, więcej mrocznych tropów, bardziej skomplikowanego śledztwa policyjnego. Elementy te zostały zastąpione, a raczej zdominowane, wątkami związanymi z rodziną, macierzyństwem, spełnieniem zawodowym i prywatnym. I muszę przyznać, że zamiana ta wyszła autorce jak najbardziej na korzyść.

Inga nie jest szczęśliwa. Matczyne obowiązki, słaby kontakt z partnerem, brak przyjaciół coraz bardziej ją uwierają. Kobieta odczuwa narastające zmęczenie i stres, którego nie sposób rozładować. Chętnie dzieli się szczegółami w niezwykle osobistych mailach. Przyznam szczerze, że momentami czułam się bardzo przytłoczona, a nawet lekko przerażona jej wyznaniami. Miałam wrażenie, jakby to na mojej szyi zaciskała się pętla zbudowana z rodzinnych powinności, a ciężary spadały na moje ramiona bez żadnego ostrzeżenia. Dawno nie czytałam powieści przedstawiającej macierzyństwo w taki sposób- nie jako spełnienie marzeń, a proces, który faktycznie może zmęczyć, obciążyć, sprawiać, że rodzi się w nas bunt.

Autorka stworzyła bardzo emocjonalną i smutną powieść, określającą rolę wielu kobiet w dzisiejszych czasach. To osobisty, przepełniony refleksjami, goryczą i niespełnionymi marzeniami portret kury domowej, samotnie zamkniętej w wieży zbudowanej z niedomówień i złamanych obietnic. Kolejne rozdziały mocno mnie zastanawiały i sprawiały, że popadałam w coraz większą złość, jednocześnie obawiając się, że moje życie mogłoby również tak kiedyś wyglądać i zastanawiając się, co zrobić, by do tego nie dopuścić.




„Macierzyństwo i małżeństwo odbierają nam, kobietom, tożsamość. Zamieniamy się w automaty czynne całą dobę, wypełniające swoje obowiązki. Stajemy się tłem, niewidocznym mechanizmem, dzięki któremu wszystko działa, jak należy”.







Przeminione marzenia i dni wypełnione frustracją stają się dobrym fundamentem do stworzenia dziwnej, niepokojącej i nieprzyszłościowej relacji. Obserwujemy zalążki tego uczucia, z jednej strony ciesząc się, że bohaterka będzie mogła liczyć na pomocne ramię i odrobinę wsparcia, z drugiej jednak pragnąc ją ostrzec i odciągnąć od niej tego mężczyznę. Co najważniejsze autorka nie oferuje nam płomiennego romansu, a ta zdrada nie boli. To pochmurna i deszczowa historia poprzetykana promieniami szczerego uczucia, które zdarza się raz w życiu.

Ta historia może nas zasmucić, nie brak w niej gorzkich fragmentów, niesie ze sobą łzy, złość, obawy. Znalazłam wszystko, mnóstwo emocji i pragnień, choć nadzieja na lepsze jutro została starannie ukryta. To z pewnością jedna z tych powieści, którą każdy czytelnik odbierze inaczej, doszukując się w niej wielu plusów, ale też braków, jakie można by policzyć na minus- zależnie od tego, czego oczekujemy i jak bardzo jesteśmy elastyczni wobec przekazanej nam treści.



Spodziewałam się interesującego policyjnego śledztwa, bo na takie autorka zrobiła mi apetyt na początku książki. Tymczasem konstrukcja powieści okazała się zgoła inna- śledztwo rozpoczyna i zamyka powieść, gubiąc się w codzienności Ingi. Taki obrót akcji nieco mnie zaskoczył, ale niekoniecznie mi przeszkadzał. Liczyłam również na więcej elementów charakterystycznych dla thrillera, ale może takie stonowane tło nie jest najgorszym pomysłem. Eijkelenborg zachowała się całkowicie fair oferując prostą, a jednak emocjonalną i refleksyjną historię, mądrze i składnie napisaną, uzupełnioną pełnowymiarowymi bohaterami i nostalgiczną otoczką. 






Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu. 


Recenzja bierze udział w wyzwaniach:


niedziela, 15 stycznia 2017

Życiowe tango





Autor: Diane Chamberlain
Tytuł: Jak gdybyś tańczyła
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 504
Gatunek: literatura współczesna 








Swoje życie Molly zbudowała na sekretach, których broni niczym lwica. Ciężar przeszłości nie pozwala jej jednak czerpać z codzienności pełnymi garściami, a tajemnice aż się proszą, by ujrzeć światło dzienne. Czy kobieta zdecyduje się wyjawić je ukochanemu mężczyźnie? Czy w końcu rozliczy się z przeszłością?

Przez długi czas myślałam, że najlepszą autorką powieści dla kobiet jest Jodi Picoult i nie istnieje pisarka mogąca stanowić dla niej konkurencję. Musiałam zmienić zdanie, kiedy poznałam książki autorstwa Chamberlain, nie ustępującej tej pierwszej na krok. Emocjonalne, wzruszające, traktujące o ważnych tematach, pięknie pokazujące świat kobiet. Najlepsze.


Nie od razu poczułam klimat znany mi z powieści Chamberlain. Choć liczba stron niepostrzeżenie malała, miałam wrażenie, że czytanie idzie mi dosyć opornie. Ważne tematy nie sprawiły, że od razu doceniłam powieść, a lektury nie ubarwiali mi także sympatyczni bohaterzy. Niespodziewanie jednak zalała mnie fala wzruszeń, tematyka przygniotła swoją powagą, a książkowe postacie stały mi się bliskie.





Autorka znana jest z tego, że nie obawia się problemów trudnych, spraw smutnych, tematów tabu. Akcja każdej jej powieści zbudowana została w oparciu o takie kwestie. Tym razem nie mogło być inaczej. Na pierwszy plan wysuwa się temat adopcji. Podoba mi się, że Chamberlain potraktowała ten problem wielotorowo, pokazując z jednej strony jak ciężko jest rodzicom, a z drugiej jak trudno jest dziecku. Co więcej, w powieści pojawia się hasło adopcji otwartej- pozwalającej biologicznemu rodzicowi na udział w życiu dziecka. Nie kojarzę, żebym z kwestią tą spotkała się w innej powieści, a jest ona bez wątpienia intrygująca i dająca do myślenia.

Żeby było jeszcze trudniej i jeszcze ciekawiej między wierszami pisarka ukryła drugi wyjątkowo wartościowy moim zdaniem temat. Nieco subtelniej skupiła się na kwestiach życia i śmierci, próbując uchwycić odpowiedzi na pytania, z jakimi część z nas musiała się zmierzyć lub stanie przed tą koniecznością w przyszłości. W tej powieści życie i śmierć spotykają się w niepokojącym tańcu i tylko od nas zależy, jak go ocenimy.


Chamberlain ma niezwykły talent do budowania powieści emocjonalnie skomplikowanych. Obok jej książek nie można przejść obojętnie, akcja nas porusza, sprawia, że w głowie kłębią nam się pytania, a do oczu napływają łzy. Choć na początku nie potrafiłam odnaleźć się w książkowym klimacie, z upływem kolejnych stron zaczęły we mnie narastać emocje, z którymi niełatwo było mi się uporać. Niektóre sceny ściskały mnie za gardło, sprawiając, że z trudem powstrzymywałam łzy, choć nie należę do osób, które przesadnie się roztkliwiają podczas lektury.

Bohaterzy to istoty z krwi i kości, walczące o lepsze jutro i dobro własnej rodziny. Nie każdy przypadnie czytelnikowi do gustu, bo nie wszyscy są dobrzy i prostolinijni. O niektórych jednak nie łatwo będzie nam zapomnieć. Fragmenty dotyczące ojca Molly przywodziły mi na myśl mojego własnego tatę i to właśnie ta postać zrobiła na mnie największe wrażenie.

Ta powieść nie byłaby jednak tak dobra, gdyby nie styl autorki. Lekka narracja sprawia, że książkę czyta się szybko, a upływ kartek wciąż nas zaskakuje. Pilnie i niecierpliwie śledzimy każde jej słowo, by dowiedzieć się, co wydarzyło się w życiu bohaterki, kiedy była młoda. A tworzenie atmosfery rodzinnych sekretów i napięć to jedna z cech charakterystycznych powieści Chamberlain. Nikt tak jak ona nie potrafi spokojnie odkrywać kart, kiedy w czytelniku buzują emocje i napięcie. 

Za możliwość przeczytania powieści dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka. 

Recenzja bierze udział w wyzwaniu:


sobota, 14 stycznia 2017

Pierwsze miesiące 2017 z Albatrosem

Albatros to jedno z tych wydawnictw, po których książki sięgam z wielką przyjemnością. Wśród wydawanych przez niego tytułów pojawiają się moi ulubieni autorzy- Child, Coben, Musso. Dziś chciałabym Wam pokazać kilka tytułów, na które czekam z wielką niecierpliwością. Jestem przekonana, że Wy też powinniście się za nimi rozglądać :)


Maya Stern, była oficer sił specjalnych, niedawno powróciła do domu z misji w Iraku. Pewnego dnia zamontowana w jej domu ukryta kamera, mająca śledzić zachowanie opiekunki dwuletniej Lily, ukochanej córeczki Mai, nagrywa filmik z udziałem bawiącej się dziewczynki i jej ojca. Wszystko byłoby w jak najlepszym porządku, gdyby nie fakt, że Joe został brutalnie zamordowany dwa tygodnie wcześniej. Wytrącona z równowagi kobieta zastanawia się nad tym, co przed chwilą zobaczyła. Czy może uwierzyć w to, co widziała? Ale to przecież by oznaczało, że Joe żyje. Czy to w ogóle możliwe? Była przecież naocznym świadkiem jego zabójstwa, a po wszystkim zorganizowała mu pogrzeb. Aby znaleźć odpowiedzi na nurtujące ją pytania, Maya musi uporać się z mrocznymi tajemnicami własnej przeszłości. Gdy tego dokona, będzie zmuszona stawić czoła nieprawdopodobnej i niekoniecznie przyjemnej prawdzie o swoim mężu… i o sobie.



Wszyscy znamy takie pary jak Jack i Grace: on jest przystojny i bogaty, ona czarująca i elegancka. Chciałoby się poznać Grace nieco lepiej, ale to niełatwe, bo Jack i Grace są nierozłączni. Niektórzy nazwaliby to prawdziwą miłością. 

Wyobraź sobie uroczystą kolację w ich idealnym domu, miłą konwersację, kolejne kieliszki dobrego wina. Oboje wydają się w swoim żywiole. Przyjaciele Grace chcieliby zrewanżować się lunchem w przyszłym tygodniu. Ona chętnie przyjęłaby zaproszenie, ale wie, że nigdy z nimi nie wyjdzie. Ktoś mógłby spytać, dlaczego Grace nigdy nie odbiera telefonów, nie wychodzi z domu, a nawet nie pracuje. I jak to możliwe, że gotując tak wymyślne potrawy, w ogóle nie tyje? I dlaczego w oknach sypialni są kraty? Doskonałe małżeństwo czy perfekcyjne kłamstwo?


Tracy Crosswhite przez lata kwestionowała fakty dotyczące zniknięcia jej siostry. Nie wierzy, że Edmund House, przestępca seksualny oskarżony i skazany za zamordowanie Sary, jest faktycznym sprawcą tej zbrodni. Licząc, że uda jej się odnaleźć prawdziwego mordercę i wymierzyć sprawiedliwość, Tracy wstępuje do policji i zostaje detektywem w wydziale zabójstw w Seattle, poświęcając się bez reszty tropieniu przestępców.

Gdy ciało Sary zostaje odnalezione w pobliżu ich rodzinnego miasta na północy Gór Kaskadowych w stanie Waszyngton, Tracy ze zdwojoną energią rzuca się w wir pracy, by odnaleźć odpowiedzi na pytania, które dręczą ją od lat. Szukając prawdziwego zabójcy siostry, odkryje tajemnice, które podważą jej wspomnienia z przeszłości, i otworzy drzwi śmiertelnemu niebezpieczeństwu.




Na wieść o śmierci bajecznie bogatego i otoczonego aurą tajemniczości ojca Maia D'Aplièse i jej pięć sióstr, wszystkie adoptowane przez Pa Salta jako małe dziewczynki, spotykają się w domu, w którym spędzały dzieciństwo. „Atlantis” – to wspaniały zamek położony nad brzegiem Jeziora Genewskiego. Każda z dziewcząt otrzymuje wskazówkę, która pozwoli jej odkryć istotę dziedzictwa otrzymanego w spadku po ukochanym ojcu. Maię tropy wiodą do zrujnowanej willi w Rio de Janeiro, gdzie poznaje historię swojej przodkini z czasów Belle Époque, pełnej pasji Izabeli Bonifacio. Elementy zagadkowej układanki zaczynają powoli tworzyć całość.





Wierzymy w uczciwość i mądrość sędziów. Ich rzetelność i bezstronność stanowią podstawę całego systemu sądownictwa. Ufamy, że zagwarantują nam sprawiedliwe procesy, chroniąc prawa wszystkich stron postępowania, karząc tych, którzy czynią źle, i nadzorując prawidłowe i sprawne funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości. Ale co się dzieje, gdy sędzia nagina prawo lub bierze łapówki? Lacy Stoltz bada prawidłowy przebieg procesów sądowych na Florydzie. Jest prawniczką, a nie policjantką, do jej obowiązków należy odpowiadanie na skargi dotyczące przebiegu postępowania sądowego. Po dziewięciu latach pracy w komisji, wie, że powodem większości problemów jest niekompetencja. Ale afera korupcyjna w końcu trafia na jej biurko.




Czy któraś z tych powieści wpadła Wam w oko? 

czwartek, 12 stycznia 2017

W.Bruce Cameron- Był sobie pies [recenzja przedpremierowa]



Autor: W.Bruce Cameron
Tytuł: Był sobie pies
Wydawnictwo: Kobiece
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 392
Gatunek: literatura przygodowa 







Co my tak naprawdę wiemy o życiu naszych kochanych czworonogów? Gonitwy za własnym ogonem, pogodne rywalizacje z kotami, pogonie za patykiem. I miłość do nas, ludzi. Wydaje się, że to niewiele. A „Był sobie pies” to najlepsza możliwość, żeby na psiaki spojrzeć inaczej i żeby poznać świat z ich perspektywy. Choć wydaje się to pomysłem nieco szalonym, ja nie żałuję ani jednej chwili spędzonej z tą powieścią.


To książka, z jaką bardzo dawno się nie spotkałam. Wyjątkowo pomysłowa, przejmująca, pięknie łącząca głębokie wzruszenia z dużym poczuciem humoru i zaskakująca zwrotami akcji. A powieściowe wydarzenia śledzimy z psiej perspektywy. Urocza mordka spoglądająca na mnie z okładki i opis książki sprawiły, że nabrałam ochoty, żeby poznać Baileya. Nie przygotowały mnie jednak na emocje, jakie ogarnęły mnie w czasie lektury.



„Stwierdziłem, że sensem mojego pieskiego życia jest dodawanie otuchy chłopcu, kiedy tylko jej ode mnie potrzebował”.

Psie przygody opisane zostały w sposób lekki i niezwykle realistyczny. Jestem pod dużym wrażeniem, że Cameron potrafił do tego stopnia wczuć się w postać przymilnego czworonoga. Nie jestem pewna, czy gdyby psy potrafiłyby mówić i pisać, mogłyby to zrobić jeszcze lepiej, ciekawiej, zabawniej. Swoim pomysłem, stylem, realizacją tematu zupełnie mnie ujął i przekonał. Z każdą kolejną stroną narastała moja ciekawość, a nieuchronne zbliżanie się do końca bardzo mnie zasmucało.

Baileya (a także jego pozostałych) wcieleń nie sposób nie pokochać. To prawdziwy psi ideał. Wierny, oddany, lojalny, mądry. O jego zaletach mogłabym napisać jeszcze wiele, ale prawdziwą przyjemność sprawia możliwość poznania go „osobiście”. Dzięki niemu uśmiech nie schodził mi z twarzy, a wiele fragmentów szczerze mnie rozbawiło- jego opinia na temat kotów czy rosnąca miłość do psich ciasteczek. I tak naprawdę, na początku, wydawało mi się, że to na tym ma polegać urok tej książki. Myślałam, że jej zadanie polega na tym by nas rozweselić czy zrelaksować. Poznawanie kolejnych rozdziałów utwierdziło mnie w przekonaniu, że mocno się pomyliłam.

Bo nie o zabawę tu chodzi. To nie uśmiechy zapadają nam w pamięć i to nie za nie pokochamy tę powieść. Docenimy ją za wzruszenia, momenty melancholii i zamglone oczy. Lubię psy i chciałabym w przyszłości mieć własnego, ale moje podejście do czworonogów bardzo zmieniło się po przeczytaniu tej powieści. Chyba tak naprawdę dopiero ta lektura uświadomiła mi, jak cudownymi stworzeniami są psy i ile trzeba zrobić, by choć częściowo odpłacić im za dobro i miłość, które okazują właścicielom każdego dnia.


„Niektóre psy chcą po prostu być wolne i móc sobie swobodnie biegać, bo nie mają chłopca, który je kocha”.

Ale tym, za co naprawdę pokochałam tę książkę, są wzruszenia, które czułam w trakcie czytania. Autor przepięknie opisał uczucia Baileya, sprawiając, że gdybym tylko mogła to przytuliłabym go w trudnych momentach, czy nakarmiła ciasteczkami, kiedy miał na to ochotę. Kilkakrotnie zaszkliły mi się oczy, a zakończenie książki poruszyło moje serce. Ta powieść jest niczym prezent dla wszystkich miłośników czworonogów i niczym podziękowanie dla naszych psich przyjaciół.

Za możliwość pokochania powieści dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu. 


Recenzja bierze udział w wyzwaniu:




poniedziałek, 9 stycznia 2017

Lee Child "Sto milionów dolarów" [recenzja przedpremierowa]




Autor: Lee Child
Tytuł: Sto milionów dolarów
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 416
Gatunek: powieść sensacyjna 






Reacher zostaje przydzielony do nowej sprawy. Tym razem jego zadanie polega na odkryciu co warte jest stu milionów dolarów. Do dyspozycji ma wszelkie możliwe środki. Jedyne co go ogranicza to uciekający czas. Czy zdąży?

Był taki moment, kiedy serię o Jacku Reacherze szczerze uwielbiałam. Namiętnie czytałam kolejne tomy zachwycając się odważnym, bystrym i przystojnym wojskowym. Może to zachłyśnięcie się Childem sprawiło, że po fascynacji przyszedł czas na uczucie przesytu. Po dłuższej przerwie, po „Sto milionów dolarów” sięgałam zatem z niemałą ciekawością, zastanawiając się, co jeszcze może nam zaproponować autor i licząc, że właśnie biorę w swoje ręce styczniową perełkę.

Powieści z udziałem Jacka Reachera łączą w sobie elementy sensacji, thrillera i kryminału. Bardzo podoba mi się takie połączenie, sprawiające, że akcja książki jest szybka, opiewa w sekrety, a czasami zdarzy się i trochę bijatyki i kilka ofiar. W tą charakterystykę elegancko wpisuje się nowa powieść Childa. Tradycyjnie już nie brakuje skomplikowanych zagadek, pogoni za pieniądzem, dopracowanych spisków. Podążając za autorem zagłębiamy się w niezwykły świat bazujący na funkcjonowaniu armii, wielkiej polityki i policyjnych struktur. Zestawienie tych elementów sprawia, że powieść czyta się szybko, akcja nie nuży, a czytelnik ma okazję na własną rękę zmierzyć się z rozwiązaniem zagadki.

Elementy, o jakich wspomniałam, są bardzo charakterystyczne dla powieści tego autora. Moim zdaniem trafią one zarówno do osób, które ten świat poznały, jak i do tych dopiero zaczynających przygodę z powieścią sensacyjną. Child to klasa sama w sobie, a jego książki można podzielić jedynie na dobre i lepsze. Ta, moim zdaniem, należy do lepszych. Wynika to przede wszystkim z tego, że tym razem autor postawił nas przed sprawą trudną do rozwiązania, ale mimo wszystko przesadnie nie komplikował i nie utrudniał. Niełatwo poskładać wszystkie fragmenty tej układanki, a jednak odnosimy wrażenie, że ta historia faktycznie mogłaby się wydarzyć. Niedopatrzenia, zagadki, spiski- może nie mamy z nimi do czynienia na co dzień, ale przecież to nie znaczy, że nie istnieją, prawda?

Podoba mi się, że do najważniejszych spraw zawsze przydzielony zostaje Reacher. Wojskowy to ciekawa alternatywa dla wszelkiej maści detektywów. On patrzy na życie inaczej, rozpatrując kolejne kwestie wykorzystuje swoje doświadczenie, a  przede wszystkim stosuje zupełnie inne techniki rozwiązania spraw i przesłuchań świadków. To taki bohater, którego ciężko do kogokolwiek porównać. Niepokorny, odważny, bystry, potrafiący dopasować się do każdej sytuacji i odnaleźć w każdym środowisku. To taki mężczyzna, któremu inni mogą zazdrościć, a którego kobiety z pewnością pokochają. Odniosłam wrażenie, że w tej powieści był nieco mniej waleczny, a jednak wciąż bardzo błyskotliwy i intrygujący. Takie zestawienie jak najbardziej mi odpowiadało.

Połączenie elementów typowych dla różnych gatunków sprawia, że każdy znajdzie w tej książce coś dla siebie, zwłaszcza, że akcja urozmaicona została także o subtelny romans, który nieco łagodzi surowy klimat powieści. Obowiązkowy udział Jacka Reachera to największa zaleta książki. To kolejna sprawa, która zostaje w pamięci czytelnika i kolejne śledztwo, z  którym mamy okazję zmierzyć się na własną rękę. Mogłoby się wydawać, że w wojskowym klimacie ciężko będzie odnaleźć się laikom, ale Child wprowadza nas powoli, dokładnie wyłuszczając szczegóły i nie zostawiając nas z pytaniami. Ja doceniam ten bezkompromisowy świat i naprawdę lubię Reachera. 

Za możliwość poznania tej historii serdecznie dziękuję Wydawnictwu Albatros.


Recenzja bierze udział w wyzwaniu: