piątek, 15 grudnia 2017

Ocalony




Autor: Walter Spitzer
Tytuł: Uratowany rysunkami
Wydawnictwo: Od deski do deski
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 235
Gatunek: autobiografia 







Odkąd pamiętam wychodzę z założenia, że warto sięgać po powieści dotyczące Holocaustu. Stanowią one niezwykłe świadectwo historyczne, pozwalają nam uzupełnić wiedzę. Uważam, że trzeba wiedzieć i trzeba pamiętać, z szacunku dla tych, których to spotkało.

Walter Spitzer z wielką szczerością opowiada czytelnikowi o swoim życiu. Historię rozpoczyna kilkoma szczegółami na temat dzieciństwa, by płynnie przejść do młodości w getcie i rzeczywistości obozowej. Mimo że czytałam już sporo pozycji dotyczących zagłady ludności żydowskiej, te teksty wciąż budzą we mnie żywe emocje, zwłaszcza, gdy tak, jak w tym przypadku relacja odbywa się w formie pierwszoosobowej. Nadaje to historii charakter niezwykle osobisty, mocniej działa na wyobraźnię, bardziej porusza.


Autor powieści w wyniku zagłady stracił całą rodzinę. Co więcej- do obozu trafił jako nastolatek. Młody człowiek, bez bliskich, sam na sam z całym okrucieństwem, zmuszony do radzenia sobie po swojemu i dorastania w takich okolicznościach. I tę zmianę również widać, to przejście z chłopięcej niewinności do wymuszonej dojrzałości.

Walter bardzo osobiście i drobiazgowo opowiada o tym procesie dorastania, dając nam do zrozumienia, że choć zmienił się świat i całe jego życie on wciąż był młodym mężczyzną. Choć walka o życie i konieczność zdobycia pożywienia znajdowały się na pierwszym planie, on wciąż czuł, widział, przeżywał. Poznał smak pocałunku, pierwszą miłość. Nie ukrywa tego, wręcz przeciwnie, podkreśla, że wojna wyostrza uczucia, sprawia, że człowiek pragnie poczuć jeszcze bardziej i mocniej.



Nigdy nie czytałam świadectwa napisanego przez kogoś takiego jak Walter, bo nigdy nie spotkałam się z osobą, która mogłaby zyskać wykorzystując swoje umiejętności. On potrafił przepięknie rysować, marzył, by zostać artystą. Tworzenie portretów pozwalało mu zdobyć nieco więcej pożywienia, zyskanie nieco lepszych warunków, delikatnych przywilejów. Ale każdy medal ma dwie strony. Ta „obozowa sztuka” została z nim na zawsze. Już zawsze jego życie i jego zdolności opierały się na wspomnieniach i obrazach pojawiających się przed oczami, kiedy je zamykał.




Bo nie da się tak po prostu zapomnieć i się odciąć. Epilog umożliwia przekonanie się, co stało się z autorem książki po wojnie. Jak pobyt w obozie wpłynął na jego życie i jak ciężko było mu wrócić do normalności, a może raczej pozornej normalności.







Nie czyta się łatwo, bo nie można bez emocji zgłębiać takiego tematu. Taka lektura wymaga zaczerpnięcia oddechu, zrobienia sobie kilku przystanków. Ale warta jest poznania i zapamiętania. Czuję głęboką wdzięczność do autora za to, że spisał swoje wspomnienia oraz uzupełnił je zdjęciami rysunkami. 

Za możliwość poznania historii Waltera dziękuję Wydawnictwu Od deski do deski.


środa, 13 grudnia 2017

Wszystko na raz



Autor: Jandy Nelson
Tytuł: Niebo jest wszędzie
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 368
Gatunek: literatura młodzieżowa






Lennie straciła ukochaną siostrę i choć ma wrażenie, że czas się zatrzymał, to życie płynie swoim rytmem i swoim torem. Czy może w tym samym czasie przeżywać żałobę i pierwsza miłość?

Bardzo ciepło wspominam lekturę powieści „Oddam Ci słońce”, w mojej opinii wpisującej się w krąg wartościowych i wzruszających młodzieżówek, które warto poznać, bo wcale tak dużo znowu ich nie ma. Ciepłe wspomnienia wpłynęły na wieli apetyt i nieposkromioną ciekawość i już tylko krok dzielił mnie od poznania kolejnego  tytułu tej autorki. A jak było tym razem?

„Niebo jest wszędzie” to intrygujące połączenie tematów ważnych z tymi lekkimi, choć przez to wcale niemniej istotnymi. To spojrzenie na kwestie uniwersalne oczami bohaterów w różnym wieku. A przede wszystkim to opowieść dająca do myślenia, skłaniająca do refleksji i poruszająca różne nuty w sercach czytelników. Z jednej strony czytamy bowiem o stracie ukochanej osoby, a z drugiej obserwujemy zmagania z życiem zagubionej nastolatki. Mogłoby się wydawać, że takie połączenie jest ryzykowne. I w tym określeniu wcale nie byłoby przesady. Moim zdaniem Nelson ustawiła sobie poprzeczkę wysoko, ale świetnie sobie poradziła.

Główna bohaterka straciła ukochaną siostrę, a z taką stratą zawsze niezwykle trudno się pogodzić. I autorce bardzo dobrze udało się pokazać ciężar żałoby, ból utraty, chęć rozpamiętywania i próby zrozumienia. Ale życie toczy się dalej, a ludzie nie pozostają w tyle. Lennie ma zaledwie 17 lat, w przed sobą tak wiele, w tym pierwszą miłość. I w tym miejscu nasuwają mi się pytania oczywiste- jak pogodzić ten ból z rodzącym się w sercu uczuciem? Jak znaleźć miejsca dla tak różnych emocji? Czy grozi to katastrofą? Owszem. Takich katastrof w tej powieści pojawia się mnóstwo, jedne wzbudzają w czytelniku żal, inne wywołują uśmiech. Niezmiennie jednak pojawia się wiele uczuć, mnogość refleksji, trochę wspomnień.

Nelson łączy tematy z niezwykłym wyczuciem. Operuje emocjami z zaskakującą łatwością i precyzją, łącząc kwestie ryzykowne, a przy tym pokazując, że tak właśnie bywa w prawdziwym życiu, które wielokrotnie nas zaskakuje, powala na łopatki, rzuca kłody pod nogi, ale również daje szansę na szczęście. A szkoda by było z niej nie skorzystać. Powieści młodzieżowe są nieco specyficzne, wydają się łagodniejsze w przekazie, czasami nieco trywialne ze względu na osadzenie akcji w świecie nastolatków. Czy w tym przypadku było tak samo? Trochę ciężko mi odpowiedzieć. Rzeczywiście ten młodzieżowy klimat nieco jakby uspokajał akcję, sprowadzał ją na inne tory. Ale ciężar tematyki nie wydawał się przez to słabnąć.

Zawsze obawiam się, że w tych powieściach o nastolatkach utonę w pierwszej miłości i przyjdzie mi zmierzyć się z zauroczeniami, zerwaniami, błahymi kłótniami. Lubię młodzieżówki, zawsze jednak odczuwam żal, gdy tematy te wysuwają się na pierwszy plan. „Niebo jest wszędzie” to w dużej części opowieść o pierwszej miłości. Szczerze mówiąc w którymś momencie poczułam delikatny przesyt, stwierdziłam, że chyba jednak tego trochę za dużo. Uczciwie jednak trzeba Nelson przyznać, że zawarła w tej tematyce dużo ciepła, uroku, a nawet magii.

Bohaterzy powieści zostali zarysowani bardzo wyraziście. Podczas lektury wywołują wiele emocji, sprawiając, że nie potrafimy pozostać wobec nich obojętnym. Co więcej, ciężko nie poczuć do nich sympatii. Naprawdę, dawno nie czytałam książki, w której opowieść zbudowana by została wokół tylu sympatycznych postaci. Nikt mnie nie drażnił i nie irytował. Nikogo nie miałam chęci wyciąć.

Autorka pisze bardzo lekko, a krótkie rozdziały i młodzieżowa stylizacja sprawiają, że książkę czyta się w błyskawicznym tempie. Sięgając po nią liczyłam przede wszystkim na odpowiednią lekturę na spokojny weekend. I taka rzeczywiście była, jednak ciężar emocjonalny nieco mnie zaskoczył. Na plus oczywiście. 

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Rozmowy rozgrzewające serce




Autor: Katarzyna Sidorowicz
Tytuł: Rozmowy z dziadkiem Tadkiem
Wydawnictwo: Zielony Groszek
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 114
Gatunek: literatura dziecięca 






Z twórczością Sidorowicz pierwszy raz miałam do czynienia kilka miesięcy temu za sprawą opowieści „O myszce Badylarce”. Wówczas autorka ujęła mnie swoją umiejętnością operowania słowem i wrażliwością. Nie jestem ekspertem od literatury dziecięcej i potomstwa wciąż nie posiadam. Nie znaczy to jednak, że nie mam czasami ochoty powrócić do dzieciństwa, cofnąć się w czasie, powspominać. A jeśli jest to możliwe dzięki utworom skierowanym do młodszych czytelników, to czemu miałabym z tego nie skorzystać?





„Rozmowy z dziadkiem Tadkiem” to zbiór krótkich opowiastek, które czyta się bardzo przyjemnie, po części za sprawą pierwszoosobowej narracji prowadzonej przez ośmioletniego Stasia. Chłopczyk wspomina kilka rozmów z dziadkiem, przypomina słowne potyczki, przytacza wesołe anegdotki wynikające z językowych błędów. To piękne i pouczające połączenie dziecięcej dociekliwości z życiową dojrzałością, ukazujące, jak wspaniale mogą się te dwa światy uzupełniać.








I Stasia i dziadka Tadka poznawałam z wielką ciekawością i uśmiechem na twarzy. Autorka kolejny raz umożliwiła mi chwilowy powrót do lat dzieciństwa, sprawiając, że przypomniałam sobie, że i w moim życiu dziadkowie odgrywali i wciąż odgrywają niezwykle ważne role i zajmują istotne miejsce. Ciepłe wspomnienia, upajające uroki wspomnień momentami pokrywane były warstwą melancholii i nostalgii za czasami, które już nie wrócą. Sidorowicz nie próbuje w żaden sposób umoralniać czy pouczać, z pewnością jednak skłania swoim tekstem do refleksji.





To niezwykłe, że tak krótka forma może w człowieku wywołać wiele emocji i sprawdzić się zarówno w przypadku młodszych, jak i starszych czytelników. „Rozmowy z dziadkiem Tadkiem” to utwór, który pokochają dzieci i docenią rodzice. Bardzo chciałabym mieć go komu przeczytać, bo z jednej strony przyjemnie byłoby do niego wrócić, a drugiej takie wspólne przeżywanie teksu musi sprawiać wiele frajdy.










Bardzo polubiłam książeczkowych bohaterów, zarówno tych pierwszoplanowych, jak i tych, którym przyznano miejsce w tle. Sidorowicz wyczarowała krąg postaci sympatycznych, zabawnych, uroczych. A między kolejnymi zabawnymi anegdotkami udało jej się znaleźć miejsce na przesłanie i morał, a także garść nieco cięższych tematów przekazanych w stosunkowo lekkim wydaniu.




Opowieści Stasia czyta się szybko i lekko. Nieco zaskoczyło mnie, że autorka uczyniła chłopca narratorem, ale pomysł ten świetnie się sprawdził, nadając historyjkom dziecięcego charakteru, subtelności, uroku i magii, a także nieco realizmu. To opowieści chłopczyka, który poznaje świat podążając za swoim mądrym dziadkiem- opowieści ujmujące i pełne ciepła.








Pewne jest, że Sidorowicz potrafi tworzyć piękne historie dla dzieci, a wyobraźnia idzie u niej w parze z dopracowanym stylem i odpowiednią narracją. A magia tych historii podkreślona została bajkowymi ilustracjami. Brawo. 

Za możliwość poznania Stasia i dziadka Tadka dziękuję Autorce.

niedziela, 10 grudnia 2017

Właśnie się spełniają sny




Autor: Paula McLain
Tytuł: Okrążyć słońce
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 432
Gatunek: literatura współczesna 








Mała Beryl wraz z ojcem zamieszkuje farmę w Kenii. To tam poznaje smak wolności, głód pragnień, zaznaje pierwszej miłości i zaczyna rozumieć, że najbardziej w życiu liczy się bycie sobą i niespoglądanie wstecz.

Minęło wiele miesięcy od momentu, kiedy kupiłam „Okrążyć słońce” do chwili, kiedy po tę powieść sięgnęłam. Miałam na nią wielki apetyt, mój entuzjazm gasł jednak w obliczu nieprzychylnych recenzji i ocen. Czy warto było czekać?


Największą wartością tej książki bez wątpienia jest dla mnie wykorzystanie faktów. Bardzo cenię historie czerpiące z prawdziwego życia i opowiadające o ludziach, którzy naprawdę żyli. W tym przypadku nie może dziwić, że autorka wykorzystała ten temat, wiąże się z nim w końcu wielki potencjał. Interesujące czasy, intrygujące postacie, niesamowite miejsca- te elementy składają się na treść niebanalną i dokładnie taką otrzymujemy poświęcając czas tej powieści.


Za sprawą fabuły autorka cofa się do początków XX wieku i opowiada o wydarzeniach w tym czasie zaskakujących, a raczej szokujących. To lata, kiedy nie wyobrażano sobie rzeczy, jakie dzisiaj są dla nas normalnością, jak np. związków między ludźmi o różnym kolorze skóry. To czasy, kiedy społeczeństwo szokowały odważne kobiety, a moralność niewiele miała faktycznie wspólnego z zasadami, choć wciąż starano się utrzymywać, że to rzecz niezwykle cenna. Co więcej, to przecież rozwój technologii. I te elementy zawarte na kartach powieści intrygują, budzą ciekawość, zatrzymują przy lekturze. Mnie zmagnetyzowały.


I ta dzika Afryka. Niesamowite zwierzęta. Gorący klimat. Powiew egzotyki. Nie bez znaczenia było dla mnie, że powieściowe wydarzenia odbywały się w takim miejscu, wskazując z jednej strony wady i niedostatki tego miejsca, a z drugiej jego bogactwa i zalety. Autorka zabiera nas do dusznej Kenii, pokazując zachodzące tam zmiany, pozwala byśmy zostali uczestnikami tych wydarzeń.





W tej powieści nie podążamy za akcją na złamanie karku. Fabuła nie zaskakuje gwałtownymi zwrotami. Nie. W moim odczuciu jest dość spokojnie. A jednak pokonywałam kolejne rozdziały z wielką, nieposkromioną ciekawością. Poczułam ten klimat i naprawdę mnie on urzekł. Czytałam powoli, ale cierpliwie. Dawkowałam sobie tę opowieść niespiesznie, nie mając jednak do McLain żalu o ten książkowy spokój. Mam wrażenie, ze to jedna z tych powieści, w której satysfakcję czerpiemy z każdego elementu, doceniając atmosferę, tło wydarzeń, bohaterów oraz umiejętność przedstawienia historii i zachodzących w niej zmian.



Perełką w tej opowieści okazała się dla mnie główna bohaterka- Beryl Markham. Kobieta odważna, zdeterminowana, nieprzejmująca się krytyką innych i niebiorąca sobie ich zdania do serca. Beryl po prostu była inna. Podążała za marzeniami, realizowała pragnienia, nie spoglądała wstecz i godziła się z porażkami. I wciąż chciała więcej. Głód życia i pasja, z jaką żyła okazały się godne pozazdroszczenia.




Cieszę się, że autorka zdecydowała się opisać tę historię, szczególnie, że wykorzystała do tego celu pierwszoosobową narrację, dzięki której odnosimy wrażenie, jakbyśmy czytali dziennik pisany przez główną bohaterkę. Barwny, szczery, życiowy. Dla mnie ta lektura okazała się niezwykle trafiona, zupełnie się w niej zagubiłam. 

środa, 6 grudnia 2017

Kochana Mamusiu...




Autor: Tarryn Fisher
Tytuł: Bad mommy
Wydawnictwo: SQN
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 320
Gatunek: thriller 








Gdy do domu w sąsiedztwie wprowadza się Fig, życie Dariusa i Jolene zmienia się na zawsze. Początkowa sympatia szybko zmienia się w obsesję. Nie wiadomo jednak, kto jest obiektem westchnień i zazdrości Fig…

Kilka miesięcy temu przeczytałam „Margo”. Jej historia okazała się na tyle intrygująca, że zapragnęłam poznać inne tytuły, które wyszły spod pióra autorki. Kolejnym punktem na mojej liście była „Bad mommy”. Zapowiadała się wspaniale- mrocznie i klimatycznie. Tylko czy rzeczywiście tę powieść można podsumować w ten sposób?

Tym, co zawsze zwraca moją uwagę w powieści i zawsze zasługuje u mnie na wielki plus, niezależnie od pozostałych elementów, jest pierwszoosobowa narracja. Bardzo się cieszę, że Fisher zdecydowała się opowiedzieć nam o złej mamie w taki sposób, pozwalając nam lepiej zrozumieć postępowanie i motywy głównej bohaterki. Tym, co ucieszyło mnie jeszcze bardziej, jest zaangażowanie w opowieść pozostałych postaci. Szybko bowiem okazuje się, że nie tylko Fig ma cos do powiedzenia i nie tylko jej sylwetka zasługuje na uwagę.


Fisher stworzyła interesujących, wielowymiarowych bohaterów. Mrocznych, doświadczonych, na życiowych zakrętach. Każdemu z nich przypisała zestaw intrygujących, często przeciwstawnych cech. Podobnie jak w „Margo”, tak i w tym przypadku nic nie jest czarne lub białe, natomiast szarości łatwo doszukiwać się w każdym zakamarku i na każdej płaszczyźnie. Powieściowych bohaterów ciężko bowiem jednoznacznie ocenić, szczególnie, gdy przekonujemy się, jak wiele asów chowają w rękawie i jak dużo ułomności skrzętnie maskują. Te wywrotowe charaktery wiele razy mnie zaskoczyły, szczególnie na późniejszym etapie.

Autorka stworzyła przyjemnie mroczną i urokliwie klimatyczną atmosferę, na którą składają się zwroty akcji i zmienne decyzje bohaterów. Szczerze powiem, że na początku nie mogłam wczuć się w tę opowieść i choć czytało mi się bardzo dobrze, zastanawiałam się, co niby powinno wywołać u mnie rumieńce i emocje. Cierpliwie jednak czekałam, aż dotarłam do drugiej części, w mojej opinii znacznie lepszej, mocniejszej i zaskakującej, stanowiącej główny zwrot w tej historii i zmieniającej nasze spojrzenie na całą opowieść.

Fisher zbudowała swoja historię umiejętnie łącząc elementy thrillera i powieści obyczajowej. Dylematy jej bohaterów nie są szczególnie wymyślne, ale sposób ich przedstawienia sprawia, że nie trącą ono banałem. Podczas lektury wielokrotnie odnosiłam wrażenie, że książkowe postacie na każdym kroku zmagają się z przeszłością, a błędne decyzje, przeszkody losu, niesprawiedliwie porażki wywołują w nich najgorsze instynkty i sprawiają, że na powierzchnię wypełza złość, ból, chęć zemsty.



„Bad mommy” została napisana lekkim stylem i prostym językiem. Kolejne strony pochłania się w błyskawicznym tempie, a przeskoki od jednego rozdziału do drugiego następują niemal niezauważalnie.  Czyta się bardzo dobrze, z wielkim oczekiwaniem na kolejne niespodzianki od autorki.

W moim odczuciu powieści tej dość daleko jest do bestsellera, a jednak ciekawie pokazuje, w jaki sposób bohaterzy się zmieniają, stanowi dobrą rozrywkę i skłania do myślenia. Nie mogę powiedzieć, by poświęcony jej czas był stracony, choć „Margo” to nie jest…

Recenzja powstała we współpracy z portalem czytampierwszy.pl.



poniedziałek, 4 grudnia 2017

Nerdem być, po swojemu żyć




Autor: Francesca Zappia
Tytuł: Eliza i jej potwory
Wydawnictwo: Feeria Young
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 400
Gatunek: literatura młodzieżowa 







Eliza ma swój świat. Niestety głównie wirtualny. To tam realizuje pasje i oddaje się marzeniom. Tymczasem pewnego dnia dopada ją rzeczywistość, a wszystkie znaki wskazują, że pora zejść na ziemię.

Po „Elizę…” sięgnęłam wiedziona ciekawością, pamiętając, jak pozytywne uczucia wywołała we mnie poprzednia książka autorki. Bardzo lubię młodzieżówki, zawsze jednak próbuję doszukać się w nich czegoś więcej niż miłostek łączących głównych bohaterów. Tym razem zwróciłam uwagę przede wszystkim na sylwetkę głównej bohaterki, która wydała mi się intrygująca i niebanalna.

Eliza jest wycofana i niepewna siebie, a przynajmniej taka wydaje się w prawdziwym świecie. Trzyma się na dystans, nie ma prawdziwych przyjaciół, często pada obiektem drwin i zaczepek. Nie lubi szkoły, nie czuję się doceniana w domu. Za to w Internecie jest królową. Tworzy popularny komiks, posiada wiernych fanów. To miejsce pozwala jej uciec, tam się spełnia. Bardzo podoba mi się, w jaki sposób autorka wykreowała swą postać. Dziewczyna wydaje się dokładnie wpisywać w realia dzisiejszych czasów. Towarzyszące jej odczucia budzą w czytelniku emocje, odwołują się do naszych doświadczeń, bazują na wspomnieniach. Łatwo się z nią utożsamić.

„Prawda to najgorszy z potworów, bo nigdy na dobre nie znika”.

Mogłoby się wydawać, że w świecie rzeczywistym odnajduje się coraz mniej ludzi, a Internet całkowicie zawładnął naszym umysłem, duszą, marzeniami. Nie potrzebujemy czuć bliskości, a obecność innych dla wielu z nas również staje się zbędna. Cieszę się, że autorka zwróciła w swej powieści uwagę na ten problem. Bo nie można się oszukiwać- ten problem naprawdę istnieje. Lubię tematy ważne, dające do myślenia, skłaniające do refleksji i ukazujące pewne rzeczy w innym świetle. Tutaj pod pozorem prostej opowieści dla młodzieży autorce udało się przemycić wiele istotnych treści.

Wallace pojawiający się u boku Elizy również zdobył moją sympatię. I od razu mam ochotę podkreślić, że to nie jest kolejna historia o nastoletniej miłości. Choć watek ten oczywiście pojawić się musi, to nie odczułam jednak, by autorka koniecznie chciała umieścić go na pierwszym planie. Pomiędzy bohaterami poczułam raczej sojusz, wspólne pasje, podobne problemy. I towarzyszące im obojgu demony. Zappia bardzo postarała się, by powieściowe postacie nie pozostawiły czytelnika obojętnym. Nawet, gdy ich problemy brzmią dla nas obco, to jednak potrafimy choć po części je zrozumieć, wyobrazić sobie, na czym polegają i co do nich prowadzi.

„Ale ja nie chcę przyjaźnić się z ludźmi, którzy z góry decydują, że nie zasługuję na życie, bo jestem zbyt cudaczna”.

To, co podoba mi się najbardziej, to sposób, w jaki autorka połączyła rozrywkę z morałem. Jej opowieść jest lekka, płynie szybko, pozwala oderwać się od codzienności, ale oprócz typowo rozrywkowego charakteru niesie ze sobą również przesłanie. Zwraca uwagę na rzeczy ważne i ważniejsze, uczy. Zwraca się w stronę znanych tematów, ale w jej wykonaniu nie są one tak ograne i banalne, jak to często bywa. Mnie takie wydanie się podoba.

Jak można było się spodziewać, powieść napisano bardzo lekko. Styl autorki jest swobodny, nie wymaga przesadnego myślenia, a słownictwo nie jest wyszukane. Zostajemy zaproszeni do świata nastolatki i ten świat zostaje utrwalony na powieściowych stronach. Nic dodać, nic ująć.

„Eliza i jej potwory” to powieść, która podobała mi się bardziej od jej poprzedniczki. Mocniej uderzył we mnie główny temat, a i bohaterzy wydali mi się ciekawsi.  


Za przesłanie powieści do recenzji dziękuję 

sobota, 2 grudnia 2017

Ameryka z banków strony




Autor: Marek Wałkuski
Tytuł: To jest napad!
Wydawnictwo: Editio
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 336
Gatunek: literatura faktu 







Uwielbiam oglądać filmy, których akcja skupia się wokół napadów na bank. Towarzyszące temu emocje, intrygujące plany, niespodziewane zwroty akcji- te elementy mocno oddziałują na moją wyobraźnię. Nigdy jednak nie pomyślałam, że o napadach mogłabym poczytać. Aż do momentu, kiedy otrzymałam możliwość poznania książki „To jest napad!”.


Zabierając się za lekturę tej powieści nie do końca zdawałam sobie sprawę na co się piszę. Bo chyba tak naprawdę nie mogłam być świadoma, że w moje ręce trafi powieść tak dopracowana i przemyślana, w której każdy element ma swoje miejsce, a każdy rozdział składa się na intrygującą i fascynującą całość. Tymczasem Wałkuski zrobił na mnie naprawdę duże wrażenie.





Lojalnie uprzedzę, że tej powieści nie czyta się szybko, a przynajmniej tak było w moim przypadku. Mnogość szczegółów, wątki historyczne, tematy „uzupełniające”- to wszystko sprawia, że przeczytanie książki zajęło mi więcej czasu niż przewidywałam. Nie znaczy to bynajmniej, że czyta się źle albo że mam do autora żal. Wręcz przeciwnie. Stopniowałam sobie emocje, poświęciłam więcej uwagi kwestiom rzeczywiście mnie interesującym, skupiłam się nie gnając na złamanie karku, a także dłużej mogłam cieszyć się lekturą.

Wałkuski stworzył książkę zupełnie inną na tle każdego dnia wydawanych nowości. To frapujący reportaż, który całkiem wiernie oddaje klimat kina akcji, a momentami przypomina książki o podłożu historycznym. To kawałek historii przedstawiony z zupełnie zaskakującej strony, opowieść o światowym mocarstwie poprowadzona wokół tematów, które mogą być dla czytelnika zaskoczeniem, a jednak składają się przecież na istotny fragment rozwoju tego kraju.


Autor podzielił powieść na kilka części. Obecność niektórych z nich, jak np. fragmenty dotyczące amerykańskiej waluty i jej rozwoju, okazała się dla mnie dużą niespodzianką, a jednak po zakończenie lektury byłam zdziwiona, w jaki sposób te tematy połączył, jak ładnie to wszystko zagrało. A przyznać muszę, że mimo wszystko nie spodziewałam się takiej dociekliwości i takiego przygotowania.




Napady na amerykańskie banki dzięki Wałkuskiemu możemy poznać z różnych perspektyw. Autor opowiada nie tylko o ciekawszych i bardziej znanych napaściach. On także przedstawia motywację rabusiów, wnika w ich psychikę oraz pokazuje ich jako ludzi z krwi i kości. W tej książce ciężko doszukać się jedynie wyrachowanych, brutalnych czy złych bohaterów. Niektórzy działali w słusznej sprawie i choć niekoniecznie obrali dobrą drogę, to jednak naprawdę kierowały nimi ważne względy.

Wałkuski oferuje nam ciekawą mieszankę. Najważniejsze napady, najbardziej znani rabusie, najciekawsze porażki- to tylko kilka elementów. Oprócz nich czytelnik może liczyć na krótki poradnik dla rabusia, szereg ciekawostek, trochę technologii, a także sporo interesujących zdjęć i rysunków.




Autor pisze bardzo ciekawie, widać, że nie zdecydował się na ten temat przypadkowo. Jego styl jest lekki, miejscami humorystyczny. Czyta się dobrze, przy okazji poznając Amerykę z nieco innej strony.









Jak już kilkakrotnie wspomniałam, jestem pod dużym wrażeniem tej lektury. Bardzo lubię reportaże, ale chyba jeszcze nigdy nie trafiłam na temat tak oryginalny i pomysłowy. Świetna robota, Panie Marku!  

Za możliwość poznania reportażu dziękuję Wydawnictwu Editio.