poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Robert Małecki "Wada"




Autor: Robert Małecki
Tytuł: Wada
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 536
Gatunek: kryminał 







W pobliżu jeziora policjanci odkrywają zakrwawiony namiot. Na miejscu brakuje jednak ciała. Co się tam wydarzyło? Kto zginął? Gdzie podziało się narzędzie zbrodni? A przede wszystkim- od czego by tu zacząć poszukiwania?

„Wada” to druga część cyklu z Bernardem Grossem. Cyklu, który okazał się lubiany i doceniany przez czytelników, co tylko jeszcze bardziej pobudziło moją ciekawość. Już na początku muszę przyznać, że rozpoczynanie serii od części drugiej, jak to było w moim przypadku, nie stanowiło problemu. Małecki chętnie opowiada o przeszłości swojego bohatera, wydarzenia sprzed lat wciąż są żywe w jego pamięci, a odczucia i refleksje Grossa powracają na kolejnych kartkach. Dzięki temu czytelnik nie ma wrażenia zagubienia, nie czuje, że coś przeoczył lub, że coś mu uciekło.

Na każdym kroku widać, że Gross odgrywa w tej powieści pierwsze skrzypce. To on wiedzie prym przy rozwiązywaniu śledztwa i to do jego przeszłości autor bardzo chętnie wraca. Bohater ten wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Choć momentami czułam, że jego życie prywatne nieco przeszkadza w pracy, to ostatecznie przekonałam się, jak oddany, zdeterminowany i sprytny jest ten komisarz. Nie mogłam natomiast pozbyć się uczucia, że tej prywaty jednak jest za dużo. Zbyt wiele wspomnień, błądzenia myślami, zaklinania czasu. Ta refleksyjność i tęsknota spowalniały akcję, sprawiając, że traciła rozpęd i trochę męczyła. A można było zrobić to krócej, trochę ograniczyć. Może zabrzmiało surowo, ale to mój jedyny zarzut wobec tej książki.

Najnowsza powieść Małeckiego została oparta na zawiłej, przemyślanej i dopracowanej intrydze. Przez długi czas niezwykle ciężko jest znaleźć powiązanie między książkowymi wydarzeniami. Poszczególne sprawy wydają się nie mieć ze sobą nic wspólnego, a czytelnik kontynuuje lekturę z przekonaniem, że oto trafiły się dwa interesujące śledztwa. Czy oby na pewno? Przeświadczenie, że bieżące dochodzenie i sprawę sprzed wielu lat coś łączy, sprawia, że ponownie ożywa w nas ciekawość, przyspieszamy lekturę i angażujemy wyobraźnię, by przekonać się, że Małecki sobie z nami pogrywa i dobrze się z tym czuje.


„Wada” to najlepszy przykład żmudnego, szczegółowego i skomplikowanego policyjnego śledztwa. Akcja opiera się na wydarzeniach, które niezwykle trudno wyjaśnić. Każdy szczegół ma olbrzymie znaczenie, jednak dopasowanie do siebie kolejnych elementów przychodzi funkcjonariuszom z wielkim trudem. Takie przedstawienie fabuły wprowadza realizm i autentyczność. Nic nie odbywa się tutaj jak w telewizji, rozwiązania nie pojawiają się same, a magiczne urządzenia i niebywałe technologie nie podsuwają policjantom podejrzanych. Do wszystkiego muszą oni dojść na własną rękę i wykazać się najlepiej jak potrafią.

Małecki naprawdę do pisania tej książki się przygotował. Choć miewałam przy jej lekturze słabsze momenty, wynikające ze zwalniającej akcji i wywołujące trochę nudy, to ostatecznie i z wielką przyjemnością musiałam przyznać, że ta lektura warta była poświęconego jej czasu, a finał okazał się zaskakujący i błyskotliwy, udowadniając tym samym, że ten autor zna się na rzeczy i wnosi coś istotnego na polską scenę kryminalną.

„Wada” to interesujący i skomplikowany kryminał, który okazał się dla mnie niezłą gratką i niebanalną łamigłówką. Szukając rozwiązań musiałam wykazać się sprytem, pilnie śledzić akcję i uważnie czytać, nie zapominając, że każdy detal ma tutaj olbrzymie znaczenie. A czy Wy znacie już twórczość Małeckiego? Czy interesują Was podobne książki kryminały?

Za przesłanie książki do recenzji serdecznie dziękuję księgarni internetowej selkar.pl.

niedziela, 18 sierpnia 2019

Marta Sapała "Na marne"




Autor: Marta Sapała
Tytuł: Na marne
Wydawnictwo: Czarne
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 288
Gatunek: literatura faktu







„Na marne” okazało się dla mnie tytułem obowiązkowym, z racji tego, że sama do tematu wyrzucania żywności podchodzę wręcz obsesyjnie. Żyję w duchu zasady, że nic w mojej lodówce się nie marnuje, jestem wdzięczna za to, co mam, dziękując w duchu, że nigdy nie zaznałam głodu. Tymczasem każdego roku na świecie marnowane i wrzucane są tony jedzenia. Dlaczego? Czy to rzeczywiście jest konieczne?

Marta Sapała na problem marnowania żywności spogląda z wielu perspektyw. Jej reportaż to dogłębna analiza tej kwestii, traktowana z pewnym dystansem, dzięki czemu podejście jest bardzo rzeczowe i dające do myślenia. Śmiało można by powiedzieć, że autorka wycisnęła z tego tematu, tyle, ile można było, kolejno analizując, pytając, zastanawiając się, a w końcu przekazując zebrane informacje.

Nigdy nie zastanawiałam się, co rzeczywiście oznacza data ważności.

Nigdy nie byłam w jadłodzielni.

Nigdy nie poznałam żadnego freeweganina i nie wzięłam pod uwagę, że żywność można pozyskiwać inaczej niż ze sklepu. 

   
Choć sama rzeczywiście tym marnowaniem żywności się interesowałam, to nigdy nie przyszłoby mi do głowy, jak wiele spraw, postaw i zjawisk się z tym wiąże. Nie sięgnęłam głębiej, dopóki nie poznałam treści tej książki. A po jej lekturze mam wrażenie, że autorka otworzyła mi oczy i umożliwiła dzielenie się tą wiedzą, jeszcze rozsądniejsze gospodarowanie oraz robienie zakupów.

Sapała nie ocenia. Nie umoralnia. Nie osądza. Próbuje zrozumieć. Dzieli się wnioskami. Sugeruje rozwiązania. Widać, że ten temat jej również stał się bliski, że te kwestie są dla niej ważne. Co jednak najbardziej mnie w tej lekturze zastanowiło i poruszyło? Wskazanie, że to nasz wybór. Pokazanie palcem na każdego z nas, nieco przykre, ale potrzebne. I ta konieczność wyboru wracała do mnie na każdej stronie.

„Na marne” to nie tylko reportaż. To trochę lekcja życia, a trochę poradnik. To tekst o problemie aktualnym i istotnym. A co z tym zrobimy, to już sprawa każdego z nas…

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Czarnemu.

środa, 14 sierpnia 2019

Frences Maynard "Siedem niedoskonałych reguł Elviry Carr"




Autor: Frances Maynard
Tytuł: Siedem niedoskonałych reguł Elviry Carr
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 464
Gatunek: literatura współczesna 






“Siedem niedoskonałych reguł Elviry Carr” to dojrzała, mądra i piękna opowieść o kobiecie, która jest po prostu inna. Elvira cierpi na pewną przypadłość- nie potrafi kłamać, nie rozumie figur retorycznych, nigdy nie jest pewna, kiedy ktoś mówi poważnie, a kiedy żartuje i nie umie dopasować się do reszty. Elvira posiada zaburzenia ze spektrum autyzmu.

Choć czytałam już sporo na temat , nie będzie wielką przesadą, kiedy powiem, że chyba jeszcze żadna książka tak bardzo nie ujęła mnie przedstawieniem tych kwestii. Maynard napisała powieść o kobiecie, której szalenie ciężko się odnaleźć. A zrobiła to w taki sposób, że fabuła może trafić zarówno do tych walczących z tym okropieństwem na co dzień, jak i tych, którzy nie zdają sobie sprawy, na czym to wszystko polega. Można by odnieść wrażenie, że autorka przeżyła opisywane wydarzenia na własnej skórze. Tak autentycznego i realistycznego charakteru i wydźwięku nabrała książkowa Elvira.

Zabierając się za opisanie takiej historii Maynard postawiła sobie poprzeczkę bardzo wysoko, ale każdym kolejnym rozdziałem udowadniała, że świetnie się przygotowała i dała z siebie wszystko. Dotarłam do informacji, że autorka pracuje z osobami podobnymi do głównej bohaterki. I jestem pewna, że nabyte doświadczenie pozwoliło jej stworzyć niebanalną i dającą do myślenia historię, w której każdy z nas może odnaleźć nieco z siebie i dla siebie. W końcu poczucie zagubienia, konieczność dopasowania się i próba znalezienia własnego miejsca nie dotyczą tylko osób chorych…

Maynard stworzyła interesującą historię o interesującej bohaterce. Pokazała nam świat widziany jej oczami. Wszystkie trudności, z jakimi się spotyka. Stosunek, jaki mają do niej ludzie. To opowieść pełna wzlotów i upadków. Wypełniona uczuciami. Bazująca na prawdzie. I stanowiąca świetne połączenie emocji i informacji. „Siedem reguł…” nie jest lekturą prostą i przyjemną, moim zdaniem jednak obowiązkową i potrzebną.


Pierwszoosobowa narracja jeszcze mocniej podkreśla istotny przekaz tej opowieści, ważną rolę, jaką przyszło jej odegrać. Dzięki temu również przez cały czas czułam, jakbym czytała pamiętnik osoby chorującej. Gdyby autorka zdecydowała się przedstawić tę historię inaczej, to nie byłaby ona tak przejmująca i wartościowa. Tymczasem podążając za słowami Elviry możemy faktycznie poczuć, zobaczyć i usłyszeć to, co ona.

Maynard bardzo trafnie oddała także charakter głównej bohaterki. Z książkowych opisów wyłania się kobieta zagubiona, zmieszana i przytłoczona, ale gotowa zawalczyć o siebie i o swoje. Polubiłam Elvirę całym sercem, bardzo przeżywałam to, co ją spotkało, gorąco jej kibicowałam i liczyłam, że wszystko ułoży się po jej myśli. Kreacja tej bohaterki to największa zaleta powieści i jej najmocniejszy punkt.

„Siedem niedoskonałych reguł Elviry Carr” to wymagająca powieść, w którą warto się jednak zaangażować całą sobą. Dostarcza informacji, budzi emocje, skłania do przemyśleń. Może stanowić spore wyzwanie, ale to właśnie dla takich książek warto w ogóle czytać.

Za przesłanie książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.

poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Robert Rient "Duchy Jeremiego"




Autor: Robert Rient
Tytuł: Duchy Jeremiego
Wydawnictwo: Wielka Litera
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 296
Gatunek: literatura współczesna







Mierząc się z chorobą mamy, Jeremi próbuje jednocześnie zrozumieć zagmatwaną historię własnej rodziny. Zagłada zdaje się mieć w tej powieści wiele twarzy.  

Czasami książki nas po prostu magnetyzują- okładką, tytułem, rekomendacją. Czujemy, że musimy je przeczytać. Koniecznie. Prędzej czy później. Ale na pewno. Wiemy, że ich lektura to jedynie kwestia czasu. Dokładnie to czułam spoglądając na zastanawiającą okładkę „Duchów Jeremiego”.

Mogłoby się wydawać, że to kolejna powieść młodzieżowa, której autor próbuje zdobyć kilka punktów poprzez wplatanie w fabułę istotnych treści i aktualnych tematów. Można by pomyśleć, szczególnie na początku, że to ładna historia, ale próżno doszukiwać się w niej czegoś nowego czy zaskakującego. I choć może przez chwilę takie refleksje znalazłyby dla siebie usprawiedliwienie, to szybko doszlibyście do przekonania, że takie założenia nie mogłyby po prostu być bardziej mylne czy krzywdzące.

„Duchy Jeremiego” to opowieść napisana ręką nastoletniego chłopca. I dokładnie to widać i czuć podczas lektury. Burzę uczuć, próbę zrozumienia otaczającego świata, nieśmiałe przebijanie się dojrzałości przez dziecięcą powłokę, wystawione na wierzch hormony. A przede wszystkim uczucia, które trudno zdefiniować. Rient bardzo trafnie i z wielką pasją oddaje charakter chłopca, którego życie potoczyło się nieoczekiwaną i nieakceptowaną ścieżką. Zwraca uwagę na jego większe i mniejsze problemy oraz lepsze i gorsze decyzje.


Podążając śladem pierwszoplanowej narracji, poznajemy Jeremiego, za którym mógłby stać każdy z nas. A na pewno już wszyscy podobnie jak on przeżywaliśmy okres nastoletniego buntu połączony z wielkimi zmianami, na jakie nie byliśmy przygotowani. Muszę przyznać, że młody wiek bohatera dodatkowo potęgował odczuwane emocje. Jego próba wyrażenia siebie, uchwycenia tego, co nieuniknione, konieczność dostrzegania szans i omijania kłód, które los rzuca pod nogi… Czytając miałam wrażenie, jakbym przeniosła się kilkanaście lat wstecz i przeżywała drugi raz ten okres, wcale nie tak kolorowy, jak mogłoby się przecież wydawać.

Na kartkach książki Jeremi musiał szybko dorosnąć. Wziąć na barki wszystkie ciężary świata. Znaleźć usprawiedliwienie dla spotykających go krzywd. W kolejnych rozdziałach teraźniejszość oddaje miejsca przeszłości, a iskrzące barwy muszą ustąpić odcieniom szarości. Rient wprowadza w głowie chłopca zamęt, rzucając go na głęboką wodę i zmuszając, by zmierzył się z tematami, jakie mogłyby przytłoczyć nawet starszą osobę. W „Duchach Jeremiego” przeszłość dopada każdego i każdy zdaje się pokutować za nieswoje grzechy.

Autor podszedł do tej opowieści bardzo dojrzale. Zaimponował mi połączeniem tematów i sposobem, w jaki je przedstawił. Wiele się działo, dużo można było poczuć, a jeszcze więcej pomyśleć. Znakomite, aktualne i ważne kwestie zostały przedstawione wspaniale, z dumą i powagą. Rient oddaje zasługi tym, których pamięta historia, jednocześnie nie umniejszając nikomu z nas. Podczas lektury poczułam się ważna i pomyślałam, że to mogłaby być moja historia, a przynajmniej odnalazłam w niej wiele z własnego życia. I ta uniwersalność, prawdziwość i szczerość mają tutaj olbrzymie znaczenie.

Przeczytałam szybko, ale zostanie ze mną na długo. A kiedy już zbliżałam się do końca, to oczy nagle zrobiły mi się mokre, a tekst się zamazał. Strasznie mnie ta powieść zasmuciła. Ale właśnie takiej książki szukałam. Takie emocje są zawsze mile widziane.  

Za przesłanie powieści dziękuję Wydawnictwu Wielka Litera.

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

Sheryl Browne "Opiekunka"




Autor: Sheryl Browne
Tytuł: Opiekunka
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 368
Gatunek: thriller psychologiczny







Kiedy w ich życiu pojawia się Jade, mają wrażenie, że nic lepszego nie mogło im się przytrafić. Z czasem jednak całość zaczyna chwiać się w posadach, a poukładane rodzinne życie sypie się niczym zamek z piasku- szybko i bez ostrzeżenia. Kim właściwie jest Jade?

“Opiekunka” to najlepszy przykład bardzo subtelnego kobiecego thrillera. Akcja powieści rozwija się powoli, autorka niespiesznie zmierza ku kolejnym wydarzeniom, z jednej strony wystawiając naszą cierpliwość na próbę, ale z drugiej angażując nas w fabułę i nakłaniając do uważnego śledzenia wydarzeń.  

Choć Browne nieco zbyt wiele zdradza na początku i trochę za bardzo wyprzedza fakty, byłam skłonna jej to wybaczyć, na rzecz innych elementów, które wywarły na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Przede wszystkim mam na myśli lekki, swobodny i przyciągający styl autorki. Czułam, jakby ta książka czytała się sama, a następne strony uciekały w zawrotnym tempie.

Browne pisze w tak przyjemny sposób, że chętnie i łatwo wybaczyć jej można drobne mankamenty i niedociągnięcia. Lubię thrillery, sięgam po nie często i z przyjemnością dopatruję się tego, co moim zdaniem mogło wypaść lepiej, porównując nowo poznawane tytuły do tych, jakie zapisały się w mojej pamięci. Choć nie jestem pewna, czy tę powieść będę wspominała dłużej, to jednak przyjemność płynąca z lektury sprawiła, że ani razu nie pomyślałam o zmarnowanym czasie.


Podoba mi się także, jak autorka przedstawiła swoich bohaterów. Wydaje mi się, że kreowanie postaci rzeczywiście jej wyszło i w tym temacie się sprawdziła. Ich charaktery są silne, mocno zarysowane. Nie sprawiają wrażenia papierowych czy płaskich. Czuć emocje i widać problemy. Nie jest trudno postawić się na ich miejscu i wyobrazić sobie, co ich spotkało i jakie myśli im wówczas towarzyszyły.

Duże znaczenie w tej historii odgrywa rodzinne tło wydarzeń. Browne sama przyznaje, że w takiej tematyce czuje się najlepiej i zdaje się, że te kwestie świetnie do niej pasują. Momentami nie byłam pewna, czy rzeczywiście łatwo jest w takie tematy tchnąć niepokój i to na nich oprzeć napięcie. Być może problem polegał na tym, że autorka zwróciła się zbyt mocno w tę stronę, za bardzo przeciągając poprzeczkę na rzecz kwestii obyczajowych.

„Opiekunka” nie jest książką idealną. A z pewnością daleko jej do idealnego thrillera. Właściwie uważam, że lepiej i bezpieczniej byłoby ją określić jako kobiecą powieść z wątkiem kryminalnym, czasem wyraźniej, a momentami słabiej zarysowanym. Niemniej, choć trochę zabrakło napięcia, a całość wypadła dość przewidywalnie, uważam, że to składnie napisana i warta uwagi historia, która daje do myślenia i zwraca uwagę na istotne sprawy.   

Za przesłanie książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu W.A.B.

niedziela, 4 sierpnia 2019

Mary Roach "Sztywniak. Osobliwe życie nieboszczyków"



Autor: Mary Roach
Tytuł: Sztywniak. Osobliwe życie nieboszczyków
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 296
Gatunek: literatura faktu







Sięgając po „Sztywniaka” liczyłam na interesującą, zastanawiającą i dającą do myślenia lekturę, która zostawi po sobie mnóstwo refleksji i dostarczy wiedzy na temat tego, jak ludzkie ciało może być istotnie wykorzystane po naszej śmierci. Literaturę faktu czytam coraz chętniej i coraz częściej, staram się jednak wyszukiwać co ciekawsze tematy. Bez wątpienia reportaż przygotowany przez Mary Roach porusza kwestie niebanalne. A co ważniejsze, autorka przedstawiła je w dokładnie taki sposób, w jaki tego oczekiwałam i na jaki liczyłam.

„Sztywniak” to tytuł wyjątkowy. Miałam duży kłopot, by od tej książki się oderwać, choć zdarzało mi się robić przystanki dla złapania oddechu i uporządkowania myśli. Bo choć wszystkie poruszane w reportażu kwestie robią olbrzymie wrażenie, a każda kolejna wydaje się jeszcze ciekawsza od poprzedniej, to muszę uczciwie przyznać, że nie jest to lektura lekka i przyjemna. Bo co przyjemnego może być tak naprawdę w rozczłonkowywaniu ciała, w czytaniu o wykorzystaniu do badań zwierząt, w wyobrażeniu jak części jeszcze niedawno żyjącej osoby są traktowane niczym najgorszy wróg? I po co to wszystko?

No właśnie. Dla rozwoju medycyny. Poprawy bezpieczeństwa podróżujących. Dla poznania sekretów skrywanych w naszym ciele. A tematyka jest tak szalenie interesująca i angażująca, że warto się przełamać, popatrzeć na opisywane wydarzenia z pewnym dystansem i nie myśleć o tym, że coś wywołuje nasze obrzydzenie czy niesmak. Autorka opisuje bowiem rzeczy potrzebne, ważne, czyniące świat lepszym i piękniejszym miejscem, a zazwyczaj wszystko odbywa się pewnym kosztem. Tutaj taką cenę stanowi proces „znęcania się” nad zwłokami.



Nigdy nie zastanawiałam się nad kwestią przekazania ciała na badania naukowe. I uwierzcie mi, po tej lekturze wcale nie czuję się bardziej przekonana, teraz jednak towarzyszy mi świadomość, że ludzie, którzy to robią są prawdziwymi bohaterami. Zasługują na szacunek, ciepłe słowo, chwilę zadumy. Roach wraca do tych spraw wielokrotnie, podkreślając, że faktycznie do tych „dawców” podchodzi się z powagą, że nie myśli się o nich bezosobowo, mimo że czasami z takim podejściem jest zwyczajnie łatwiej pracować.

Ta książka jest fantastyczna nie tylko ze względu na opisywane kwestie, ale również ze względu na to, jak zostały one przedstawione. Każdy rozdział to rzetelnie zebrane informacje, mądrze i interesująco przekazane, opinie ludzi zajmujących się daną tematyką, odniesienie do fachowej literatury, powołanie się na konkretne przypadki i przede wszystkim komentarze autorki.

Roach ma lekkie pióro, a podczas pisania, miejscami, pozwala sobie na dość swobodny ton. Jej uwagi mają humorystyczny i ironiczny wydźwięk, nadają książce pewnej lekkości i sprawiają, że myśli czytelnika zaczynają płynąć po nieco innych torach. Autorka wyraźnie nie chce nas tą lekturą zmartwić, oszołomić, zawstydzić, ale pokazać, że po śmierci to wszystko nie ma już znaczenia, że nie warto się przejmować, ale jeśli ma to dla nas sens, to możemy jeszcze raz zrobić coś ważnego, pozwolić sobie na ostatni dobry uczynek.

„Sztywniak” to cenna publikacja, dostarczająca nie tylko istotnych informacji, ale także skłaniająca do refleksji. Podczas lektury miałam chęć rozmawiać o opisywanych faktach, czułam się ożywiona i zaaferowana. Roach całkowicie mnie przekonała. Pokochałam jej książkę.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Znak.

sobota, 3 sierpnia 2019

C.L.Taylor "Teraz zaśniesz"



Autor: C.L.Taylor
Tytuł: Teraz zaśniesz
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 400
Gatunek: thriller 








Myślała, że na wyspie Rum znajdzie zapomnienie i rozpocznie wszystko od nowa. Ale przeszłość podążyła za nią. Ktoś z przybyłych gości pragnie zemsty, a groźny sztorm uniemożliwia Annie ucieczkę…

„Teraz zaśniesz” okazała się dla mnie pozycją obowiązkową, odkąd tylko zobaczyłam ją w zapowiedziach. Krótkie streszczenie było wystarczającą zachętą, by tej powieści wypatrywać, a kiedy już trafiła w moje ręce, to do jej lektury zabrałam się z wielką nadzieją i jeszcze większymi oczekiwaniami. Znacie to uczucie, kiedy już nie możecie się doczekać, żeby przekonać się, co autor przygotował dla Was na stronach książki, prawda?

Najnowsza powieść C.L.Taylor rozpoczyna się mocnym akcentem i do końca nie zwalnia tempa. Autorka nie skupia się na wątkach pobocznych, nie traci czasu na przesadne poznawanie bohaterów, nie próbuje zaszokować czytelnika. Po prostu skupia się na poprowadzeniu nas ścieżką dobrze przemyślanej i rozpisanej intrygi, której ciężko cokolwiek zarzucić. A jeśli już pozwala, by akcja zwolniła, to tylko po to, by wzbudzić napięcie wykazując się na innym polu.

Z wielką przyjemnością podążałam śladem głównej bohaterki, przez cały czas zastanawiając się, co rzeczywiście ma miejsce w kolejnych rozdziałach. Brałam pod uwagę różne scenariusze, rozpatrując szereg możliwości na rozwinięcie fabuły. Taylor próbowała mnie zmylić, sugerowała błędne tropy, rzucała cień podejrzeń na fałszywych podejrzanych i pozwalała, by w mojej głowie pojawił się cień niepewności. Czy ktoś z hotelowych gości rzeczywiście jest mordercą? Czy jeden z nich nie obudzi się już następnego dnia?


„Teraz zaśniesz” to książka, w której fabułę bardzo łatwo się zaangażować. Akcja jest interesująca i z czasem nabiera rumieńców. Kreacje bohaterów świetnie pasują do napisanej dla nich historii. Mroczna wyspa i brzydka pogoda świetnie podkreślają atmosferę niepokoju. Elementy te składają się na mroczną i nieprzyjemną opowieść, jaka przyniesie wiele frajdy osobom lubującym się w takich klimatach. Tempo czytania dodatkowo podkręca lekki i zajmujący styl autorki, dzięki czemu kolejne strony uciekają nam niepostrzeżenie.

Powieściowe postacie zostały przedstawione przekonująco, ale nie w sposób przesadzony. Taylor ukazała ich jako ludzi skrywających sekrety, niechętnych by dzielić się szczegółami ze swojego życia. Każdy z nich skrywa trupy w szafie, a któryś z pewnością chętnie dołączy kolejnego trupa do swojej kolekcji. Choć to Anna gra tutaj rolę pierwszoplanową, a prowadzona przez nią narracja działa na wyobraźnię, nie znaczy to bynajmniej, że pozostali zostali zepchnięci na bok. Zdecydowanie nie.

„Teraz zaśniesz” to książka, w której nie doszukałam się słabych punktów. Spędziłam z nią przyjemne kilka godzin, a próbując za wszelką cenę skończyć, pozwoliłam sobie na zarwanie nocy. Myślę, że i Wam przypadnie do gustu. Nie dajcie się namawiać!

Za przesłanie książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Albatros.