środa, 31 października 2018

PAŹDZIERNIK NA ZDJĘCIACH

Mam wrażenie, że czas leci coraz szybciej, a przynajmniej ta jesienna pora zupełnie mnie zaskakuje. Na szczęście upływa pod hasłem dobrych lektur :)



A jaki był Wasz październik?

Które książki szczególnie zapadły Wam w pamięć?


niedziela, 28 października 2018

Susan Lewis "Odkąd odeszła"



Autor: Susan Lewis
Tytuł: Odkąd odeszła
Wydawnictwo: Kobiece
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 416
Gatunek: literatura współczesna 








Przed dwoma lata zaginęła nastolatka. Przez ten czas nikt nie wpadł na jej trop, zupełnie, jakby zapadła się pod ziemię. Rozwiązania tej sprawy podejmuje się Andee Lawrence, była detektyw, która w ten sposób próbuje również uporać się z własnymi demonami.

Lekturę “Odkąd odeszła” rozpoczynałam z konkretnymi wymaganiami, być może nieco zawyżonymi z racji faktu, że duże wrażenie zrobiła na mnie poprzednia powieść autorki. „Nie ukryjesz się” okazała się historią emocjonalną, budzącą dreszczyk niecierpliwości i zainteresowanie skrywanymi sekretami, podczas gdy elementy te zostały nieco złagodzone w kolejnym utworze. Mam wrażenie, że tych tajemnic jest jakby mniej, klimatyczne tło również nieco wyblakło, a i bohaterzy, choć budzący sympatię, to jednak jakby z mniejszą charyzmą. Nie zmienia to jednak faktu, że „Odkąd odeszła” stanowi interesującą obyczajową gratkę dla wielbicielek kobiecych historii.

Lewis rozpoczyna swą opowieść mocnym akcentem, napomykając krótko o zaginionej przed dwoma laty dziewczynie. W mojej głowie od razu zaczęły mnożyć się pytania. Co się z nią stało? Jak do tego doszło? Czy wciąż żyje? Odpowiedzi miałam otrzymać podczas lektury powieści. I otrzymałam, ale wyglądało to nieco inaczej, niż sobie wyobrażałam. Cały problem wydaje się opierać na fakcie, że spodziewałam się opowieści nieco mroczniejszej, mocniejszej, bardziej działającej na wyobraźnię i skierowanej, mimo wszystko, w stronę thrillera o subtelnych charakterze. Tymczasem całość wypada bardzo łagodnie, niemalże ciepło, jeśli można w tym przypadku użyć takiego słowa.

Autorka w dużej mierze opiera się na codzienności bohaterek, które do rozwiązania zagadki mają nas doprowadzić. Z jednej strony podążamy za nieustępliwą detektyw, która rzeczywiście posiada zacięcie do tropienia przestępców, a jej przeszłość po części może okazać się pomocna przy odnalezieniu zaginionej kobiety. Z drugiej zaś obserwujemy emerytowaną nauczycielkę, zmagającą się z osobistymi problemami, jakimi nie jest gotowa podzielić się z najbliższymi. Takie kobiece zestawienie wypada bardzo pomyślnie, choć w moim odczuciu nieco zbyt grzecznie i uprzejmie. Obydwie kobiety zdają się zbyt mocno przytłoczone własnymi sprawami, by potrafić oddzielić je od procesu poszukiwań.

Nie chciałabym, żeby wypadło to z mojej strony przesadnie oskarżycielsko, bo jako powieść obyczajowa ta książka sprawdza się znakomicie. Lewis kolejny raz, zaskakująco umiejętnie i dojrzale, bierze pod lupę problemy bohaterów, ich rozterki, skrywane sekrety, konieczność zmagania się z niezatartymi wspomnieniami i przeszłością co rusz pukającą do drzwi. Pod tym kątem autorce nie można absolutnie niczego zarzucić i jestem pewna, że czytelniczki świetnie się w tej opowieści odnajdą, zwłaszcza, że została napisana przystępnie i lekko, językiem prostym i przyjaznym odbiorcy.

Jedyne, co mnie zabolało, to właśnie to zmarginalizowanie wątku kryminalnego, który przewija się poprzez całą historię, a jednak ciężko oprzeć się wrażeniu, że został potraktowany po macoszemu, zanadto uproszony i spłaszczony, pod tym względem nie wnosząc do powieści tak naprawdę nic nowego. Okładkowe streszczenie przywodziło mi na myśl raczej subtelny kobiecy thriller z obyczajowym tłem niż książkę typowo kobiecą z lekkim wątkiem kryminalny, ot kwestia wyobrażeń.



„Odkąd odeszła” w moich oczach wypadła nieco słabiej od swojej poprzedniczki, nigdy nie nazwałabym jej natomiast powieścią kiepską czy złą. Po prostu bardziej przypadnie do gustu osobom ceniącym sobie dopracowane i dobrze napisane powieści kobiece, niż tym, którzy liczą na dreszczyk emocji. To jedynie kwestia podejścia. Czy Wy zaryzykujecie dla tej książki?

Za przesłanie książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.

wtorek, 23 października 2018

Susan Lewis "Nie ukryjesz się"




Autor: Susan Lewis
Tytuł: Nie ukryjesz się
Wydawnictwo: Kobiece
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 472
Gatunek: literatura współczesna







Zaledwie kilka lat temu Justine myślała, że jej życie jest idealne. Wymarzony mąż, wyczekane dzieci, piękny dom, rozwijająca się kariera i grupa zaufanych przyjaciół. Dziś kobieta musi się ukrywać. Co do tego doprowadziło? Kto stanowi dla niej zagrożenie?

“Nie ukryjesz się” to dobrze napisana powieść obyczajowa uzupełniona kryminalną nutą i atmosferą charakterystyczną dla kobiecego thrillera. Z jednej strony autorka przedstawia dramatyczną historię rodzinną, z drugiej zaś skłania się w stronę mrocznych tajemnic, cały czas utrzymując czytelnika w przekonaniu, że wiele jeszcze przed nim. Dzięki temu książkę poznajemy z wielką niecierpliwością, zastanawiając się, co jeszcze ukrywa autorka i próbując dopasować do siebie wszystkie elementy układanki na własną rękę.


Lewis wykorzystała najbardziej przeze mnie cenioną narrację dwutorową, która w przypadku tej opowieści sprawdziła się wyśmienicie. Na powieściowych stronach, przeszłość i teraźniejszość zderzają się ze sobą raz po raz, nie pozwalając na nudę czy znużenie. W jednym rozdziale poznajemy życie Justine w nowym miejscu, próby ułożenia wszystkiego na nowo, by w kolejnym wraz z nią cofnąć się wiele lat wstecz i obserwować wydarzenia, które doprowadziły do tragedii. Taki sposób opowiadania historii sprawił, że stała się ona bardziej tajemnicza i intrygująca.

„Nie ukryjesz się” to opowieść klimatyczna i dość mroczna za sprawą niedopowiedzeń, tajemnic i sekretów, które nie powinny ujrzeć światła dziennego. Lewis nie wyciąga ich jednak na pierwszy plan, nie wykorzystuje, by czytelnika zaszokować czy na siłę utrzymać przy tej historii. Autorka dzięki temu wzbogaca powieść, ożywia, nadaje jej charakteru i podsyca naszą ciekawość. Przez cały czas czujemy, że coś jeszcze się wydarzy i czekamy, by dowiedzieć się, jaką tragedię przeżyła Justine i jej rodzina, co doprowadziło ich do ostateczności, bo że o ostateczność chodziło nie mamy w tym przypadku żadnych wątpliwości.

Lewis zdecydowała się napisać o rzeczach trudnych i poruszyć tematy budzące różnorodne emocje. Tworząc historię na temat rodzicielstwa, jego uroków i wad, postawiła sobie poprzeczkę bardzo wysoko. Dlaczego? Bo nie jest łatwo napisać na ten temat tak, by zainteresować czytelnika. Przecież tak wiele się już o tym powiedziało. Bo ciężko przełożyć na tę opowieść należący się jej emocjonalny ciężar. A nikt nie chce czytać historii, która wypada blado, płasko czy nieprzekonująco. Autorka natomiast udowodniła, że wiedziała, jak pokierować fabułą i zrobiła to świetnie.

Im bardziej zagłębiałam się w tę powieść, tym mocniej byłam zdumiona rozwojem akcji. Przyznam szczerze, że dość długo odnosiłam wrażenie, że „Nie ukryjesz się” to opowieść nieco ospała i trochę zbyt wolna i nie mogłam zrozumieć zachwyconych głosów innych czytelników. A jednak druga część powieści okazała się bardziej dynamiczna, zaskakująca, obfitująca w wydarzenia. Lewis postawiła na rodzicielstwo i tym samym wygrała, dowodząc, że można jeszcze wiele w tym temacie zdziałać, że można dać do myślenia, zaszokować czytelnika i trafić go prosto w serce.

Decyzje bohaterów nie mieściły mi się w głowie, ale tylko dlatego, że nie jestem pewna, czy sama miałabym odwagę postąpić tak samo. Nie wiemy, do czego jesteśmy zdolni, dopóki nie zostaniemy sprawdzeni. A kiedy w grę wchodzą kwestie dotyczące dzieci… Naprawdę, zupełnie nie spodziewałam się, że ta historia może potoczyć się w taki sposób, co okazało się dla mnie dużą niespodzianką.

Ta książka posiada wiele mocnych stron- wartościowych bohaterów, dobrze poprowadzoną fabułę, klimatyczne tło, garść niespodzianek, a to wszystko spięte za sprawą lekkiego i przekonującego stylu autorki. „Nie ukryjesz się” to książka godna polecenia.   

Za przesłanie książki dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.

niedziela, 21 października 2018

Sofia Lundberg "Czerwony notes"




Autor: Sofia Lundberg
Tytuł: Czerwony notes
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 336
Gatunek: literatura współczesna







Doris przeżyła 96 lat. Na końcu została jej tylko ukochana wnuczka i garść wspomnień zapisanych w czerwonym notesie. Co spotkało bohaterkę? Z czego mogła być dumna? Kogo kochała całym sercem?

„Gdy zapada zmierzch, liczy się tylko miłość”. Ta sentencja umieszczona na okładce powieści wskazuje, że jej autorka w głównej mierze skupiła się na znaczeniu tego uczucia w życiu każdego z nas. Podczas lektury szybko przekonałam się jednak, że nie o płomienny romans w niej chodzi, a raczej poczucie bliskości, obecność drugiego człowieka, bycie potrzebnym, znalezienie kogoś, kto nas zrozumie i zaakceptuje. Takie uczucia prowadziły mnie podczas czytania do wielu refleksji, wspomnień i wzruszeń, a powieść choć trudna, nieco smutna i dość melancholijna, okazała się dzięki nim warta poświęconego jej czasu i zapadająca w pamięć. I rozgrzewająca, właśnie w ten sposób, który najmocniej trafia w serca czytelniczek- powodująca uśmiech na twarzy i wywołująca w oku łezkę.

„Czerwony notes” to zapis życia niezwykłej kobiety. Doris spędziła na tym świecie 96 lat, w tym czasie szybko dorastając, podejmując się wielu różnego charakteru zajęć, poznając smak sukcesu i gorycz rozczarowania. Na kartach powieści rozpisane zostały wydarzenia niezwykłe, mocno oddziałujące na wyobraźnię czytającego. Lundberg opisała życie bohaterki tak, jakby zasłyszała tę historię od kogoś, kto rzeczywiście to wszystko przeżył. Jej opisy dają do myślenia, ich obrazowość stanowi pole do popisu dla naszej fantazji, uczuciowość i emocjonalność przypominają historię z życia wziętą. Całość wypada bardzo przekonująco i zastanawiająco, sprawiając, że kolejne wydarzenia z życia Doris nie pozwalają nam od tej powieści się oderwać.

Powieść czyta się bardzo dobrze i bardzo szybko, choć zawarty w niej ciężar, raz po raz przygniatający ramiona głównej bohaterki, sprawia, że mamy czasami chęć zrobić sobie przerwę, by i nas ta historia nie złamała. A jednak, zaintrygowani, wciąż brniemy przez kolejne strony, by stale się przekonywać, że życie wciąż ma dla nas kolejne próby, nowe niespodzianki i nieoczekiwane zakończenia. Doris opowiada z pewnym dystansem, choć minione lata nie stępiły w niej uczuć, nie pozwoliły, by emocje wyblakły. A i w nas buzują podczas lektury, nie pozwalając na znużenie.

Powieściowe rozdziały naprzemiennie opisują przeszłość i teraźniejszość. Obserwujemy bohaterkę w latach jej młodości i konfrontujemy z obrazem staruszki, jaką się stała. Jej wspomnienia, refleksje, wciąż na nowo przeżywane wydarzenia stanowią piękne podsumowanie długiego i pełnego wrażeń życia. Życia po brzegi zapełnionego emocjami i wzruszeniami. „Czerwony notes” to historia o tym, że nic nie zostało nam dane na zawsze, że trzeba dawać z siebie wszystko i kochać całym sercem, bo możemy przeżyć wiele lat, a i tak nie zawsze będzie wystarczająco. Nigdy nie wiemy również, jakie zakończenie nas czeka. I z kim.

Przechodząc stopniowo od tego, co było do czasów współczesnych obserwujemy proces dojrzewania głównej bohaterki i zmiany zachodzące w jej charakterze. Życie nie było dla Doris łaskawe. Kobieta otrzymała wiele lekcji, poddana została różnym próbom, a i nauczek jej nie brakowało. A jednak ze wszystkiego wychodziła z podniesioną głową, każdą porażkę przekuwała choćby w maleńki sukces. Poznawała swą wartość, zrozumiała siłę przyjaźni i miłości, zawalczyła o siebie i najbliższych. Postać Doris zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Stanowiła dla mnie pewien wzór, inspirację, kojarzyła się z idealną powieściową bohaterką. Lundberg wspaniale ją wykreowała, wpisując w jej charakter cechy tak nam znajome i tak dające do myślenia.

Ciężko uwierzyć, że można napisać taki debiut. Opowiadając tak prostą, ale piękną historię, tak zwyczajnym, ale dojrzałym i pełnym zrozumienia językiem. Nie mam do tej książki żadnych zastrzeżeń i czuję dużą wdzięczność, że powstała.

Za możliwość przeczytania powieści dziękuję Wydawnictwu W.A.B. 

środa, 17 października 2018

Beth Hautala "Czekając na jednorożce"




Autor: Beth Hautala
Tytuł: Czekając na jednorożce
Wydawnictwo: Linia
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 276
Gatunek: literatura młodzieżowa








Talia niedawno straciła mamę. Teraz musi porzucić znane miejsca i przyjaciół, i wyjechać z tatą na Arktykę, na całe trzy miesiące. Zimne lato, przykre wspomnienia i obecność ojca, z którym nigdy nie była blisko. Czy to lato okaże się dla dziewczynki totalną katastrofą?

“Czekając na jednorożce” to spokojna i wyważona, a przy tym bardzo emocjonalna powieść o tym, co w życiu jest najważniejsze. O ludziach, bez których nasza codzienność nie byłaby taka sama. O słowach, jakie chcielibyśmy od nich słyszeć każdego dnia. I poczuciu bezpieczeństwa, jakie daje nam świadomość, że w ich sercu zajmujemy istotne miejsce. Najważniejszą osobą w życiu Talii była mama, a dziś, gdy jej już nie ma, dziewczynka musi na nowo się odnaleźć i uporać ze swoimi lękami.



Hautala przedstawia nam codzienność nastolatki poszukującej własnego ja, towarzyszące jej poczucie zagubienia i niepewności oraz konieczność uporania się ze stratą kogoś bliskiego. Mimo że książka zdecydowanie wpisuje się w szeregi literatury młodzieżowej, to poruszana w niej tematyka sprawia, że każdy czytelnik zrozumie problemy i dylematy głównej bohaterki. Autorka z wielkim wyczuciem i niezwykła wrażliwością, subtelnie i delikatnie prowadzi nas przez historię pełną melancholii i samotności, starając się jednak dodać dziewczynce nieco odwagi i trochę nadziei, bo przecież dla każdego w końcu zaświeci słońce, prawda?

Powieść napisana przez Hautalę cechuje się dużą dojrzałością, której często ciężko się doszukiwać w przypadku podobnych książek. Autorka przedstawia nam powieściowy świat w taki sposób, jakby opisywała wydarzenia z prawdziwego życia. Akcja rozwija się spokojnie, swoim tempem, nic nie zostało w tej historii upchnięte na siłę, by przesadnie zaskakiwać i dzięki temu intrygować czytelnika. Nie. W tej opowieści jest wiele burz, ale znajdują się one raczej w sercu bohaterki, niż na kolejnych kartkach. „Czekając na jednorożce” to powieść refleksyjna, dająca do myślenia, pozwalająca złapać oddech i zwracająca naszą uwagę na tematy będące zawsze na czasie, zdecydowanie istotne.

Do gustu bardzo przypadła mi ta zimowa atmosfera. Chłód Arktyki zdaje się świetnie pasować do zimna, które opanowało serce bohaterki. Dziewczynka zdaje się dojrzewać na naszych oczach, przystosowywać do nowych reguł, rozumieć, że pewnych rzeczy nie może zmienić, a marzenia niestety zaskakująco często pozostają jedynie marzeniami. Przeszywające zimno, śnieżny krajobraz, morskie zwierzęta, które kojarzą się Talii z możliwością powrotu do przeszłości- całość wypada bardzo przekonująco, a każdy szczegół znajduje się na odpowiednim miejscu.

Krótkie rozdziały i pierwszoosobowa narracja sprawiają, że lektura upływa nam szybko i przyjemnie, przy okazji pozwalając na lepsze odnalezienie się w świecie Talii. Młodzieżowa stylistyka i prosty język sprawiają, że całość jest lekka i bardzo przyjazna czytelnikowi. Można by powiedzieć, że ta książka czyta się sama, zaskakująco szybko i przyjemnie. Hautala sprawia wrażenie autorki doświadczonej, jej styl wydaje się wypracowany, a przecież na swoim koncie ma zaledwie dwie książki.



„Czekając na jednorożce” to prosta, ale poruszająca historia. W tej prostocie kryje się cały nasz świat. Codzienność pełna i pięknych wspomnień i smutnych doświadczeń, przykra, ale również obiecująca. To także najlepszy dowód na to, że życie może nas zaskoczyć, a na niespodzianki warto czekać, bo nigdy nie wiemy, co jeszcze nas spotka.

Za przesłanie książki dziękuję Wydawnictwu Linia.

poniedziałek, 15 października 2018

Graham Masterton "Tańczące martwe dziewczynki"



Autor: Graham Masterton
Tytuł: Tańczące martwe dziewczynki
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 464
Gatunek: thriller 








W wyniku gwałtownego pożaru giną wszyscy członkowie znanej grupy tanecznej. Co wydarzyło się tamtego wieczoru? Jak do tego doszło? I kim jest odnaleziona na dachu dziewczynka, która nie chce wypowiedzieć nawet jednego słowa?

Za sprawą „Tańczących martwych dziewczynek” spotkałam się z Grahamem Mastertonem po raz pierwszy. Nie ukrywam, że przygoda ta wywoływała u mnie wielkie zaciekawienie, twórczość autora bowiem okryła się już niemałą sławą. Rozpoczynając lekturę wciąż zastanawiałam się, czy i ja dołączę do powiększającego się grona fanów.

To, co zwróciło moją uwagę w pierwszej kolejności, to kreacja głównej bohaterki. Katie Maguire okazała się nie tylko doświadczoną, inteligentną i zdolną nadinspektor, ale także kobietą po przejściach, z trudną przeszłością, która wpłynęła na jej podejście do pracy i życia, po części ukształtowała ją właśnie w taką osobę, jaka zaimponowała mi na książkowych stronach. Uwielbiam silne kobiece charaktery, które wiedzą czego chcą, podążają do celu pewnym krokiem, a przy tym nie tracą empatii i szacunku dla innych.



Masterton konsekwentnie podkreśla, że życie detektywa to silne zaangażowanie, gotowość do poświęceń, konieczność zapomnienia na jakiś czas o własnym ja oraz tym, co zazwyczaj znajduje się na pierwszym planie. W jego powieści policjanci są przepracowani, statystyki kuleją, a do rozwiązywania spraw wciąż brakuje środków finansowych. Moim zdaniem to ważne, by pokazać świat policji w taki sposób, by nie idealizować na siłę, tylko postawić na pewną dozę szczerości i realizmu, nawet jeśli są tak brutalne.


Sięgając po thrillery i kryminały liczę na to, że powieściowy świat zaskoczy mnie mrokiem, zauważalnym nie tylko w charakterze opisywanych wydarzeń i zbudowanym dla nich tle, ale także w sercach bohaterów. Lubię, kiedy zbrodnie i intrygi są brudne, brutalne, szokujące, kiedy sporo się dzieje- sporo złego. Takie elementy znalazłam właśnie w książce Mastertona. Dzięki nim całość nabrała bardzo mocnego wyrazu, wypadając przekonująco i korzystnie.



Fabuła staje się jeszcze ciekawsza za sprawą poprowadzonej dwutorowo narracji. Z jednej strony śledzimy pracą inspektorów, obserwujemy odkrycia poczynione w śledztwie, poznajemy podejrzanych, z drugiej zaś przekonujemy się jak mocno wpływa na ludzi fanatyzm polityczny i jak wielką rolę odgrywa na etapie podejmowania przez nich decyzji. Tak poprowadzona fabuła i takie połączenie tematów sprawia, że powieść czyta się szybko i bezproblemowo.


Nie wszystkie wątki przypadły mi natomiast do gustu i nie wszystkie okazały się na swoim miejscu. Wydaje się, że od początku wiemy, kto stoi za drastyczną sceną podpalenia, dzięki czemu podążamy za autorem z pewną niechęcią i nieufnością. Uważam, że sceny dotyczące seksu zostały przesadnie opisane i tym samym wyeksponowane, nie wydaje mi się, żeby trzeba było się w ten temat tak zagłębiać przy tym gatunku powieści.



Ostatecznie „Tańczące martwe dziewczynki” wypadają na plus. Ta powieść może się podobać fanom podobnych gatunków i ciężkich klimatów. Wydaje mi się, że nie jest jednak odpowiednia dla kogoś, kto swoją przygodę z autorem dopiero zaczyna- nie zapada w pamięć wystarczająco mocno.

Za przesłanie powieści dziękuję Wydawnictwu Albatros.

sobota, 13 października 2018

Jan Moran "Zapach wspomnień"




Autor: Jan Moran
Tytuł: Zapach wspomnień
Wydawnictwo: Kobiece
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 420
Gatunek: literatura współczesna







Kiedy Danielle zostawiała swojego synka u babci w Polsce, nie wiedziała, że już za moment wybuchnie wojna, a ona nie zobaczy go przez wiele lat. Wojna odebrała kobiecie kolejno rodzinę, środki do życia i młodość. Ani przez chwilę nie straciła natomiast nadziei, że jeszcze zobaczy swojego chłopca. Ani na chwilę o nim nie zapomniała, mimo że jej życie tak bardzo się zmieniło.

„Zapach wspomnień” to w moim odczuciu powieść dość różnorodna i łącząca tematy, które na pierwszy rzut oka niekoniecznie do siebie pasują. Wojna, eksponowana miejscami bardziej, a momentami mniej, stanowi dla tej opowieści przede wszystkim interesujące, głębokie i wartościowe tło. Wydarzenia, których uczestnikami stajemy się podczas lektury kolejnych stron, naznaczone zostały kobiecą ręką, przypominając najlepszą literaturę kobiecą. Nie brak jej również nuty romansu i emocji, jakie odnaleźć możemy podczas czytania dobrego thrillera. Takie pomieszanie motywów i tematów udało się autorce znakomicie, sprawiając, że moje zaciekawienie treścią ani na moment nie słabło, a do finału zmierzałam z zaskakującą prędkością.

Napis nadrukowany na okładce powieści usiłuje przyciągnąć czytelniczki obietnicą gorącego romansu. Akurat ten element historii kusił mnie najmniej, liczyłam bowiem na nieco inne emocje. A jak było? Z pewnością nie zakwalifikowałabym tej książki do grona romansów, choć raz po raz rozgrzewała moje serce. Jej strony w dużej części zapisane zostały miłością, tęsknotą i melancholią. Bohaterka potrzebowała bliskości, szukała siebie w drugiej osobie, brakowało jej pokrewnej duszy, ale czy te uczucia nie towarzyszą, tak naprawdę, każdej z nas? Nie uważam natomiast, by były one eksponowane zbyt mocno, by tę powieść rzeczywiście zdominowały, wysuwając się tym samym na pierwszy plan.

Moran stworzyła piękną, kobiecą i pełną pasji opowieść. W bardzo obrazowy sposób przedstawiła życie wspaniałej bohaterki, która wzbudziła we mnie wiele ciepłych uczuć. Całość wypada przekonująco, dojrzale, malowniczo, a również… pachnąco. Choć nigdy nie pałałam do zapachów taką miłością jak Danielle, jej uwielbienie dla piękna zamkniętego w buteleczce, wciąż mi się udzielało. Autorka pisała o świecie zapachów w sposób tak zachęcający, że zgłębiałam ten temat z wielką przyjemnością, pragnąc, by i na moim nadgarstku znalazła się kropla perfum stworzonych przez główną bohaterkę.

„Zapach wspomnień” to powieść dość zaskakująca tematycznie, która za sprawą dużych kontrastów przynosi jeszcze więcej wzruszeń, pogłębiając emocje towarzyszące czytelnikowi. Na stronach powieści Moran przeciwstawia sobie biedę i bogactwo, miłość i nienawiść, zysk i stratę, podkreślając, jak elementy te wpływają na życie bohaterów i podejmowane przez nich decyzje. A wszystkie wydarzenia krążą wokół wojny, której obecność wyczuwa się w powietrzu, a która jednak nie stanowi przesadnego ciężaru dla osób w takiej tematyce się nieodnajdujących.

Największe wrażenie zrobiła na mnie jednak główna bohaterka powieści, Danielle. Uwielbiam takie silne i wyraziste postacie, będące źródłem inspiracji i determinacji w dążeniu do celu. Kobieta nie tylko dojrzała na naszych oczach, ona zmieniła całe swoje życie, dopasowując się do okoliczności, na które nie miała żadnego wpływu. Nie zapomniała co jest ważne i kim jest, mimo rozwoju kariery i rosnącej popularności. Szalenie mi zaimponowała, bardzo ją polubiłam i doceniam rolę, jaką odegrała w moim odbiorze tej powieści.


Moran stworzyła dopracowaną i nieprzerysowaną całość, dla której uzupełnienie stanowią ważne historycznie wydarzenia. To ciepła, przepełniona uczuciami historia, jaka nie zawiedzie wielbicielek kobiecych opowieści z mocnym charakterem i romantycznym wątkiem.

Za przesłanie książki dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.

czwartek, 11 października 2018

Celeste Ng "Małe ogniska"



Autor: Celeste Ng
Tytuł: Małe ogniska
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 423
Gatunek: literatura współczesna








Wydaje się, że w Shaker Heights wszystko zostało zaplanowane, a przynajmniej tak było do momentu, kiedy do miasta przyjechała artystka Mia i jej nastoletnia córka. Ich przeprowadzka, początkowo tak zwyczajna i niezwracająca uwagi, z czasem zaczyna wpływać na życie innych mieszkańców, sprawiając, że spokój i równowaga zostają zaburzone. Kim jest Mia? Jakie tajemnice za sobą zostawiła? I jaki wpływ mają one na podejmowane przez kobietę decyzje?

Nazwisko autorki zapadło mi w pamięć po lekturze jej poprzedniej powieści, “Wszystkiego, czego wam nie powiedziałam”. Bardzo ciepło wspominam ten tytuł, w związku z czym byłam szczerze zainteresowana tym, co Ng postanowiła zaprezentować czytelnikom tym razem. Nie ukrywam, że poprzeczkę postawiłam jej dość wysoko. Czy autorka utrzymała poziom?

„Małe ogniska” to powieść, w którą można się zaangażować, choć niekoniecznie od samego początku. Historia toczy się dość powoli, jej szczegóły poznajemy niespiesznie. Nieco senne tempo pierwszych rozdziałów sprawiło, że nie mogłam całkowicie w tej powieści się odnaleźć i nie do końca rozumiałam, czym Ng zasłużyła sobie na tak miłe słowa nadrukowane na okładce. Przekonałam się jednak, że cierpliwość popłaca, wystarczy po prostu się zaczytać, nie sprawdzając godziny i numeru strony, dzięki czemu otrzymamy możliwość stania się uczestnikami niezapomnianych i budzących emocje wydarzeń.

Te emocje, podobnie jak zainteresowanie historią i zaangażowanie w fabułę, również pojawiły się u mnie dość powoli, z czasem. Narastały stopniowo, niezauważenie zagnieżdżając się w myślach i zajmując przestrzeń, jakiej nie planowałam dla nich przeznaczać. Podczas lektury nasuwały mi się tytuły ulubionych powieści obyczajowych, a wraz z nimi przekonanie, że autorka rzeczywiście wie, co robi, a spokojne tempo i stopniowo odkrywane karty, mają na celu w dużej mierze przede wszystkim budowanie napięcia.

To napięcie można poczuć szczególnie w drugiej części książki, kiedy to na jaw wychodzą tajemnice bohaterów, ich zaskakujące decyzje, niegodziwe czyny i niezrozumiałe na pierwszy rzut oka postępowanie. Autorka chętnie łączy ze sobą różnorodne tematy, które zwracają naszą uwagę na istotną problematykę i wzbogacają całą powieść. Żadna ze scen i żadna z postaci nie pozwala czytelnikowi na obojętność. Nawet drobiazgi z pozoru nieistotne w końcu nabierają znaczenia, powodując, że tłumione emocje biorą górę.


Autorka wolnym krokiem wprowadza nas w fabułę, po to, by z czasem nabrać rozmachu. Dość senna opowieść zaczyna przeistaczać się we wstrząsający obraz połączonych dziwnymi zależnościami rodzin i ludzi. I nagle przekonujemy się, że nie wszystko wygląda tak zwyczajnie i jednostajnie, jak mogłoby się wydawać. Bohaterzy nabierają charyzmy, okoliczności zmuszają ich do podjęcia ostatecznych kroków, zmieniają się na naszych oczach. A przeszłość dogania każdego z nich, drapieżnie i nieustępliwie.

W „Małych ogniskach” nie ma zwycięzców. Każda z książkowych postaci musi zmierzyć się z życiem i ze sobą. To, co wydawało się do nich należeć, zostaje odebrane. To, co było w nich charakterystyczne, nagle staje się zimne i nieznane. Do głosu dochodzą emocje, które raz po raz przeważają nad rozumem. Dzięki temu całość nabiera barw, staje się mocniejsza, lepiej się w niej odnaleźć, można się nią rozsmakować. Zaczyna bowiem przez nią przemawiać realizm, wybuchający nagle i zaskakujący w rzeczywisty i niebanalny sposób.


Ng pisze lekko, a przy tym dojrzale i mądrze. Swą opowieść opiera na sile opisów, z pewnym dystansem odnosząc się do roli dialogów, które u niej nie wydają się przesadnie istotne. Mimo posiłkowania się detalem i pewnej skłonności do głębokiego zanurzania się w szczegóły, historia ta pozostaje dość intymna, nieprzesadzona i wyważona. Odniosłam wrażenie, że wszystko zajmuje odpowiednie miejsce, nic nie zostało tam dodane na siłę. Autorka pięknie radzi sobie z operowaniem słowem, potrafi pisać tak, że po prostu chcemy poświęcić jej swój czas.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Agencji BookSenso. 

wtorek, 9 października 2018

Arek Borowik "Błazen w stroju klauna"




Autor: Arek Borowik
Tytuł: Błazen w stroju klauna
Wydawnictwo: Dobra literatura
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 392
Gatunek: literatura współczesna 







Z Arkiem Borowikiem poznaliśmy się za sprawą „Wnętrz wypalonych lodem”. Lektura tej powieści sprawiła mi wiele przyjemności, raz po raz udowadniając, że mężczyźni także potrafią o emocjach pisać mądrze i pięknie, o czym wydaje się, często zapominamy. Nic dziwnego zatem, że poznanie kolejnych tytułów, które wyszły spod pióra tego autora, było dla mnie jedynie kwestią czasu.



W swojej najnowszej powieści Borowik proponuje czytelnikom trzy historie. Choć przekonałam się, jak intrygująco potrafi on zestawiać ze sobą tematy różnej miary i różnego ciężaru, znów poczułam się zaskoczona. Te opowieści nie mogłyby bardziej się różnić i wywoływać bardziej skrajnych odczuć. Nie chciałabym zbyt wiele zdradzić, a jednak muszę, po prostu muszę, co nieco o nich wspomnieć.




Już podczas lektury pierwszej z historii, byłam pewna, że ta spodoba mi się najbardziej. Dlaczego? Bo doszukałam się w niej sporej dozy realizmu, życiowej przewrotności i charyzmatycznych bohaterów. Przeczytałam w mgnieniu oka. Do gustu bardzo przypadła mi prostota tej opowieści, ukryta w niej dojrzałość. Borowik nie próbował nas na siłę zaskakiwać, ale i tak sprawił mi dużą niespodziankę.

Druga opowieść została napisana w sposób tak zadziwiający, że momentami nie mogłam w to uwierzyć. Autor w zawoalowany a jednocześnie dość bezpośredni sposób uderza w naszą codzienność, podkreślając ludzkie przywary, otępienie spowodowanie uwielbieniem dla telewizyjnych programów i mechanizm działania tych, którzy za te dziwaczne programy odpowiadają. Ta historia pełna jest absurdalnego humoru, mocnego słownictwa, dosadnych i celnych uwag. A przy tym stanowi fantastyczną, nowoczesną interpretację znanej nam wszystkim baśni.

Ostatnia historia, w formie zwierzeń starszej kobiety, również urzeka. Podobnie jak poprzednie odnosi się do ludzkich błędów, konieczności poniesienia konsekwencji, problemów z tym, co utkwiło w nas przez lata dzieciństwa i obcowania z takimi, a nie innymi ludźmi. Ta opowieść również zrobiła na mnie wrażenie. Choć krótsza, to jednak niemniej treściwa, wyczerpująca temat i skłaniająca do refleksji.

Nie będę Wam opisywać, o czym Borowik opowiada. Nie mogę jednak powstrzymać się przed podkreśleniem, jakie emocje we mnie wywołał. Ciężko uwierzyć, że jedna osoba potrafi stworzyć trzy tak różne i skrajne opowiadania, a przy tym zespolić je w jedną, zgrabną i mądrą całość. Autor kolejny raz pokazał mi, że potrafi pisać proste, a przy tym zdumiewające i przewrotnie prawdziwe historie. Czasami nieco komiczne, czasami trochę absurdalne, a jednak trafiające prosto w punkt, sprawiające czytelnikowi niezwykłą przyjemność. Do takich powieści po prostu chce się wracać.

Zazwyczaj nie potrafię cieszyć się tak krótkimi historiami, ale w tym przypadku czuję dla autora dużą wdzięczność, że podzielił książkę w ten sposób, że pokazał się z tak wielu stron, podkreślając to, co w jego twórczości najlepsze- celne oko, świetną ripostę, poczucie humoru, dystans do świata i ludzkich zachowań. Co jednak najciekawsze, Borowik przy każdej z tych historii się zmienia, dopasowując odpowiednio narrację i styl wypowiedzi. Czasami bazuje na opisie, czasami bawi się dialogiem. Czerpie z języka, wykorzystuje wyobraźnię, przenosi na strony powieści siebie i świat.

Mogłabym napisać jeszcze wiele i chwalić, z wielką przyjemnością. Mój tekst nie zastąpi Wam jednak frajdy, która ominie Was, jeśli nie spróbujecie zmierzyć się z tą powieścią sami.

Za przesłanie powieści do recenzji dziękuję Wydawnictwu Dobra Literatura. 

poniedziałek, 8 października 2018

Stosik w wydaniu obyczajowym

Wydawało mi się, że jesienne wieczory zdecydowanie bardziej sprzyjają kryminałom i thrillerom. Teraz nie jestem już tego taka pewna. Czy kocyk i gorąca herbata lub czekolada nie pasują również do nieco bardziej kobiecych i romantycznych klimatów? :)




Jak Wam się podobają moje czytadełka?




niedziela, 7 października 2018

Ilona Wiśniewska "Lud. Z grenlandzkiej wyspy"




Autor: Ilona Wiśniewska
Tytuł: Lud. Z grenlandzkiej wyspy
Wydawnictwo: Czarne
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 232
Gatunek: literatura faktu 







„Lud. Z grenlandzkiej wyspy” to idealna książka dla tych, którzy chcieliby dowiedzieć się, jak wygląda życie na największej wyspie świata. Poznać fragmenty codzienności jej mieszkańców, z kawałków złożyć historię funkcjonowania w tak ciężkich warunkach, zrozumieć, jak w takim miejscu tak zwyczajnie można być szczęśliwym. Bo Wiśniewska udowadnia, że wbrew temu, co myślimy, można.


Na powstanie tego reportażu złożyły się praca autorki w domu dziecka oraz liczne rozmowy z mieszkańcami wyspy. Z tych doświadczeń i zasłyszanych słów wyłoniła się całość, która zaskakuje czytelnika i kształtuje jego spojrzenie na to miejsce i jego mieszkańców. Do tej pory o Grenlandii nie wiedziałam nic. Dziś natomiast liczba moich przemyśleń wygląda dość niepokojąco. A właściwie nie jestem pewna, co myśleć o tym powinnam.




Wiśniewska z tych rozmów i wypowiedzi spotkanych osób tworzy dla nas codzienność w chłodnym, grenlandzkim charakterze, pokazując radości i trudy życia w takim klimacie. Przeraźliwe zimno, ubrania ze zwierzęcych skór, polowania na foki i ryby wydobywane z przerębli, pojazdy sunące po lodzie, mrożona żywność. Czy nie wywołuje to w nas smutnych przemyśleń? Czy nie przeraża? Nie zastanawia?



A jednak Ci ludzie czerpią z Tego życia przyjemność, radość, satysfakcję. Czuję dumę, doceniają, to, co mają, uśmiechem nagradzają drobne wydarzenia, cieszą ich małe rzeczy. I muszę przyznać, że zrobiło to na mnie wrażenie, w pewien sposób mnie zainspirowało i skłoniło do przemyśleń, sprawiając, że przez chwilę zastanowiłam się, jakby to było znaleźć się tam, na ich miejscu.





Czym zaskoczyli mnie Grenlandczycy? Otwartością. Pogodą ducha. Cierpliwością. Spokojem. Szacunkiem do przyrody i drugiego człowieka. Przyzwoitością. Ciszą. Brzmi tak inaczej, nieco nienaturalnie, a przecież to same dobre rzeczy, same pozytywne cechy. Grenlandczycy nie boją się rozmawiać o śmierci. Seks nie stanowi dla nich tabu. Chętnie odpowiadają na niewygodne pytania, jak zależność od Danii i trudności związane z życiem na wyspie. Nie chowają się za udawaną ambicją, nie próbują być inni, niż są w rzeczywistości. Dają do myślenia.

Wiśniewska prezentuje nam szereg rozmów, krótkich historii, trochę refleksji, garść przesądów. Wyłania się z tego zaskakująca, ale barwna, przemyślana i pełna całość, która może przynieść czytelnikowi sporo frajdy. Widać, że autorka rzeczywiście w to życie się do pewnego stopnia zaangażowała, że poczuła to, co czują mieszkańcy, że ich poznała i dostrzegła wady i zalety. I to wszystko oferuje nam zamknięte w solidnej okładce i doprawione szeregiem klimatycznych, podkreślających to wszystko fotografii.


Za przesłanie książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Czarnemu.

sobota, 6 października 2018

Sara Sheridan "Na gwiaździstych morzach"



Autor: Sara Sheridan
Tytuł: Na gwiaździstych morzach
Wydawnictwo: Kobiece
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 492
Gatunek: literatura współczesna








Rozpoczynając podróż u boku Jamesa Hendersona, Maria nie spodziewała się, że ten rejs wywróci jej poukładane życie nie góry nogami. Mroczne sekrety, moc pożądania i nieporównywalny z niczym smak czekolady. Jakie decyzje podejmie bohaterka?

“Na gwiaździstych morzach” to opowieść, która, za sprawą opisywanych wydarzeń, rozgrzewa czytelnika i budzi żywe emocje. Z jednej strony otrzymujemy elektryzującą gatunkową mieszankę- nieco romansu, intrygujące obyczajowe tło, szczypta kryminału, trochę historii i realizmu. Z drugiej zaś mamy szansę podążyć za bohaterką, która nie obawiała się sprzeciwić i nie pozwoliła zamknąć się w złotej klatce, udowadniając tym samym, raz za razem, że miejsce kobiety niekoniecznie musi być w domu, że mamy do zaoferowania światu coś więcej. Całość zaś skropiona została gorącą czekoladą- jej smak i aromat kuszą niezwykle z książkowych stron.

Historie oparte na faktach magnetyzują mnie niezmiennie. Świadomość, że autorka czerpała z życiorysu Marii Graham, pozwoliła mi tę opowieść przeżywać inaczej, dodała jej w moich oczach autentyczności. Odwaga bohaterki, jej zdecydowanie, podążanie do celu przy wykorzystaniu nieoczywistych rozwiązań, próba uwolnienia się od narzuconych norm- te elementy sprawiły, że powieść Sheridan czytałam z dużym zainteresowaniem i jeszcze większą prędkością. Uwielbiam takie silne, niebanalne i zaskakujące bohaterki. Kobiety  potrafiące udowodnić, że nie ustępują mężczyznom na krok.

Tłem dla swej opowieści  autorka uczyniła początek XIX wieku, czasy tak różne od tych, które znamy obecnie. Lata wypełnione społecznymi przykazaniami i koniecznością odnalezienia się w wśród licznych zakazów. Epokę, która mocno utrudniała kobietom pokazanie, na co je stać. Choć zaskakujący, a może i irytujący, to jednak szczególny okres w historii. Bardzo mnie natomiast ucieszył fakt pojawienia się w tej opowieści zbuntowanej Marii, będącej tym normom i przykazaniom wciąż na przekór. Takie przewrotne pokazanie bardzo powoli zachodzących zmian szczególnie przykuło moją uwagę.

Sheridan świetnie radzi sobie z opisami, zarówno tymi dotyczącymi bohaterów, jak i miejsc. Podążając za jej historią przed oczami przewijały mi się opisywane sceny, nie miałam problemu, by wczuć się w poszczególne sytuacje, niezależnie od ich charakteru. Przemoknięta i przybrudzona suknia, pożar na statku, wszechogarniająca mżawka, promienie słońca wpadające przez okno, żar czekolady z chilli- te sceny są wciąż żywe w mojej pamięci, a obrazy mają niezwykłą siłę, mimo że lekturę skończyłam dobrych kilka dni temu.



Podoba mi się, w jaki sposób ta historia została rozwinięta. Choć można by spodziewać się po niej romansu, dla którego otwarte morze stanowi przecież wspaniałe tło, to jednak Sheridan wykonuje w tył zwrot i skłania się w stronę nieco innej tematyki, nie tylko ten wątek romantyczny poskramia, co wzbogaca powieść i sprawia, że przypadnie ona do gustu większej liczbie odbiorców.




Nie lubię romansów i stronię od erotyków, ale… Gwiaździste morze, oddalone czasy, smak czekolady- kto mógłby się temu oprzeć? Jak przejść obok tego obojętnie? Sheridan stworzyła interesującą i dopracowaną opowieść, pięknie łączącą historyczne wydarzenia i autorską wyobraźnię. Warto poświęcić jej kilka chłodniejszych wieczorów, szczególnie, że ta opowieść naprawdę rozgrzewa. 

Za możliwość przeczytania powieści dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.