niedziela, 20 maja 2018

Arek Borowik "Wnętrza wypalone lodem"




Autor: Arek Borowik
Tytuł: Wnętrza wypalone lodem
Wydawnictwo: Dobra literatura
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 384
Gatunek: literatura współczesna







Po książkę Arka Borowika sięgnęłam zaintrygowana enigmatycznym okładkowym opisem. Tajemnicze streszczenie właściwie nie wyjaśniało, czego powieść miałaby dotyczyć. Do tego interesująca okładka i obiecujący podtytuł. Prosty przepis na sukces? A skoro na okładce niewiele zdradzono, ja również postaram się napisać ciekawie, ale niezbyt szczegółowo.

Już pierwsze strony Borowikowej historii sprawiły, że nie miałam ochoty się od niej oderwać. Szybko bowiem przekonałam się, że autor nie stroni od mocnych tematów, a tytułowym namiętnościom bliżej w stronę żywych, przenikliwych emocji, niż romansów, które pod tym słowem mogłyby się skrywać. Cała rzecz wydawała się szczególnie ciekawa z męskiej perspektywy. Nie chcę generalizować, nieco trudno jednak uwierzyć, że mężczyzna potrafi w taki sposób opowiadać historie dotyczące kobiet. Tak pięknie odwołać się do towarzyszących im emocji, tak dogłębnie sprawdzić, co gra w duszy i kryje się w sercu.

Borowik snuje opowieść niespiesznie, co w żadnym wypadku nie utrudnia mu wywoływania w czytelniku ciekawości i budowania specyficznego napięcia. Bez zbędnego zastanawiania się i bez większego problemu zaangażowałam się w tę historię, z rozdziału na rozdział zwiększając swoje oczekiwania i licząc na to, że czeka mnie prawdziwa sensacja. Bo choć autor odwołuje się do tematów znanych (i lubianych), to towarzyszące im emocje bynajmniej nie przypominają tych, jakie kojarzymy z innymi tytułami. Pisze w taki sposób, że historia w żadnym wypadku nie wydaje się banalna, odwołuje się do rzadziej wykorzystywanych motywów, skupia na innych kwestiach.

Opowieść Borowika to historia niezwykle plastyczna. Autor umiejętnie opisuje świat otaczający bohaterów, malując słowem żywe i magiczne obrazy. Plastyczność opisów sprawia, że szarobury widok za oknem przesłania nam nawet wiosenne słońce, a plucha i śnieg przywiewają chłód do rozgrzanych popołudniowymi promieniami wnętrz domów. Na okładce książki widzimy zimę i wędrówkę, a te motywy powtarzają się i powracają przez całą opowieść. Dlatego też nie jest mi przykro, że opisy dominują tutaj nad dialogami, w końcu to one działają na czytelniczą wyobraźnię.

Można by pomyśleć, że to historia pisana przez samo życie. Albo wspomnienia kogoś, kto w takich wydarzeniach uczestniczył. Relacje bardzo kobiece, poruszające coś w sercu czytelnika, emocjonalne, głębokie, skłaniające do refleksji, przywołujące wspomnienia. Mam wrażenie, że mogłabym tak wymieniać w nieskończoność, wciąż przypominając sobie mnogość uczuć, do których dzięki tej powieści odwołał się Borowik. I znowu wracam do tego samego punktu- przecież te opowieści stworzył mężczyzna!

No właśnie, opowieści. Z wielkim zdumieniem obserwowałam koniec jednej historii i początek następnej. Zupełnie nie spodziewałam się, że w jednej książce autor ukrył dwie krótsze relacje. Powiem szczerze, że na początku nie byłam zachwycona tym faktem, nie lubię bowiem krótkich, okrojonych opowiastek. Błąd. Borowik udowadnia, że krócej nie znaczy gorzej. Że można krótko, ale na temat. Mniej treściowo, ale bardziej uczuciowo i emocjonalnie. Nie jestem pewna, która z tych historii podobała mi się bardziej, chyba jednak ta krótsza…


Ze wstydem przyznam, że poprzednia książka autora nie przykuła mojej uwagi. Byłam skłonna zrezygnować z niej, bo nie pasował mi tytuł i okładka. Teraz widzę, że prawdopodobnie wiele straciłam. Jeśli przypomina „Wnętrza wypalone lodem” zwyczajnie muszę ja nadrobić. Bo obok nazwiska Borowik nie można po prostu przejść obojętnie. Czy Ty również już się o tym przekonałeś, Drogi Czytelniku?

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Dobra literatura.

sobota, 19 maja 2018

Lee Child "Nocna runda"




Autor: Lee Child
Tytuł: Nocna runda
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 432
Gatunek: powieść sensacyjna







Kolejny raz Reacher podróżuje bez celu i bez planu. Kiedy na witrynie lombardu dostrzega wojskowy sygnet, postanawia podążyć jego śladem. Mężczyzna nie wierzy, że właścicielka tak łatwo zrezygnowała z czegoś, czego zdobycie wymagało tyle poświęcenia. Kogo Reacher spotka na swojej drodze? Jakich komplikacji dostarczy ta wyprawa?

Twórczość Lee Childa cenię od dobrych kilku lat, kiedy to pierwszy raz miałam okazję poczytać o przygodach Jacka Reachera. I choć nie podchodzę już do tych powieści z równie wielkim entuzjazmem jak dawniej, a główny bohater zaskakuje mnie rzadziej, to wciąż mam wrażenie, jakbym powracała do starych przyjaciół. Tym razem nie mogło być inaczej.

Każdy, kto miał okazję poznać Jacka Reachera, ma świadomość, że ciężko doszukiwać się w literaturze podobnych postaci. Niezwykle sprawny fizycznie, bardzo bystry, z bogatą przeszłością. A do tego żyje tak, jakby jutra miało nie być, kierując się zbiorem specyficznych zasad i reguł, które w zaskakujący sposób wpływają na podejmowane przez niego decyzje. W najnowszej powieści Child odwołuje się do tak dobrze znanego nam charakteru, raz po raz udowadniając, że były wojskowy ma się świetnie.



Wydaje mi się jednak, że pod pewnymi względami Reacher nieco się różni od tego, jak zapamiętałam go z poprzednich książek. Równie zaangażowany w sprawę, gotowy do różnorodnych poświęceń i kroczący ścieżką, która w jego mniemaniu jest słuszna. A jednak bardziej spokojny, może zdystansowany. Mniej w tej powieści odnalazłam tych kojarzonych z nim bijatyk, prostej męskiej dominacji. Reacher wypada mniej konfliktowo, a wraz z nim całość również wydaje się łagodniejsza.


Właśnie ten spokój najbardziej zaskoczył mnie w tej powieści. Akcja książki rozgrywa się niespiesznie, ma łagodny przebieg, niewiele można w niej doszukać się zwrotów czy nowych wątków. Główny bohater ma jasno określony cel i stopniowo dąży do jego realizacji. Kolejne etapy nie nastręczają mu większych trudności, zresztą jak dobrze wiemy, niewiele jest rzeczy, z którymi by on sobie nie poradził, w bliższej lub dalszej perspektywie.




Do gustu szczególnie przypadło mi towarzystwo, które Child dobrał dla głównego bohatera. Licencjonowany detektyw i piękna, ale również mądra Jane, urozmaicają akcję i dodają jej smaczku. Ta trójka świetnie ze sobą współpracuje, nie spychając przy tym jednak Reachera na bok. To wciąż on stoi na pierwszym planie, wielokrotnie udowadniając czytelnikowi, że lata mijają, a on wciąż pozostaje taki sam.


Kolejny raz miałam szansę przekonać się, jak dobrze autor odnajduje się w wojskowym świecie i związanej z armią rzeczywistości. Najnowszy tytuł również w dużym stopniu został poświęcony znanej z powieści Childa problematyce. I znowu autor książki zwrócił uwagę na ważny problem. Nie chciałabym zbyt wiele zdradzić, ale moim zdaniem kwestie pojawiające się w „Nocnej rundzie” to sprawy niezwykle istotne i poruszą one niejednego czytelnika.




Jak już wspomniałam na początku tekstu, sięganie po książki Lee Childa przypomina powrót do domu. Do dobrze poznanego bohatera, znajomych wątków, utartych ścieżek. To świetna rozrywka, odpowiednia dla każdego- interesująca, a przy tym dość niewymagająca.

Za wspaniałą książkową niespodziankę oraz zachwycający kubek dziękuję Wydawnictwu Albatros.

  

środa, 16 maja 2018

Charlotte Wood "Naturalna kolej rzeczy"




Autor: Charlotte Wood
Tytuł: Naturalna kolej rzeczy
Wydawnictwo: Kobiece
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 288
Gatunek: literatura współczesna 







Budzą się w zamkniętym pomieszczeniu i zostają zmuszone do oddania rzeczy osobistych. Ich codzienność zostaje zastąpiona przymusową pracą fizyczną i obciętymi przy skórze włosami. Z dnia na dzień, z niejasnych powodów, stają się niewolnicami. Równie szybko z ofiar zamieniają się jednak w oprawców. Jak potoczy się ich historia?

Po „Naturalną kolej rzeczy” sięgnęłam skuszoną okładkową obietnicą. Wyobrażałam sobie, że będzie to lektura porywająca, zaskakująca i nieco inna od książek, które każdego dnia zasypują rynek wydawniczy. Jeszcze przed rozpoczęciem powieści dopatrywałam się w niej dzikości, brutalności i odwołania do najniższych instynktów. Czy odnalazłam te elementy w tej historii?

Już na wstępie muszę przyznać, że ta opowieść okazała się nieco inna, niż sobie to wyobrażałam. W moim mniemaniu przede wszystkim łagodniejsza, niż można by przypuszczać po zapoznaniu się z opisem wydawnictwa. Choć nie brakuje w niej mocniejszych scen i bardziej krwawych wątków, to odniosłam wrażenie, jakby moje wyobrażenia zostały przepuszczone przez cenzurę. Zabrakło mi mocnych opisów dotyczących rzeczonej pracy fizycznej. Nie narzekałabym również, gdyby autorka bardziej skupiła się na trudach i znojach, z którymi kobiety musiały walczyć każdego dnia. Nie doszukałam się także argumentów uzasadniających pobyt bohaterek w takim miejscu. Być może to dlatego, że książka jest zbyt krótka, nie zmienia to jednak faktu, że jak dla mnie akcja została dość okrojona.

No właśnie, a co z tą akcją? Tutaj również mam pewne wątpliwości. Mianowicie wszystkie wydarzenia rozgrywają się podobnym, spokojnym, niemalże miarowym rytmem. Nie doświadczymy w tym przypadku gwałtownych zwrotów akcji, a podczas lektury nie będzie nam towarzyszyło przejmujące napięcie. Jeśli ktoś liczy na intrygujący thriller, to musi zmienić podejście albo… wybrać inny tytuł. Mam wrażenie, że ten powieściowy spokój budzi lekką niechęć u czytelnika. Niespieszne tempo w nas również budzi zastój i chęć zwolnienia- i niestety nie są to pozytywne odczucia.

„Naturalna kolej rzeczy” to trudna lektura, z jednej strony ze względu na charakter tej powieści, z drugiej na styl, jakim została napisana. Autorka skupia się na opisach, poświęcając na ich rzecz dialogi. Taki zabieg nie stanowi dla mnie problemu, bez wątpienia jednak sprawi, że lektura nieco się wydłuży, być może kogoś znuży. Ja nie traktuję tego w kategorii wad, myślę, że w tym przypadku to pasuje. Mnie czytało się dobrze, a możliwość skupienia na opisach sprawiała, że mogłam sobie lepiej wizualizować tę historię.


Na początku powieści miałam duży problem z bohaterkami. Nie przemawiały do mnie, nie czułam wobec nich większych emocji. Zagłębiając się w fabułę powieści nieco zmieniłam zdanie na ich temat. Podobała mi się długa droga, jaką przeszły i metamorfoza, jaka się w nich dokonała. Nigdy nie zapałałabym wobec nich sympatią, ale ich zachowanie wywołało we mnie nieco głębszych refleksji i skłoniło do próby postawienia się na ich miejscu.

Największą zaletą powieści jest dla mnie miejscowe nakierowanie fabuły na mocne i brutalne sceny. Żadna z nich nie wzbudziła we mnie uczucia odrazy czy obrzydzenia, choć muszę przyznać, że momentami było całkiem blisko. Ale ja lubię takie klimaty i możliwość obcowania z nimi w powieści zawsze liczę na duży plus. Wood umiejętnie ukazała dzikość przyrody i dzikość ludzi. Bardzo podobała mi się intymność tych doznań, takie uzewnętrznianie się emocji i uczuć. W tej nieco dziwnej fabule doszukałam się dzięki temu trochę realizmu.


Mimo że nastawiałam się na coś innego, to bez większego problemu i bez poczucia ciążącej na mnie konieczności, spokojnie ukończyłam lekturę. Doszukałam się w niej kilku mocnych stron, niektóre rzeczy nie przypadły mi do gustu, nie uważam jednak, by była to zła powieść. Moim zdaniem każdy powinien ocenić ją sam.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.

poniedziałek, 14 maja 2018

Kristina Ohlsson "Ostatnia sprawa Fredriki Bergman" [recenzja przedpremierowa]



Autor: Kristina Ohlsson
Tytuł: Ostatnia sprawa Fredriki Bergman
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 496
Gatunek: kryminał







Fredrika Bergman i Alex Recht muszą poprowadzić wyjątkowo trudne śledztwo. Morderca wodzi ich za nos, zawsze pozostając krok przed nimi. Choć wiadomo, że wszystkie ofiary coś łączy, ciężko zrozumieć motyw sprawcy. Jak zakończy się śledztwo? Dlaczego dla Fredriki ta sprawa okaże się ostatnią?

Kryminały to gatunek, który cenię sobie szczególnie. Uwielbiam podążać za książkowymi detektywami w poszukiwaniu sprawców zbrodni, czuć na plecach oddech mordercy, udzielać się przy rozwiązywaniu kolejnych zagadek. Moim zdaniem tej charakterystycznej atmosfery napięcia nie można z niczym porównać. Dokładnie na to liczyłam sięgając po najnowszą książkę Kristiny Ohlsson.

Już pierwsze rozdziały powieści stanowią najlepszy dowód na to, że autorka doskonale zna się na rzeczy, a jej utwór zadowoli nawet najbardziej wybrednego znawcę kryminałów. Sama uważam się za dość trudnego odbiorcę, bowiem po tego typu książki sięgam często, w związku z czym coraz trudniej mnie zaskoczyć. A jednak wspaniała, elektryzująca mieszanka, na którą składają się nutka tajemnicy, powracająca przeszłość, motyw zemsty za wyrządzone krzywdy, od początku wywarła na mnie dobre wrażenie.

Dopasowanie do siebie poszczególnych elementów powieściowej układanki przyszło mi z wielką trudnością. Powiem szczerze, że w chwilach, kiedy musiałam oderwać się od czytania, błądziłam myślami wokół fabuły, powracając do poszczególnych wydarzeń i zastanawiając się nad poznanymi faktami. Wciąż zadawałam sobie pytanie, czy może coś mi nie umknęło, czy nie przeoczyłam jakiegoś drobnego szczegółu. Nie mogłam znaleźć powiązania pomiędzy kolejnymi zbrodniami, co wprost nie dawało mi spokoju.

Próba dotrzymania kroku książkowym detektywom zawsze sprawia mi wiele czytelniczej frajdy. To duża przyjemność próbować na własną rękę rozwiązać sprawę, poznać motywy mordercy i wytypować podejrzanego. Tym razem nie było to łatwe zadanie. Ohlsson stworzyła skomplikowaną fabularnie powieść, której zawiłość nie pozwala w prosty sposób poznać wszystkich faktów. Czuję prawdziwą satysfakcję, w związku z tym, że mogłam taki kryminał przeczytać. Niebanalny i nieoczywisty.

Kryminalne śledztwo okazało się niezwykle wartościowe za sprawą wszystkich elementów, które się na nie w tej powieści złożyły. Interesującej sprawie towarzyszyła atmosfera pełna napięcia, uciekającego czasu, przekonanie, że morderca zawsze jest krok do przodu. Niemożność odnalezienia powiązań pomiędzy morderstwami, problem ze zrozumieniem motywów sprawcy, wypływanie na światło dzienne kolejnych sekretów- te elementy sprawiają, że w oczach czytelnika sprawa wydaje się jeszcze głębsza i ciekawsza. Stanowi nie tylko świetną rozrywkę, ale także duże wyzwanie.  

Ta sprawa przysporzyła wiele trudu również Fredrice Bergman i Alexowi Rechtowi. Para detektywów zdobyła moją sympatię, choć muszę przyznać, że autorka nieco poskąpiła informacji na ich temat. Subtelne odniesienia do przeszłości tej pary oraz poprzednich spraw pozwala co nieco wywnioskować, a nieczęste przenoszenie akcji na grunt prywatny sprawia, że poznajemy ich trochę lepiej i nabierają w naszych oczach bardziej ludzkiego i rzeczywistego wymiaru. Mimo ciepłych uczuć, jakie we mnie wywołali, nie miałabym nic przeciwko, by dowiedzieć się jednak więcej na ich temat.

„Ostatnia sprawa Fredriki Bergman” to tytuł, na który warto zwrócić uwagę. Przemyślany i dopracowany. Angażujący czytelnika i zostający w pamięci. Po prostu dobry kryminał.

Za możliwość poznania tego tytułu dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.


niedziela, 13 maja 2018

Stosik na gorące popołudnia

W ostatnim czasie udało mi się zgromadzić wiele wyjątkowych tytułów, w sam raz na upalne popołudniowe godziny. Staram się przeplatać ze sobą różne gatunki, żeby było ciekawiej :)



Czy już mieliście okazję poznać te tytuły?

Od którego powinnam zacząć?

A jakie są Wasze plany czytelnicze?

sobota, 12 maja 2018




Autor: Jodi Picoult
Tytuł: W naszym domu
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 696
Gatunek: literatura współczesna 







Jacob wygląda jak zwyczajny nastolatek. Od małego cierpi jednak na zespół Aspergera. Przeszkadza mu odgłos gniecionego papieru, doskwiera nadwrażliwość na światło, do każdego dnia przypisał odpowiedni kolor, który obowiązuje zarówno w ubiorze, jak i podczas przygotowywania posiłków. Wiele zwyczajnych szczegółów prowadzi go do ataku, potrafi zachowywać się agresywnie, potrzebuje szczególnego traktowania. Kiedy więc padają na niego podejrzenia w sprawie zabójstwa Jess, jego nauczycielki, mama chłopca wie, że jego szansę na obronę są niewielkie. Co wydarzy się podczas procesu?

Powieści Picoult darzę niesłabnącym uwielbieniem już od dobrych kilku lat. Ogromna dawka emocji, jakie zapewnia, interesująca tematyka realizowana w sposób, do którego nie można mieć zastrzeżeń, pełnowymiarowi bohaterzy, tak ludzcy i przypominający nam samych- to elementy charakterystyczne jej książek. Jeszcze nigdy się nie zawiodłam i z każdym kolejnym utworem utwierdzam się w przekonaniu, że niemożliwym jest, by tak dzień nastąpił.



Gdyby ktoś zapytał, która spośród jej powieści zrobiła na mnie największe wrażenie, nie potrafiłabym odpowiedzieć, choć szczególnym sentymentem darzę tytuł „Krucha jak lód”. Po lekturze utworu, o którym napiszę Wam teraz, moje uczucia są mieszane i może to właśnie on wysunie się na prowadzenie. To, co ujęło mnie przede wszystkim, to niezwykła, bardzo emocjonalna i zrealizowana perfekcyjnie fabuła. Bardzo cenię książki o tematyce chorobowej, ale tym razem Picoult przeszła samą siebie, sprawiając, że zwyczajnie zaparło mi dech.

Nieco się tej lektury obawiałam, głównie ze względu na jej objętość. Niecodziennie mam okazję oraz chęć zmierzyć się z 700-stronicowym utworem. Przyznam szczerze, że takie grubaski często mnie przerażają, kojarzą mi się bowiem z niepotrzebnym rozwlekaniem tematu. Czy znacie jednak to uczucie, kiedy każde zdanie powieści wydaje Wam się dokładnie na swoim miejscu? Kiedy nie zmienilibyście ani jednego słowa? Wszystko zostało perfekcyjnie przemyślane i spisane, a żaden szczegół nie budzi wątpliwości? Jeśli odpowiedzieliście twierdząco na te pytania, po prostu musicie sięgnąć po powieść „W naszym domu”.

W tym utworze Picoult zwraca baczną uwagę na zespół Aspergera. Zanim zaczęłam lekturę książki moja wiedza na ten temat była dość skromna, choć już po przeczytaniu muszę przyznać, że raczej znikoma. Te 700 stron pozwoliło mi poznać ten temat lepiej. Uświadomić sobie, jak wielkie wyzwanie stanowi to schorzenie nie tylko dla chorującego, ale i dla całej jego rodziny. Autorka namalowała słowami przepiękny, wielobarwny obraz ludzi, którzy marzyli o innej przyszłości. Jej postacie zostały zmuszone by walczyć, każdego dnia, wciąż od nowa. A walka ta nigdy nie była i nie będzie wyrównana.

Temat ten okazał się dla mnie na tyle interesujący, że lektura upłynęła mi szybko i przyjemnie. Szczególnie, że zespołowi Aspergera towarzyszyło w powieści wiele innych, bardzo istotnych kwestii. Rodzicielskie poświęcenia, przerastające człowieka obowiązki, potrzeba chronienia najbliższych, czas na miłość, konieczność posiadania przyjaciela… Te tematy nigdy nie nudzą i zawsze się sprawdzają, stanowiąc doskonałe uzupełnienie i sprawiając, że lektura staje się bardziej emocjonalna, poruszająca i głęboka.

Podczas czytania bardzo przywiązałam się do bohaterów. Ich sylwetki składają się sprawiedliwie z wad i zalet, cechy pozytywne przełamane zostały przez ludzkie przywary. Skupiając się na nich, nie sposób nie docenić realizmu sytuacyjnego i rzeczywistego stylu kreowania rzeczywistości. Dlatego też bardzo mnie cieszy, że autorka każdemu z nich oddała w tej historii głos, sprawiając, że kolejne rozdziały podzieliła pomiędzy poszczególne postacie. W tej opowieści wszyscy zasługują na miejsce pierwszoplanowe, ich problemy się są mniej lub bardziej istotne.



Picoult zaskoczyła mnie podczas lektury wielokrotnie. Wspaniale zrealizowała fabułę, w doskonały sposób przygotowując się do pisania i gromadząc niezbędną wiedzę, zarówno o chorobie chłopca, przebiegu procesu sądowego i konkretnych szczegółach z dziedziny kryminalistyki. W całość tchnęła ogrom emocji, które czuje się właściwie na każdej stronie i w każdym zdaniu.




Nie mogę uwierzyć, że ta książka tak długo czekała na swoją kolej. Ponownie uświadomiłam sobie bowiem, że widząc na okładce nazwisko tej autorki, mogę zaufać jej w ciemno- zawsze się sprawdza.   
  

wtorek, 8 maja 2018

Artur Górski "Słowikowa o więzieniach dla kobiet" [recenzja premierowa]



Autor: Artur Górski
Tytuł: Słowikowa o więzieniach dla kobiet
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 224
Gatunek: literatura faktu 







Na więziennej koi spędziła ponad dwa lata, czekając na oddalenie zarzutów o kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą. Ten czas stanowił dla niej wielkie wyzwanie, ale również dużo ją nauczył. Dziś Słowikowa opowiada o tym, jak wyglądał jej pobyt w jednym z najpopularniejszych zakładów karnych.

Literatura faktu zajmuje istotne miejsce w moim czytelniczym świecie. Z tego powodu nie mogłam przejść obojętnie obok tak interesującego tematu, jakim są kobiecie więzienia w Polsce- specyfika ich funkcjonowania, obowiązująca wśród osadzonych hierarchia, podstawowe zasady umożliwiające względnie normalne życie w zamknięciu. Realizacja tego tematu wydaje się szczególnie ciekawa biorąc pod uwagę, że osobą, która nam te kwestie przybliża jest Monika Banasiak- Słowikowa, była żona jednego z pruszkowskich bossów.

Zaczynając lekturę najnowszej książki Górskiego, liczyłam przede wszystkim na możliwość poznania polskiego więziennictwa od środka oraz zrozumienia, na jakich mechanizmach ta struktura została oparta. Muszę przyznać, że choć publikacja nie należy do szczególnie masywnych (liczy niewiele ponad 200 stron), to jednak moja ciekawość została zaspokojona, a temat możliwie wyczerpany. „Słowikowa o więzieniach dla kobiet” to najlepszy przykład na to, że nawet niewielka rozmiarowo książka może zapewnić czytelnikowi przyjemną i satysfakcjonującą przygodę.

Słowikowa opowiada bardzo szczerze i niezwykle chętnie, dbając o to, by czytający książkę dobrze zrozumieli to, co ma im do przekazania. Na kolejnych stronach pojawiają się tematy bardzo osobiste, ale przy tym ważne i interesujące dla czytelnika. Więzienne miłości i seks więźniarek pod prysznicem przeplatane są takimi kwestiami jak wartość wiary w Boga, konieczność dbania o siebie, spotkania z bliskimi. Z jednej strony zatem publikacja wydaje się kontrowersyjna i odważna, z drugiej zaś poruszająca i emocjonalna.



Wielką wartość miał dla mnie fakt, w jaki sposób temat ten został przedstawiony. Jak już wspomniałam, Monika Banasiak opowiada szczegółowo, nie dbając o tabu. W więzieniu nie ma miejsca na sekrety. W zamknięciu nie istnieje prywatność. Nie każdemu przysługują takie same prawa. I nie wszyscy zareagują podobnie na te same wydarzenia. Słowikowa „wjechała na celę” jako osoba publiczna, znana, budząca konkretne emocje, dlatego jej życie za kratami również wyglądało inaczej i o tym także wspomina, te fakty również nam tłumaczy.

Bardzo podoba mi się połączenie wspomnień Słowikowej z wywiadem, którego udzieliła Górskiemu. Mam wrażenie, że dzięki temu temat został zrealizowany z różnych perspektyw, a czytelnicze spojrzenie zostało zwrócone w wielu interesujących kierunkach.

Książka zyskuje także za sprawą umieszczonych w niej zdjęć i słowniczka więziennych grypsów. Istotne uzupełnienie stanowił dla mnie ponadto wywiad z byłą więzienną strażniczką.



„Słowikowa o więzieniach dla kobiet” to publikacja lekka i ciężka zarazem. Lekka za sprawą realizacji tematu i sposobu, w jaki Banasiak opowiada. Ciężka biorąc pod uwagę, oczywiście, tematykę. Publikacja warta poznania, dopracowana i dająca do myślenia.

Za możliwość poznania tego tytułu dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.


sobota, 5 maja 2018

Magdalena Majcher "Wszystkie pory uczuć. Lato" [recenzja przedpremierowa]




Autor: Magdalena Majcher
Tytuł: Wszystkie pory uczuć. Lato
Wydawnictwo: Pascal
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 368
Gatunek: literatura współczesna 







Joanna pragnęła zostać matką od wielu lat. Rodzicielstwo okazało się jednak zupełnie inne, niż się spodziewała. Wiecznie niezadowolony Antoś coraz częściej budzi w niej negatywne emocje, sprawiając, że na myśl przychodzą jej pomysły, o których istnienie nigdy by się nie podejrzewała- posiadanie dziecka oddziałuje na najmroczniejsze zakamarki jej duszy.


Każda kolejna część serii „Wszystkie pory uczuć” okazywała się bardziej zaskakująca od swojej poprzedniczki. W każdej Majcher zamknęła głębię emocji i wielobarwną codzienność, które świetnie pasowały do przewodniego, trudnego tematu. Nie inaczej miało być tym razem. Lato widziane oczami tej autorki to szalenie przejmująca i uczuciowa pora roku, choć czasami przeważają w nim dni pełne goryczy i smutku. Na kartach powieści czeka na nas niejedna burza…



Nie posiadam dzieci i nie planuję ich mieć w najbliższej przyszłości. Niemniej, tematy związane z rodzicielstwem nieustannie przykuwają moją uwagę, szczególnie jednak, gdy przybrane zostają w dramatyczne barwy. Kojarzą mi się z tematem dającym do myślenia, czasem na refleksje, a przede wszystkim z emocjonalnym tornado. Kwestia depresji poporodowej to coś, o czym zupełnie nie mam, a raczej nie miałam, pojęcia. Tym razem Majcher zdecydowała się opowiedzieć właśnie o niej.

Zagłębiając się w kolejne rozdziały powieści, poznajemy rodzinną historię, której nie sposób jednoznacznie ocenić. Dobrze wiedziałam, że dla autorki żaden kobiecy temat nie jest czarno- biały, a stawiana wysoko poprzeczka to już jej znak charakterystyczny, jednak tym razem całość okazała się dla mnie bardziej wstrząsająca i poruszająca, niż zazwyczaj. Całą historię odebrałam bardzo osobiście, zastanawiając się, co ja zrobiłabym na miejscu głównej bohaterki. Mimo że niewiele mam wspólnego z tematami rodzicielskimi, to Majcher zasiała we mnie nutę niepewności, lęku i strachu. Zawsze wydaje mi się rzeczą niezwykłą, kiedy autor w taki sposób potrafi zintegrować czytelnika z książkową postacią, nakłonić, by postawił się on na jej miejscu i przez te kilka godzin żył jej życiem.

Zastanawiając się, co zrobiłabym na miejscu Joanny, szybko pokonywałam kolejne rozdziały. To, że z wielu rzeczy nie zdawałam sobie sprawy to jedno, ale inne zupełnie nie przyszłyby mi do głowy. Depresja poporodowa kojarzyła mi się negatywnie, przywołując na myśl skrajne przypadki, kiedy to kobiety robiły krzywdę swojemu dziecku. Zawsze kojarzyło mi się to z sytuacją negatywną, której przyczyny wydawały mi się w pewien sposób oczywiste. Tymczasem Majcher udowadnia, że warto popatrzeć na taką matkę inaczej, zastanowić się nad towarzyszącymi jej emocjami, nad tym, co kryje się w jej głowie. Przecież w tym wszystkim nie chodzi jedynie o uczucia żywione do dziecka, ale także te pojawiające się w stosunku do siebie. Interesujące, prawda?

Nie sposób pozostać obojętnym wobec tej historii. Niełatwo również patrzeć na jej bohaterów poprzez czarno-biały filtr. Ta opowieść mnie przeraziła, jednak w żadnym momencie nie czułam negatywnych emocji względem Joanny, która zasłużyła na miejsce pierwszoplanowe. Bohaterka wydała mi się niezwykle ludzka, a jej problemy rzeczywiste i prawdziwe. Realizm i życiowość przypisane jej osobie zrobiły na mnie duże wrażenie. Może to dzięki nim spojrzałam na nią inaczej, przypominając sobie przy okazji podobne historie?

Autorka pisze ciekawie i zajmująco. Ciężki temat idzie w parze z lekkim stylem. Takie połączenie sprawia, że lekturę poznaje się w błyskawicznym tempie, nie robiąc tego jednak bezrefleksyjnie.

Lato okazało się ważne tematycznie i interesujące niemniej od poprzednich opowieści. Napisane zgrabnie, dopracowane treściowo, tematycznie przejmujące. To świetny pomysł na zakończenie serii.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję jej Autorce.


wtorek, 1 maja 2018

KWIECIEŃ NA ZDJĘCIACH

Kolejny miesiąc i kolejne wspaniałe książki. W kwietniu postanowiłam dać większą szansę powieściom z mojej półki, które długo czekały na swoją kolej. Tym samy na blogu pojawiły się recenzje "Słowika", "Krawcowej z Dachau", "Jednego z nas". W tym miesiącu postawiłam również na książki grubsze, niż te, po które sięgam zazwyczaj- okazało się, że nie są one takie straszne :)




A jaki był wasz kwiecień?