sobota, 21 października 2017

Natasza Socha "Dwanaście niedokończonych snów" [recenzja przedpremierowa]




Autor: Natasza Socha
Tytuł: Dwanaście niedokończonych snów
Wydawnictwo: Pascal
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 304
Gatunek: literatura współczesna






Momo ma swoje poukładane, pudełkowe życie. Praca i dom, sztuka i bliscy. Wszystko stonowane, zachowawcze, ostrożne. Ona nie lubi zmian, nie potrzebuje nowości, nie czeka na niespodzianki od losu. A jednak te przychodzą do niej za sprawą snów. Nie do końca zrozumiałych, czasem dziwnych. Co znaczą dla kobiety? Czy coś zmienią w jej życiu?



Za sprawą „Dwunastu niedokończonych snów” spotkałam się z Nataszą Sochą po raz pierwszy. Popularne nazwisko autorki sprawiło, że nieco się tego spotkania obawiałam, stresując się, że może akurat mnie jej styl czy wyobraźnia nie przypadną do gustu. A jak było? Przekonajcie się sami.







Styl Sochy zwyczajnie trzeba pochwalić. Niezwykle lekkie pióro sprawia, że opowieść jest subtelna, delikatna i klimatyczna. Autorka snuje ją powoli, pozwalając czytelnikowi wczuć się w książkową atmosferę, zacząć cenić bohaterów i na czas poznawania powieści przenieść się do ich świata. Można by odnieść wrażenie, że ta książka czyta się sama, po tym, jak sama się napisała. Bo ciężko uwierzyć, by ktoś rzeczywiście pisał w ten sposób. Z taką gracją, nutką wesołości, podmuchem refleksji, garścią życiowego doświadczenia, a przede wszystkim umiejętnie osnuwając całość sympatyczną ironią. Wraz z upływem kolejnych stron przekonywałam się, że autorka ma swój własny styl, że nie próbuje pisać na siłę, a składanie słów w zdania, a zdań w historię, to coś, w czym po prostu jest dobra.

Książkę czyta się szybko i sprawnie. Z jednej strony, jak już wspomniałam, umożliwia nam to swobodny i przyjacielski styl narracji, z drugiej zaś lekkość i klimatyczność przedstawionej opowieści. Socha zaprasza nas do grudnia, który kusi atmosferą świątecznych przygotowań, pierwszym śniegiem i urokiem charakterystycznym dla tych szczególnych dni w każdym roku. Za sprawą tego niezwykłego okresu powieść staje się przyjazna, swojska, poruszająca, a także magiczna. W tym czasie wszystko może się zdarzyć, a ta lektura uświadamia nam, że nie są to w żadnym wypadku słowa rzucane na wiatr.

Autorka proponuje czytelnikowi plejadę zaskakujących bohaterów, którzy łączą się i pasują do siebie w sposób dość zaskakujący. Każdy z nich jednak świetnie sprawdza się w roli postaci pierwszoplanowej. Mogłoby się wydawać, że to kobiety wiodą tutaj prym, że to na nich powinniśmy się skupić. I rzeczywiście zostały one wykreowane w sposób nietuzinkowy, co więcej- zmieniają się one na naszych oczach. Dojrzewają, rozkwitają, nabierają blasku, pozwalają sobie na zmiany. Nie sposób ich nie polubić. A jednak i męscy bohaterzy świetnie się Sosze udali, stanowiąc przyjemną przeciwwagę dla charakternych i mocnych akcentów w postaci kobiecej.

Ta powieść to interesujące połączenie znanych i lubianych tematów, a choć ich połączenie nie zaskakuje, to sposób przedstawienia już tak. Tytułowe sny wprowadzają pewien chaos, nutkę magii, potrzebę zastanowienia się nad pewnymi sprawami, a co najważniejsze zmysłową tajemniczość, która sprawia, że nie jesteśmy pewni, w jakim kierunku zmierza akcja. Przez cały czas czujemy, że coś się musi wydarzyć, właściwie jesteśmy pewni, że wiemy, co autorka miała na myśli, ale zakończenie może zaskoczyć, roztkliwić, wywołać uśmiech. Za sprawą tych snów Socha nieco z nami igra, sprawia, że granice między jawą, a snem zaczynają tracić na ostrości i wyrazistości, a książkowy klimat nabiera subtelnie baśniowego charakteru. Co ciekawe, w czasie, kiedy zaznajamiałam się z powieścią, ja również śniłam, co dawno mi się nie zdarzyło. Autorce udało się chyba coś we mnie obudzić, swą powieścią skłonić do refleksji i pewnych tęsknot, które znalazły ujście, przestając być głęboko skrytymi.

Socha oferuje czytelnikowi powieść lekką, choć pod tą lekkością znajdziemy cenne rady, piękne wspomnienia, okruchy przeszłości i fragmenty dojrzałości. To opowieść idealna na piękne jesienne wieczory i czas zbliżających się świąt. I książka, która sprawi, że nabierzemy ochoty na więcej.   

Za możliwość przeczytania powieści dziękuję Autorce. 
  
  

czwartek, 19 października 2017

Wystarczy kilka minut




Autor: Amber Smith
Tytuł: Co mnie zmieniło na zawsze
Wydawnictwo: Feeria Young
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 392
Gatunek: literatura młodzieżowa







Edy była taką szarą myszką, nieśmiałą dziewczynką, słodką okularnicą. Aż zdarzyła się tamta noc. Kilka minut, które wszystko zmieniło. Gdy ktoś odebrał jej, to co miała. Gdy gwałt zmienił ją na zawsze.

Upłynęło już dobrych kilka lat, od kiedy przestałam zaliczać się do nastolatek, a jednak lubię czasami za sprawą powieści młodzieżowych powrócić do tamtych czasów. Zależy mi by te książki były głębsze, tematycznie istotne i reprezentujące nieco więcej niż płomienne zauroczenie i miłość wydającą się tą pierwszą i ostatnią. Amber Smith za sprawą swojego pomysłu przyciągnęła mnie do tej historii od razu, a następnie zupełnie przepadłam.

„Co mnie zmieniło na zawsze” to opowieść o zgwałconej dziewczynce i życiu, które już nie było, bo przecież nie mogło być, takie samo. O prawdach przemieniających się w kłamstwa, nic nie znaczącym zaufaniu, bliskich stających się obcymi ludźmi i uczuciach przechodzących od miłości do nienawiści. Wiele mówi się o gwałcie, jednak tylko osoba zgwałcona może wiedzieć, jak mocno wpływa to na całe życie. Eden pożegnała się z młodością, przestała być tą uroczą i nieśmiałą dziewczynką, jej życie zmieniło się o 180 stopni, obracając w pył to, w co wierzyła i co kochała.

Smith przedstawia nam niesamowitą, bardzo emocjonalną i niezwykle głęboką opowieść o dziewczynce, która straciła to, co było dla niej najważniejsze. I choć na końcu zapewnia, że historia ta nie miała nic wspólnego z prawdziwymi wydarzeniami, ciężko w to uwierzyć. Dlaczego? Bo w sposób zastanawiający, uczuciowy i dojrzały przedstawiła historię napawającą emocjami i przerażającą realizmem. Przez cały czas miałam wrażenie, że opowieść o Eden musiała faktycznie mieć miejsce, a pękające mi w trakcie lektury serce nie dowierzało, by komuś udało się w taki sposób wykreować wydarzenia niemające miejsca.

Bardzo podoba mi się, że autorka zdecydowała się na narrację pierwszoosobową. Dzięki temu historia okazała się jeszcze bardziej przejmująca i wiarygodna, niczym pamiętnik zrujnowanej psychicznie nastolatki. Jak już wspominałam, autorce udało się w zaskakująco szczery i realistyczny sposób oddać charakter tej historii, a wspomnienia Eden wywołują ciarki na plecach. Lubię mocne tematy i sięgam po nie zaskakująco chętnie, mimo burzliwych emocji, jakie wywołują, a ta powieść przyparła mnie do muru, zaparła mi dech, urzekła mocniej, niż niejedna oparta na faktach i dała do myślenia mocniej od tych prawdziwych.

A sama Eden? Obserwujemy, jak się zmienia, jak walczy, próbując na nowo poskładać to, co miała i kim była. Zmienia się na naszych oczach. Ta przemiana zaskakuje, mogłaby złościć czy boleć, ale nie w tych okolicznościach. Mimo wszystko nie mamy przecież prawa oceniać. Choć snujemy refleksje, a na usta cisną się nam pytania, to nie ma znaczenia. Bo nie przeżyłyśmy tego, co ona. Podoba mi się, w jakim kierunku Smith poprowadziła tę historię, sprawiając, że stała się mocna, brutalna, szokująca, całkiem nieładna. Bo taka jest idealna. Taka zapada w pamięć i nie pozwala o sobie zapomnieć.


Książka poruszyła mnie bardzo. Od początku towarzyszyło mi wiele emocji, a odczucia miałam bardzo różnorodne, choć zazwyczaj skupiały się wokół smutku i złości. Czytałam z zapartym tchem, zachłannie, szybko, pożerając tekst jak ulubione ciasteczka. Kolejne rozdziały znikały w zastraszającym tempie, by doprowadzić mnie do zakończenia rozmijającego się z moimi oczekiwaniami. Czy było przez to gorsze i czy książka straciła tym samym na wartości? Nie, oczywiście, że nie! Ostatnie strony czytałam ze łzami w oczach i gdyby nie fakt, że znajdowałam się w miejscu publicznym, te łzy na pewno znalazłyby ujście. 

wtorek, 17 października 2017

Jak można?




Autor: Ewa Winnicka
Tytuł: Był sobie chłopczyk
Wydawnictwo: Czarne
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 208
Gatunek: literatura faktu







Martwe ciałko chłopczyka wypłynęło w jednym ze stawów. Ciężko było stwierdzić, co właściwie mu się przydarzyło i co doprowadziło do jego śmierci. Dlaczego nikt się o niego nie upomniał? Gdzie są jego rodzice? Kim był?

„Był sobie chłopczyk” to historia szalenie smutna, emocjonalna, obnażająca najgorsze ludzkie instynkty i budząca w czytelniku niezwykle chaotyczne odczucia. Żal, poczucie niesprawiedliwości, a także złość i pragnienie zemsty pojawiają się z różnym natężeniem na poszczególnych etapach lektury. Mimo że Winnicka opowiada historię smutną i niepokojącą, nie sposób oderwać się od jej opowieści. Może dlatego, że tak ciężko zrozumieć, jak rodzice mogli zrobić taką krzywdę swojemu dziecku.



Książka składa się z kilku części, dzięki którym historia Szymona składa się w przykrą całość. Autorka rozpoczyna ją od momentu odnalezienia zwłok chłopca i próby ustalenia jego tożsamości. Cały proces zajął policji i prokuraturze aż 2 lata. Mimo działań podejmowanych na szeroką skalę śledztwo wciąż prowadziło detektywów na manowce. A jednak nie poddawali się, dzień po dniu starając się odkryć, kim był nieznany chłopiec. Z opowieści Winnickiej wysuwa się obraz drobiazgowego, starannego policyjnego śledztwa, opartego na wytrwałości, cierpliwości, ciężkiej pracy, a także wierze w to, że któregoś dnia sytuacja ulegnie zmianie. Tę część czytałam szybko, z wielką niecierpliwością i ciekawością. Funkcjonariusze zaimponowali mi swą determinacją, a i przybliżenie ich pracy okazało się dla mnie istotnym aspektem lektury.

Kolejnym etapem tej opowieści jest pochylenie się nad rodzicami chłopca i próba zrozumienia, jak doszło do tragedii. Ta część okazała się niemniej interesująca od poprzedniej. Winnicka dotarła do wielu interesujących faktów na temat przeszłości Beaty i Jarosława, sprawiając, że podczas lektury zaczęłam zastanawiać się, czy śmierci chłopca rzeczywiście można było uniknąć. Kolejne informacje na temat rodziny zastanawiają, wywołują złość, skłaniają do refleksji. Przede wszystkim jednak pojawiają się kolejne pytania. Czy można było tej tragedii uniknąć? Czy można było tej rodzinie przyjrzeć się wcześniej i lepiej? Co zrobić, by takie zdarzenia ograniczyć w przyszłości? I czy kara rzeczywiście jest współmierna do wyrządzonych krzywd?

Winnicka stworzyła krótką, ale niezwykle treściwą historię o chłopcu, który nie zrobił nic złego, a jednak spotkała go kara niespodziewana i okrutna. Napisała o śmierci dziecka, która zaskakuje i boli najbardziej. Całość poparła wypowiedziami policjantów i oskarżonych, fragmentami informacji pojawiających się podczas śledztwa, skrawkami wymienionej korespondencji. Dzięki nim ta opowieść staje się jeszcze żywsza i bardziej realna, a przy okazji czyta się ją lepiej, mocniej zapada w pamięć.



Nie mogę powiedzieć, że to dobra lektura, bo ta książka nie została oparta na dobrej historii. Ona szokuje, złości i smuci. Ale autorka przedstawiła ją bardzo rzeczowo, dokładnie, szczegółowo. Spróbowała przybliżyć nam fakty, a także zrozumieć co i dlaczego się wydarzyło. Widać włożoną w tę powieść pracę, widać starania i emocje, jakie jej towarzyszyły.





Mam wrażenie, że mogłabym napisać znacznie więcej, a zarazem nie powiedzieć nic. Bo co więcej jest tutaj do powiedzenia? Słowa niczego już nie zmienią.
  
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Czarnemu.

niedziela, 15 października 2017

Nie taka starość straszna...




Autor: Wanda Szymanowska
Tytuł: Kim, do diabła, jest Anita?!
Wydawnictwo: Białe Pióro
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 192
Gatunek: literatura współczesna







Anita to starsza pani, ale daleko jej jednak do zgarbionych babulinek, jakie podsuwa nam wyobraźnia. Ona cieszy się tym, co jest, a z życia bierze garściami. A jej życie, choć nie było wolne od trosk, jest najlepsze, jakie mogła sobie wymarzyć. A końca nie widać.

Tym, co szczególnie zwróciło moją uwagę w najnowszej powieści Wandy Szymanowskiej jest szczególny sposób przedstawienia tej historii czytelnikowi. Autorka wykorzystuje w tym celu narratorkę, która opowiada o zawiązywaniu się przyjaźni między nią a tytułową Anitą. Z jej relacji wyłania się obraz kobiety niezwykłej, co jednak najciekawsze o samej narratorce nie wiemy praktycznie nic. Choć to ona snuje opowieść, jej osoba od początku ma marginalne, drugoplanowe znaczenie, jeszcze bardziej podkreślające, o kogo rzeczywiście w tej powieści autorce chodziło. Nie kojarzę, kiedy ostatni raz miałam do czynienia z takim zabiegiem, ale ten pomysł przypadł mi do gustu.

Dawno nie spotkałam również takiej bohaterki, jak Anita. Żywiołowej, pomysłowej, pełnej energii, a jednoczenie tak... wiekowej. Bo ona młodość i wiek średni ma już dawno za sobą. Dawno odchowała dzieci, doczekała się wnuków, przeżyła piękną miłość i spełniła marzenia. Co jednaj najciekawsze, wciąż potrafi czerpać radość z życia. Wciąż zaskakuje- pomysłami, siłami, uśmiechem. W powieści Szymanowskiej schyłek życia jest niezwykle barwny, a starość nabiera nowego oblicza. Autorka udowadnia, że mając 80 lat nie trzeba planować pogrzebu, czy zastanawiać się, co będzie po śmierci. Mierzy się z tematem w sposób wojowniczy, walczy ze schematami, rozprawia się ze stereotypami. Starość w tej powieści nie napawa smutkiem i melancholią, wręcz przeciwnie.

Najbardziej jednak spodobał mi się w tej powieści wątek miłosny. Zazwyczaj nie jestem zwolenniczką wielkich miłości w książkach. Właściwie nie pogniewałabym się chyba, gdyby te wątki były bardzo uproszczone lub w ogóle nieobecne. A jednak miłość łącząca Anitę i jej męża zaparła mi dech. Nie mam na myśli romantyzmu, ale dojrzałość, przywiązanie i poświęcenie. Oczyma wyobraźni zobaczyłam w takiej sytuacji moich rodziców, a może nawet siebie ze swoim przyszłym mężem...?


Szymanowska w sposób lekki i umiejętny łączy ze sobą różne tematy, podkreślając tym samym, że często pozornie przypadkowe kwestie mogą świetnie się uzupełniać. Podoba mi się, w jaki sposób pokazała młodość Anity, wskazując na czasy ciężkie, ale i historycznie istotne. W jej książce tematy ograne wciąż są interesujące. A miłość, przyjaźń i pieniądze, których przecież zawsze wszędzie pełno, nie nudzą.




Autorkę kojarzę z trylogii obuwniczej, która przypadła mi do gustu w dużej mierze za sprawą lekkiego stylu. W tym przypadku również mogę mówić o niewymagającym języku, ale mam wrażenie, że został on nacechowany większą dojrzałością i wrażliwością. Powieść czyta się błyskawicznie, przyjemnie, z nutą refleksji. 

„Kim, do diabła, jest Anita?!” to połączenie tego, co lekkie z tym, co ważne. Istotne tematy w delikatnym, ale dopracowanym wydaniu. Opatrzone urokliwą, kolorową okładką.    

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Autorce.

czwartek, 12 października 2017

Może zdarzyć się każdemu




Autor: Justyna Kopińska
Tytuł: Polska odwraca oczy
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 240
Gatunek: literatura faktu 







Dobrzy i źli. Podejmujący złe decyzje i przegrywający z systemem. Kobiety i mężczyźni. Każdy z bohaterów Kopińskiej się różni, ale wszyscy mają do opowiedzenia niezwykłe historie.


Justyna Kopińska sprawiła, że odebrało mi mowę. Na chwilę. Bo zaraz potem miałam do powiedzenia tak dużo, że refleksjami zaatakowałam siedzącego obok narzeczonego. Nie mogłam uwierzyć w to, co przeczytałam. Wszystkie reportaże zrobiły na mnie piorunujące wrażenie, ale niektóre wzbudziły tak wielkie emocje, że prawie wybuchłam. Dlaczego? Ze względu na absurdalność ludzkiego zachowania, na ironię losu, na człowieczą głupotę.



„Polska odwraca oczy” to niezwykły zbiór tekstów ukazujących czarną stronę naszego państwa- problemy związane z przepisami, wszelkie niedociągnięcia prawne, sytuacje budzące grozę, przestępców na wolności i tych, którzy znajdują się w najwyższych strukturach władzy, choć wcale nie powinni tam być. Wszystkie teksty zrobiły na mnie duże wrażenie, ale nie wszystkie uderzyły we mnie tak mocno.

Jednym z najbardziej poruszających tekstów okazał się dla mnie ten dotyczący żony Trynkiewicza. Nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego mając tak olbrzymi wybór, kobieta zdecydowała się poślubić wielokrotnego mordercę. No trudno, zdarza się. Ale każda jej wypowiedz napawała mnie olbrzymią złością i żalem, których długo, a może już nigdy nie zapomnę. Kobieta stwierdziła min., że kobiety poruszające się samotnie czy wyzywająco ubrane same proszą się o napaść i gwałt, a chłopców zamordowanych przez jej męża też w sumie nie jest jej szkoda, bo przecież nie wiadomo, na kogo by wyrośli. I co najważniejsze, proszę państwa, morderstwo może przecież zdarzyć się każdemu!


Szok, niedowierzanie i frustracja- to jedynie część emocji, jakie pojawiły się podczas lektury. Z jednej strony z wielu poruszanych w powieści kwestii nie zdawałam sobie sprawy, z drugiej dotknęły mnie szczególnie mocno dlatego, że mają miejsce w naszym kraju. Najgorsze, że to przecież prawda, życie, które uderza w człowieka obuchem, niesprawiedliwość losu, przykre niespodzianki, a także dobre uczynki, które zaprowadziły czyniących je ludzi prosto do piekła.



Kopińska włożyła w tę powieść całe serce. Wykazała się nie tylko wyobraźnią i doświadczeniem, ale także ogromem włożonej w przygotowanie tego zbioru pracy. Każda historia pokrótce pokazuje, w jaki sposób bohaterzy znaleźli się na takiej słabej pozycji, wskazuje na ich potknięcia, błędne decyzje oraz kłody rzucane im pod nogi przez innych, przeszkody związane z niekonsekwencją wymiaru sprawiedliwości. Wszystkie teksty wzbogacone zostały zeznaniami świadków, opiniami ekspertów, wypowiedziami głównych zainteresowanych.


Książkę czyta się szybko i naprawdę dobrze. Swoim realizmem powala, a tematyką przypomina dobre kino. Kopińska porusza się wokół tematyki społecznej robiąc to z wielkim wyczuciem i jeszcze większą odwagą. Dąży do znalezienia odpowiedzi na dręczące ją pytania, próbuje rozwiać wszelkie wątpliwości, znaleźć winnych. Widać, że jest w szczytowej formie, a żadne wyzwanie nie jest dla niej zbyt wymagające.




Cieszę się, że miałam okazję przeczytać każdy z tych reportaży. To literatura wysokich lotów. I samo życie. A także powód do dumy dla autorki i do zazdrości dla innych twórców. 

wtorek, 10 października 2017

Zakon czy sekta?




Autor: Marta Abramowicz
Tytuł: Zakonnice odchodzą po cichu
Wydawnictwo: Krytyka Polityczna
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 226
Gatunek: literatura faktu 






Nigdy nie zastanawiałam się nad kwestią bycia zakonnicą. Przyjmowałam do wiadomości, że niektóre kobiety czują silną więź z Bogiem i pragną być jak najbliżej Niego, rezygnując z normalnego życia na rzecz codzienności w zakonie. Niewiele jednak wiedziałam na ten temat,  a w zasadzie nic. Ja nie czuję się przywiązana do religii, mogłabym określić siebie jako osobę niewierzącą, a jednak temat ten okazał się dla mnie na tyle kuszący, że postanowiłam poświęcić mu kilka godzin.

Już na samym początku Abramowicz zaznacza, że wcale nie jest łatwo porozmawiać z zakonnicą, która zdecydowała się opuścić zakon. Bo to coś, o czym się nie mówi. Bo to wstyd, żal, temat tabu. Choć nie zrobiły nic złego, nie czują się na tyle komfortowo, by o tym mówić głośno. Choć wybrały zgodnie z sumieniem, wolą pozostać anonimowe. Po cichu, skromnie przechodzą nad tym do porządku dziennego. Czasami radzą sobie z tym lepiej, czasami gorzej, nie potrafią jednak odciąć się od przeszłości, która odcisnęła tak wielkie piętno na ich życiu.


Zakon a może sekta? Porównanie do sekty pojawiło się w wypowiedzi jednej z kobiet. I po tej lekturze muszę stwierdzić, że bez wątpienia coś w tym jest, że ono naprawdę tu pasuje. Zwierzenia kobiet zrobiły na mnie duże wrażenie, głównie za sprawą szokujących informacji, jakie zdecydowały się one ujawnić. Kiedy myślę o życiu w zakonie na myśl przychodzą mi takie określenie, jak prostota, spokój, skromność, posłuszeństwo, ciężka praca czy oddanie Bogu. I rzeczywiście tak jest, tyle, że kwestie te są respektowane bezwzględnie. Od sióstr oczekuje się wyrzeczeń na wielką skalę. Nie mogą mieć własnym pieniędzy, powinny pokazywać korespondencję, nawet na wakacjach muszą chodziź w habitach i welonach, wielogodzinne modlitwy i wczesne pobudki to oczywiście standard.

Chcą się rozwijać- siostra przełożona nie wyraża zgody.

Mają talent pedagogiczny- nie szkodzi, lepiej sprawdzą się w kurniku.

Pragną zwyczajnej ludzkiej przyjaźni, nie można, bo to oznacza izolację od pozostałych.



Brzmi dość absurdalnie, prawda? Okazuje się, że zakonnice żyją tak na co dzień. Nie mogąc się realizować, spełniać nawet najmniejszych marzeń. Czasem nie wytrzymują. A czasem odchodzą, bo taka była wola wyższej. Ciężko mi się czytało o tych zakazach i nakazach. Choć temat faktycznie interesujący.






Abramowicz podzieliła swą powieść na kilka części. Temat życia w zakonie i rezygnacji z niego wysuwa się na pierwszy plan, ale sporo miejsca poświęciła również temu, jak żyje się potem. I okazuje się, że zakonnice są bystre, że mają zainteresowania, że mogą być dobre w czymś więcej poza sprzątaniem i karmieniem kur. I ten temat również przykuł mą uwagę.

Inne kwestie jednak nieco mnie znużyły. Życie w męskich zakonach, wspólnoty religijne za granicą, rozwój życia zakonnego na przestrzeni lat. Nie, tego już zdecydowanie było dla mnie zbyt wiele.



Abramowicz stworzyła interesującą i tematycznie przyciągającą uwagę powieść. Czyta się ją dobrze, czemu sprzyja lekkie pióro autorki i krótkie rozdziały. Skłania do refleksji, nieco zasmuca, pozwala spojrzeć na pewne sprawy inaczej. Ważna, choć nie rewelacyjna. Niewątpliwie warta jednak nieco uwagi i kilku godzin skupienia. 

niedziela, 8 października 2017

Amy Gentry "Stracona" [recenzja przedpremierowa]




Autor: Amy Gentry
Tytuł: Stracona
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 288
Gatunek: thriller 







Julie zaginęła 8 lat temu. Co wydarzyło się tamtej nocy? Czy dziewczynka wciąż żyje?


Uwielbiam thrillery i z wielką przyjemnością sięgam po każdą powieść należącą do tego gatunku, licząc na silne emocje i mocny charakter historii. Z pewnym dystansem podchodzę jednak do okładkowych zapewnień, nieco się ich obawiając. Z doświadczenia wiem, że różnie to bywa, szczególnie z tego typu rekomendacjami. Takie połączenie szczerze mnie jednak zaintrygowało. Czy słusznie?





Gentry szybko wprowadza nas w sytuację, pokazując ciągnący się od długiego czasu rodzinny dramat. Osiem lat wcześniej nastoletnia Julie została uprowadzona. Jej rodzina nie może zaznać spokoju, bowiem nigdy nie odnaleziono ciała dziewczynki. Co się z nią stało? Kim był mężczyzna, który porwał nastolatkę? Czy jeszcze kiedyś ją zobaczą? Na te pytania wciąż trudno im znaleźć odpowiedzi. Tym czasem wykończona Julie pojawia się na progu ich domu. Tylko czy to na pewno ona?

Autorka nie pozwala nam ani na chwilę odetchnąć, umiejętnie łącząc bieżące wydarzenia z przeszłością. Z jednej strony poznajemy relację matki dziewczyny, mając okazję lepiej zrozumieć jej uczucia, wątpliwości i poczynania związane z powrotem młodej kobiety. Z drugiej poznajemy niepokojącą prawdę związaną z jej zniknięciem i czasem, kiedy żyła z dala od rodziny. Ciężko mi powiedzieć, które z rozdziałów były dla mnie ciekawsze, mogę rzec natomiast, że świetnie się uzupełniały. Uwielbiam taki sposób prowadzenia narracji, świetnie oddający mocny charakter historii.

Akcja książki rozpoczyna się silnym akcentem i nie traci rozpędu aż do końca. Gentry stopniowo odkrywa przed nami kolejne elementy układanki, zapraszając nas do mrocznego i złowieszczego świata. Im więcej odpowiedzi, tym szybciej mnożą się kolejne pytania. Im więcej wiemy, tym mocniej utwierdzamy się w przekonaniu, że tak naprawdę to wciąż niewiele. Bez wątpienia autorka z nami pogrywa i robi to z wielką przyjemnością. To jedna z tych powieści, w których napięcie podsyca ciekawość czytelnika do samego końca, sprawiając, że od książki trudno się oderwać.

Gentry buduje książkowe napięcie w oparciu o kolejne sekrety i pozornie wyjaśnione zagadki. Niecierpliwie próbujemy rozwiązać tę sprawę na własną rękę, rozgryźć, co nam zgrzyta i nie pozwala przejść dalej, ale nie sposób jest tego dokonać. Wiele razy czułam się pewnie, zakładając, że wiem, co się wydarzyło. Wydawało mi się, że już połączyłam wszystkie elementy. No właśnie- wydawało mi się. Autorka sprawiła, że miałam w głowie mętlik, a kiedy skończyłam lekturę, musiałam na chwilę usiąść w ciszy i jeszcze raz wszystko sobie przemyśleć, bo nie byłam pewna, czy dobrze zrozumiałam. Bo tak bardzo zaskoczyła mnie na ostatnim zakręcie.

„Straconą” przeczytałam jednym tchem. Gentry pisze lekko, konkretnie, na temat. Tę historie dobrze przemyślała, a następnie z wielką swobodą przelała ją na papier. Zupełnie tak, jakby wiedziała, że jest dobra. Interesująca fabuła i krótkie rozdziały sprzyjają szybkiej lekturze i popychają nas do przodu. Aż do zakończenia, które zadziwia.

Amy Gentry mnie zaskoczyła, głównie za sprawą wprowadzonych w powieści zwrotów akcji. Do samego końca miałam problem, żeby znaleźć poprawne odpowiedzi na wszystkie pytania. A po skończeniu czułam pewien dyskomfort i niepokój, co najlepiej świadczy o tym, że ten tytuł faktycznie można określić świetnym thrillerem.  

Za możliwość poznania historii dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.

piątek, 6 października 2017

Co kilka sekund




Autor: Amanda Prowse
Tytuł: Trzy i pół sekundy
Wydawnictwo: Kobiece
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 312
Gatunek: literatura współczesna 







Śmierć córeczki sprawiła, że ich życie straciło wszystkie barwy. Jak można być szczęśliwym, kiedy w twojej codzienności zabraknie światła, a największa miłość zostanie gwałtownie odebrana? Grace i Tom muszą się o tym przekonać, próbując zbudować na nowo swoje życie.

Co wiemy o sepsie? Czy znamy jej objawy? Czy mamy świadomość, jak często występuje? Brzmi bardzo egzotycznie, sprawia wrażenie choroby tajemniczej, nie pojawia się nam przed oczami, kiedy myślimy o niebezpieczeństwie. Tymczasem na sepsę co kilka sekund umiera kolejna osoba. Szczerze mówiąc przed rozpoczęciem lektury na temat sepsy nie miałam bladego pojęcia, a możliwość poszerzenia wiedzy traktowałam jako dużą zaletę książki. Podoba mi się, w jaki sposób autorka te informacje przedstawiła- każdy rozdział rozpoczyna się jednym faktem na temat choroby. Krótko i subtelnie. Myślałam, że problematyce tej zostanie poświęcone więcej miejsca i trochę żałuję, że tak się nie stało, ale choroba stanowiła tylko tło dla akcji, to wokół niej zbudowano fabułę powieści.

Chętnie sięgam po książki „chorobowe”, pozwalające z jednej strony poszerzyć wiedzę, z drugiej natomiast ukazujące wielkie emocje bohaterów w obliczu wielkiej niesprawiedliwości i niefortunnych niespodzianek losu. Nie poszerzyłam istotnie wiedzy, choć szczerze przyznam, że poznane fakty zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. Miałam jednak okazję poczuć te wielkie wzruszenia, do których doprowadziła choroba. Zawsze ciężko uwierzyć, kiedy życie zmienia się zupełnie nagle, w sposób gwałtowny, nieoczekiwany. Codzienność bohaterów zmieniła się w jednym momencie, a kilka sekund odebrało im to, co najbardziej kochali.

Prowse w przejmujący sposób pokazuje ludzkie załamanie, utratę osoby nadającej naszemu życiu sens, ból związany z uczuciem pustki, pochłaniającą ciemność i dojmujące poczucie usuwającego się  spod nóg gruntu. Na kartkach powieści gości tak wielka rozpacz, że nie sposób przejść obok niej obojętnie. A żałoba bohaterów przyjmuje postać prawdziwego szaleństwa. Autorka w sposób głęboki, realistyczny i dojrzały pokazuje uczucia sprawiające, że powieściowe postacie coraz bardziej zatracają się w smutku, zapominając o tym, co ważne. Wzajemne pretensje, tajone żale, zmieniające życie decyzje i strata, o jakiej nie sposób ani na chwilę zapomnieć. Bo jak można zapomnieć o czymś, co zostało tak gwałtownie odebrane? Bez uprzedzenia czy ostrzeżenia?

Bohaterzy opowieści zostali nakreśleni w sposób bardzo realistyczny. Łatwo zauważyć między nimi różnice charakterów, a trudna życiowa sytuacja wyostrza ich wady. Nie sposób ich jednoznacznie ocenić, zwłaszcza, kiedy nie przeżyliśmy tego, co oni. Zostali naznaczenie tragedią i ta tragedia przekłada się na ich decyzje i kolejne kroki. Choć nie zawsze ich lubiłam, to jednak ich postępowanie było dla mnie w pełni zrozumiałe. Wielokrotne odnosiłam wrażenie, że dane mi było poznać prawdziwą historię, opowieść opartą na faktach, a postacie stworzone przez Prowse, prawdziwe od początku do końca, tylko mnie utwierdziły w tym przekonaniu.


Poruszając się wokół straty, żałoby, zmiany życia, autorka przy okazji wykorzystała wiele innych tematów. Kwestii znanych, ale uniwersalnych, popularnych lecz wciąż interesujących. Wśród nich pojawiły się min. problemy z zajściem w ciążę, ważna rola pracy w życiu człowieka, rozwój osobisty, podział małżeńskich obowiązków. Jestem przekonana, że każda czytelniczka odnajdzie się w tej powieści, że znajdzie w niej coś dla siebie.




„Trzy i pół sekundy” to powieść smutna i melancholijna, ale w tym nadmiarze dołujących emocji możemy doszukać się nieco nadziei i optymizmu. To samo życie w dobrym, mocnym wydaniu. Pięknie i ckliwie opisane. Dobre na długie jesienne wieczory.  

Za możliwość przeczytania powieści dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.

wtorek, 3 października 2017

Jaka matka taka córka?




Autor: Ali Land
Tytuł: Ja. Dobra. Zła
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 424
Gatunek: thriller psychologiczny 







Matka Annie jest seryjną morderczynią, którą to właśnie córka skazała na więzienie. Odliczając dni do procesu dziewczyna zastanawia się, jak wiele jest w niej matki. Zwycięży dobro czy zło?

Sa takie tytuły, obok których nie sposób przejść obojętnie. Nęcą fabułą, kuszą okładką, skłaniają do refleksji już krótkim opisem. Jednym z takich tytułów okazała się dla mnie książki Ali Land. Po prostu musiałam ją przeczytać.

Matka Ali to psychopatka. Czuje nieustanną potrzebę krzywdzenia dzieci, a swoje zamiary potrafi świetnie ukrywać. Temat psychopaty daje autorowi niemalże nieograniczone możliwości, pozwalając utkać mroczną historię i poprowadzić ją w dowolnie wybranym kierunku. A mnie bardzo spodobało się, w jaki sposób zrobiła to autorka. Postać matki powraca do bohaterki we wspomnieniach, jej głos stale wnika do umysłu dziewczynki. I choć kobieta rzeczywiście nie pojawia się na stronach książki, przez cały czas odnosiłam wrażenie, że jest zaledwie krok za córką.

Land szokuje, ale robi to w sposób przemyślany, dozując nam informacje na temat matki dziewczynki i ich relacji. Wybrany przez nią temat wydaje się wystarczająco mocny. Autorka zdaje sobie sprawę, że nie musi na siłę szokować czytelnika, dlatego też nie atakuje nas brutalnością i krwawością. Odniosłam wrażenie, że historia ta została subtelnie zarysowana, dostarczając dokładnie tyle negatywnych emocji, ile powinna. Całą powieść osnuwa zło, jednak bardziej ukazuje się ono w przeszłości, niż teraźniejszości, częściej za sprawą wspomnień, niż czynów.



Mogłoby się wydawać, że w powieści niewiele się dzieje. Akcja książki posuwa się do przodu powoli, dość monotonnym rytmem. Ale nie o szybką akcję i gwałtowne zwroty tutaj chodzi. Siła tej powieści tkwi w spokojnie budowanym napięciu, w coraz głębiej odczuwanym niepokoju, w pięknie dopracowanej warstwie psychologicznej. Przez całą lekturę towarzyszą nam pytania, na które nie sposób poprawnie odpowiedzieć.




Czy ktoś, kto spędził całe życie u boku psychopaty, mógł przejąć jego skłonności?

Czy pociąg do zła i chorobliwa natura są dziedziczne?

Czy relacja łącząca matkę i dziecko ma swoje granice?

Fakt, że autorka porusza się na linii matka- dziecko mocno podziałał na moją wyobraźnię. Z jednej strony zmuszając mnie do ciągłego przetrawiania wymienionych pytań, z drugiej do próby zrozumienia tego niecodziennego związku. Można by przypuszczać, że żadna inna relacja nie jest tak niezwykła, jak ta, która łączy matkę z potomstwem. Ale czy rodzicielce łatwiej jest wybaczyć krzywdy? Zapomnieć? A może wręcz przeciwnie? Cieszę się niezmiernie, że Land porusza się wokół takiej tematyki, bo robi to sprawnie, ciekawie i wnosi pewien powiew świeżości do gatunku, jakim jest thriller.

Duże znaczenie odegrała w powieści narracja pierwszoosobowa. Za jej sprawą łatwiej było wczuć się w sytuację bohaterki. Poczuć jej głęboki strach, przejmujący lek, niekończące się obawy. Co ciekawe, Land nie próbuje nakłonić nas do okazania bohaterce sympatii za wszelką cenę. Przez długi czas towarzyszyły mi ambiwalentne emocje. Czasami Annie bardzo mnie irytowała, a czasami gorąco jej kibicowałam. Taką postać też trzeba umieć stworzyć. Nie jest najważniejsze, żeby bohatera lubić, on ma wywoływać emocje, czasami również negatywne.

W moim odczuciu „Ja. Dobra. Zła” to świetna książka. Mniej brutalna, a bardziej psychologiczna. Mniej zaskakująca akcją, a bardziej skłaniająca do przemyśleń. Dawkująca zło, ale jednak podkreślająca, że ono wciąż ma się dobrze. Czytało mi się świetnie, szybko, jednym tchem. A zakończenie zagrało niczym wisienka na torcie.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.


  

poniedziałek, 2 października 2017

WRZESIEŃ NA ZDJĘCIACH

We wrześniu najbardziej nie podobało mi się, że tak szybko minął. Pod względem czytelniczym nie mogę natomiast narzekać :)



A jaki był Wasz wrzesień?


niedziela, 1 października 2017

WYNIKI ROZDANIA

Nie przedłużając, wybrana książka trafi do...


Za zwyciężczynią skontaktuję się mailowo.

P.S. Przepraszam za opóźnienie.