środa, 17 października 2018

Beth Hautala "Czekając na jednorożce"




Autor: Beth Hautala
Tytuł: Czekając na jednorożce
Wydawnictwo: Linia
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 276
Gatunek: literatura młodzieżowa








Talia niedawno straciła mamę. Teraz musi porzucić znane miejsca i przyjaciół, i wyjechać z tatą na Arktykę, na całe trzy miesiące. Zimne lato, przykre wspomnienia i obecność ojca, z którym nigdy nie była blisko. Czy to lato okaże się dla dziewczynki totalną katastrofą?

“Czekając na jednorożce” to spokojna i wyważona, a przy tym bardzo emocjonalna powieść o tym, co w życiu jest najważniejsze. O ludziach, bez których nasza codzienność nie byłaby taka sama. O słowach, jakie chcielibyśmy od nich słyszeć każdego dnia. I poczuciu bezpieczeństwa, jakie daje nam świadomość, że w ich sercu zajmujemy istotne miejsce. Najważniejszą osobą w życiu Talii była mama, a dziś, gdy jej już nie ma, dziewczynka musi na nowo się odnaleźć i uporać ze swoimi lękami.



Hautala przedstawia nam codzienność nastolatki poszukującej własnego ja, towarzyszące jej poczucie zagubienia i niepewności oraz konieczność uporania się ze stratą kogoś bliskiego. Mimo że książka zdecydowanie wpisuje się w szeregi literatury młodzieżowej, to poruszana w niej tematyka sprawia, że każdy czytelnik zrozumie problemy i dylematy głównej bohaterki. Autorka z wielkim wyczuciem i niezwykła wrażliwością, subtelnie i delikatnie prowadzi nas przez historię pełną melancholii i samotności, starając się jednak dodać dziewczynce nieco odwagi i trochę nadziei, bo przecież dla każdego w końcu zaświeci słońce, prawda?

Powieść napisana przez Hautalę cechuje się dużą dojrzałością, której często ciężko się doszukiwać w przypadku podobnych książek. Autorka przedstawia nam powieściowy świat w taki sposób, jakby opisywała wydarzenia z prawdziwego życia. Akcja rozwija się spokojnie, swoim tempem, nic nie zostało w tej historii upchnięte na siłę, by przesadnie zaskakiwać i dzięki temu intrygować czytelnika. Nie. W tej opowieści jest wiele burz, ale znajdują się one raczej w sercu bohaterki, niż na kolejnych kartkach. „Czekając na jednorożce” to powieść refleksyjna, dająca do myślenia, pozwalająca złapać oddech i zwracająca naszą uwagę na tematy będące zawsze na czasie, zdecydowanie istotne.

Do gustu bardzo przypadła mi ta zimowa atmosfera. Chłód Arktyki zdaje się świetnie pasować do zimna, które opanowało serce bohaterki. Dziewczynka zdaje się dojrzewać na naszych oczach, przystosowywać do nowych reguł, rozumieć, że pewnych rzeczy nie może zmienić, a marzenia niestety zaskakująco często pozostają jedynie marzeniami. Przeszywające zimno, śnieżny krajobraz, morskie zwierzęta, które kojarzą się Talii z możliwością powrotu do przeszłości- całość wypada bardzo przekonująco, a każdy szczegół znajduje się na odpowiednim miejscu.

Krótkie rozdziały i pierwszoosobowa narracja sprawiają, że lektura upływa nam szybko i przyjemnie, przy okazji pozwalając na lepsze odnalezienie się w świecie Talii. Młodzieżowa stylistyka i prosty język sprawiają, że całość jest lekka i bardzo przyjazna czytelnikowi. Można by powiedzieć, że ta książka czyta się sama, zaskakująco szybko i przyjemnie. Hautala sprawia wrażenie autorki doświadczonej, jej styl wydaje się wypracowany, a przecież na swoim koncie ma zaledwie dwie książki.



„Czekając na jednorożce” to prosta, ale poruszająca historia. W tej prostocie kryje się cały nasz świat. Codzienność pełna i pięknych wspomnień i smutnych doświadczeń, przykra, ale również obiecująca. To także najlepszy dowód na to, że życie może nas zaskoczyć, a na niespodzianki warto czekać, bo nigdy nie wiemy, co jeszcze nas spotka.

Za przesłanie książki dziękuję Wydawnictwu Linia.

poniedziałek, 15 października 2018

Graham Masterton "Tańczące martwe dziewczynki"



Autor: Graham Masterton
Tytuł: Tańczące martwe dziewczynki
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 464
Gatunek: thriller 








W wyniku gwałtownego pożaru giną wszyscy członkowie znanej grupy tanecznej. Co wydarzyło się tamtego wieczoru? Jak do tego doszło? I kim jest odnaleziona na dachu dziewczynka, która nie chce wypowiedzieć nawet jednego słowa?

Za sprawą „Tańczących martwych dziewczynek” spotkałam się z Grahamem Mastertonem po raz pierwszy. Nie ukrywam, że przygoda ta wywoływała u mnie wielkie zaciekawienie, twórczość autora bowiem okryła się już niemałą sławą. Rozpoczynając lekturę wciąż zastanawiałam się, czy i ja dołączę do powiększającego się grona fanów.

To, co zwróciło moją uwagę w pierwszej kolejności, to kreacja głównej bohaterki. Katie Maguire okazała się nie tylko doświadczoną, inteligentną i zdolną nadinspektor, ale także kobietą po przejściach, z trudną przeszłością, która wpłynęła na jej podejście do pracy i życia, po części ukształtowała ją właśnie w taką osobę, jaka zaimponowała mi na książkowych stronach. Uwielbiam silne kobiece charaktery, które wiedzą czego chcą, podążają do celu pewnym krokiem, a przy tym nie tracą empatii i szacunku dla innych.



Masterton konsekwentnie podkreśla, że życie detektywa to silne zaangażowanie, gotowość do poświęceń, konieczność zapomnienia na jakiś czas o własnym ja oraz tym, co zazwyczaj znajduje się na pierwszym planie. W jego powieści policjanci są przepracowani, statystyki kuleją, a do rozwiązywania spraw wciąż brakuje środków finansowych. Moim zdaniem to ważne, by pokazać świat policji w taki sposób, by nie idealizować na siłę, tylko postawić na pewną dozę szczerości i realizmu, nawet jeśli są tak brutalne.


Sięgając po thrillery i kryminały liczę na to, że powieściowy świat zaskoczy mnie mrokiem, zauważalnym nie tylko w charakterze opisywanych wydarzeń i zbudowanym dla nich tle, ale także w sercach bohaterów. Lubię, kiedy zbrodnie i intrygi są brudne, brutalne, szokujące, kiedy sporo się dzieje- sporo złego. Takie elementy znalazłam właśnie w książce Mastertona. Dzięki nim całość nabrała bardzo mocnego wyrazu, wypadając przekonująco i korzystnie.



Fabuła staje się jeszcze ciekawsza za sprawą poprowadzonej dwutorowo narracji. Z jednej strony śledzimy pracą inspektorów, obserwujemy odkrycia poczynione w śledztwie, poznajemy podejrzanych, z drugiej zaś przekonujemy się jak mocno wpływa na ludzi fanatyzm polityczny i jak wielką rolę odgrywa na etapie podejmowania przez nich decyzji. Tak poprowadzona fabuła i takie połączenie tematów sprawia, że powieść czyta się szybko i bezproblemowo.


Nie wszystkie wątki przypadły mi natomiast do gustu i nie wszystkie okazały się na swoim miejscu. Wydaje się, że od początku wiemy, kto stoi za drastyczną sceną podpalenia, dzięki czemu podążamy za autorem z pewną niechęcią i nieufnością. Uważam, że sceny dotyczące seksu zostały przesadnie opisane i tym samym wyeksponowane, nie wydaje mi się, żeby trzeba było się w ten temat tak zagłębiać przy tym gatunku powieści.



Ostatecznie „Tańczące martwe dziewczynki” wypadają na plus. Ta powieść może się podobać fanom podobnych gatunków i ciężkich klimatów. Wydaje mi się, że nie jest jednak odpowiednia dla kogoś, kto swoją przygodę z autorem dopiero zaczyna- nie zapada w pamięć wystarczająco mocno.

Za przesłanie powieści dziękuję Wydawnictwu Albatros.

sobota, 13 października 2018

Jan Moran "Zapach wspomnień"




Autor: Jan Moran
Tytuł: Zapach wspomnień
Wydawnictwo: Kobiece
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 420
Gatunek: literatura współczesna







Kiedy Danielle zostawiała swojego synka u babci w Polsce, nie wiedziała, że już za moment wybuchnie wojna, a ona nie zobaczy go przez wiele lat. Wojna odebrała kobiecie kolejno rodzinę, środki do życia i młodość. Ani przez chwilę nie straciła natomiast nadziei, że jeszcze zobaczy swojego chłopca. Ani na chwilę o nim nie zapomniała, mimo że jej życie tak bardzo się zmieniło.

„Zapach wspomnień” to w moim odczuciu powieść dość różnorodna i łącząca tematy, które na pierwszy rzut oka niekoniecznie do siebie pasują. Wojna, eksponowana miejscami bardziej, a momentami mniej, stanowi dla tej opowieści przede wszystkim interesujące, głębokie i wartościowe tło. Wydarzenia, których uczestnikami stajemy się podczas lektury kolejnych stron, naznaczone zostały kobiecą ręką, przypominając najlepszą literaturę kobiecą. Nie brak jej również nuty romansu i emocji, jakie odnaleźć możemy podczas czytania dobrego thrillera. Takie pomieszanie motywów i tematów udało się autorce znakomicie, sprawiając, że moje zaciekawienie treścią ani na moment nie słabło, a do finału zmierzałam z zaskakującą prędkością.

Napis nadrukowany na okładce powieści usiłuje przyciągnąć czytelniczki obietnicą gorącego romansu. Akurat ten element historii kusił mnie najmniej, liczyłam bowiem na nieco inne emocje. A jak było? Z pewnością nie zakwalifikowałabym tej książki do grona romansów, choć raz po raz rozgrzewała moje serce. Jej strony w dużej części zapisane zostały miłością, tęsknotą i melancholią. Bohaterka potrzebowała bliskości, szukała siebie w drugiej osobie, brakowało jej pokrewnej duszy, ale czy te uczucia nie towarzyszą, tak naprawdę, każdej z nas? Nie uważam natomiast, by były one eksponowane zbyt mocno, by tę powieść rzeczywiście zdominowały, wysuwając się tym samym na pierwszy plan.

Moran stworzyła piękną, kobiecą i pełną pasji opowieść. W bardzo obrazowy sposób przedstawiła życie wspaniałej bohaterki, która wzbudziła we mnie wiele ciepłych uczuć. Całość wypada przekonująco, dojrzale, malowniczo, a również… pachnąco. Choć nigdy nie pałałam do zapachów taką miłością jak Danielle, jej uwielbienie dla piękna zamkniętego w buteleczce, wciąż mi się udzielało. Autorka pisała o świecie zapachów w sposób tak zachęcający, że zgłębiałam ten temat z wielką przyjemnością, pragnąc, by i na moim nadgarstku znalazła się kropla perfum stworzonych przez główną bohaterkę.

„Zapach wspomnień” to powieść dość zaskakująca tematycznie, która za sprawą dużych kontrastów przynosi jeszcze więcej wzruszeń, pogłębiając emocje towarzyszące czytelnikowi. Na stronach powieści Moran przeciwstawia sobie biedę i bogactwo, miłość i nienawiść, zysk i stratę, podkreślając, jak elementy te wpływają na życie bohaterów i podejmowane przez nich decyzje. A wszystkie wydarzenia krążą wokół wojny, której obecność wyczuwa się w powietrzu, a która jednak nie stanowi przesadnego ciężaru dla osób w takiej tematyce się nieodnajdujących.

Największe wrażenie zrobiła na mnie jednak główna bohaterka powieści, Danielle. Uwielbiam takie silne i wyraziste postacie, będące źródłem inspiracji i determinacji w dążeniu do celu. Kobieta nie tylko dojrzała na naszych oczach, ona zmieniła całe swoje życie, dopasowując się do okoliczności, na które nie miała żadnego wpływu. Nie zapomniała co jest ważne i kim jest, mimo rozwoju kariery i rosnącej popularności. Szalenie mi zaimponowała, bardzo ją polubiłam i doceniam rolę, jaką odegrała w moim odbiorze tej powieści.


Moran stworzyła dopracowaną i nieprzerysowaną całość, dla której uzupełnienie stanowią ważne historycznie wydarzenia. To ciepła, przepełniona uczuciami historia, jaka nie zawiedzie wielbicielek kobiecych opowieści z mocnym charakterem i romantycznym wątkiem.

Za przesłanie książki dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.

czwartek, 11 października 2018

Celeste Ng "Małe ogniska"



Autor: Celeste Ng
Tytuł: Małe ogniska
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 423
Gatunek: literatura współczesna








Wydaje się, że w Shaker Heights wszystko zostało zaplanowane, a przynajmniej tak było do momentu, kiedy do miasta przyjechała artystka Mia i jej nastoletnia córka. Ich przeprowadzka, początkowo tak zwyczajna i niezwracająca uwagi, z czasem zaczyna wpływać na życie innych mieszkańców, sprawiając, że spokój i równowaga zostają zaburzone. Kim jest Mia? Jakie tajemnice za sobą zostawiła? I jaki wpływ mają one na podejmowane przez kobietę decyzje?

Nazwisko autorki zapadło mi w pamięć po lekturze jej poprzedniej powieści, “Wszystkiego, czego wam nie powiedziałam”. Bardzo ciepło wspominam ten tytuł, w związku z czym byłam szczerze zainteresowana tym, co Ng postanowiła zaprezentować czytelnikom tym razem. Nie ukrywam, że poprzeczkę postawiłam jej dość wysoko. Czy autorka utrzymała poziom?

„Małe ogniska” to powieść, w którą można się zaangażować, choć niekoniecznie od samego początku. Historia toczy się dość powoli, jej szczegóły poznajemy niespiesznie. Nieco senne tempo pierwszych rozdziałów sprawiło, że nie mogłam całkowicie w tej powieści się odnaleźć i nie do końca rozumiałam, czym Ng zasłużyła sobie na tak miłe słowa nadrukowane na okładce. Przekonałam się jednak, że cierpliwość popłaca, wystarczy po prostu się zaczytać, nie sprawdzając godziny i numeru strony, dzięki czemu otrzymamy możliwość stania się uczestnikami niezapomnianych i budzących emocje wydarzeń.

Te emocje, podobnie jak zainteresowanie historią i zaangażowanie w fabułę, również pojawiły się u mnie dość powoli, z czasem. Narastały stopniowo, niezauważenie zagnieżdżając się w myślach i zajmując przestrzeń, jakiej nie planowałam dla nich przeznaczać. Podczas lektury nasuwały mi się tytuły ulubionych powieści obyczajowych, a wraz z nimi przekonanie, że autorka rzeczywiście wie, co robi, a spokojne tempo i stopniowo odkrywane karty, mają na celu w dużej mierze przede wszystkim budowanie napięcia.

To napięcie można poczuć szczególnie w drugiej części książki, kiedy to na jaw wychodzą tajemnice bohaterów, ich zaskakujące decyzje, niegodziwe czyny i niezrozumiałe na pierwszy rzut oka postępowanie. Autorka chętnie łączy ze sobą różnorodne tematy, które zwracają naszą uwagę na istotną problematykę i wzbogacają całą powieść. Żadna ze scen i żadna z postaci nie pozwala czytelnikowi na obojętność. Nawet drobiazgi z pozoru nieistotne w końcu nabierają znaczenia, powodując, że tłumione emocje biorą górę.


Autorka wolnym krokiem wprowadza nas w fabułę, po to, by z czasem nabrać rozmachu. Dość senna opowieść zaczyna przeistaczać się we wstrząsający obraz połączonych dziwnymi zależnościami rodzin i ludzi. I nagle przekonujemy się, że nie wszystko wygląda tak zwyczajnie i jednostajnie, jak mogłoby się wydawać. Bohaterzy nabierają charyzmy, okoliczności zmuszają ich do podjęcia ostatecznych kroków, zmieniają się na naszych oczach. A przeszłość dogania każdego z nich, drapieżnie i nieustępliwie.

W „Małych ogniskach” nie ma zwycięzców. Każda z książkowych postaci musi zmierzyć się z życiem i ze sobą. To, co wydawało się do nich należeć, zostaje odebrane. To, co było w nich charakterystyczne, nagle staje się zimne i nieznane. Do głosu dochodzą emocje, które raz po raz przeważają nad rozumem. Dzięki temu całość nabiera barw, staje się mocniejsza, lepiej się w niej odnaleźć, można się nią rozsmakować. Zaczyna bowiem przez nią przemawiać realizm, wybuchający nagle i zaskakujący w rzeczywisty i niebanalny sposób.


Ng pisze lekko, a przy tym dojrzale i mądrze. Swą opowieść opiera na sile opisów, z pewnym dystansem odnosząc się do roli dialogów, które u niej nie wydają się przesadnie istotne. Mimo posiłkowania się detalem i pewnej skłonności do głębokiego zanurzania się w szczegóły, historia ta pozostaje dość intymna, nieprzesadzona i wyważona. Odniosłam wrażenie, że wszystko zajmuje odpowiednie miejsce, nic nie zostało tam dodane na siłę. Autorka pięknie radzi sobie z operowaniem słowem, potrafi pisać tak, że po prostu chcemy poświęcić jej swój czas.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Agencji BookSenso. 

wtorek, 9 października 2018

Arek Borowik "Błazen w stroju klauna"




Autor: Arek Borowik
Tytuł: Błazen w stroju klauna
Wydawnictwo: Dobra literatura
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 392
Gatunek: literatura współczesna 







Z Arkiem Borowikiem poznaliśmy się za sprawą „Wnętrz wypalonych lodem”. Lektura tej powieści sprawiła mi wiele przyjemności, raz po raz udowadniając, że mężczyźni także potrafią o emocjach pisać mądrze i pięknie, o czym wydaje się, często zapominamy. Nic dziwnego zatem, że poznanie kolejnych tytułów, które wyszły spod pióra tego autora, było dla mnie jedynie kwestią czasu.



W swojej najnowszej powieści Borowik proponuje czytelnikom trzy historie. Choć przekonałam się, jak intrygująco potrafi on zestawiać ze sobą tematy różnej miary i różnego ciężaru, znów poczułam się zaskoczona. Te opowieści nie mogłyby bardziej się różnić i wywoływać bardziej skrajnych odczuć. Nie chciałabym zbyt wiele zdradzić, a jednak muszę, po prostu muszę, co nieco o nich wspomnieć.




Już podczas lektury pierwszej z historii, byłam pewna, że ta spodoba mi się najbardziej. Dlaczego? Bo doszukałam się w niej sporej dozy realizmu, życiowej przewrotności i charyzmatycznych bohaterów. Przeczytałam w mgnieniu oka. Do gustu bardzo przypadła mi prostota tej opowieści, ukryta w niej dojrzałość. Borowik nie próbował nas na siłę zaskakiwać, ale i tak sprawił mi dużą niespodziankę.

Druga opowieść została napisana w sposób tak zadziwiający, że momentami nie mogłam w to uwierzyć. Autor w zawoalowany a jednocześnie dość bezpośredni sposób uderza w naszą codzienność, podkreślając ludzkie przywary, otępienie spowodowanie uwielbieniem dla telewizyjnych programów i mechanizm działania tych, którzy za te dziwaczne programy odpowiadają. Ta historia pełna jest absurdalnego humoru, mocnego słownictwa, dosadnych i celnych uwag. A przy tym stanowi fantastyczną, nowoczesną interpretację znanej nam wszystkim baśni.

Ostatnia historia, w formie zwierzeń starszej kobiety, również urzeka. Podobnie jak poprzednie odnosi się do ludzkich błędów, konieczności poniesienia konsekwencji, problemów z tym, co utkwiło w nas przez lata dzieciństwa i obcowania z takimi, a nie innymi ludźmi. Ta opowieść również zrobiła na mnie wrażenie. Choć krótsza, to jednak niemniej treściwa, wyczerpująca temat i skłaniająca do refleksji.

Nie będę Wam opisywać, o czym Borowik opowiada. Nie mogę jednak powstrzymać się przed podkreśleniem, jakie emocje we mnie wywołał. Ciężko uwierzyć, że jedna osoba potrafi stworzyć trzy tak różne i skrajne opowiadania, a przy tym zespolić je w jedną, zgrabną i mądrą całość. Autor kolejny raz pokazał mi, że potrafi pisać proste, a przy tym zdumiewające i przewrotnie prawdziwe historie. Czasami nieco komiczne, czasami trochę absurdalne, a jednak trafiające prosto w punkt, sprawiające czytelnikowi niezwykłą przyjemność. Do takich powieści po prostu chce się wracać.

Zazwyczaj nie potrafię cieszyć się tak krótkimi historiami, ale w tym przypadku czuję dla autora dużą wdzięczność, że podzielił książkę w ten sposób, że pokazał się z tak wielu stron, podkreślając to, co w jego twórczości najlepsze- celne oko, świetną ripostę, poczucie humoru, dystans do świata i ludzkich zachowań. Co jednak najciekawsze, Borowik przy każdej z tych historii się zmienia, dopasowując odpowiednio narrację i styl wypowiedzi. Czasami bazuje na opisie, czasami bawi się dialogiem. Czerpie z języka, wykorzystuje wyobraźnię, przenosi na strony powieści siebie i świat.

Mogłabym napisać jeszcze wiele i chwalić, z wielką przyjemnością. Mój tekst nie zastąpi Wam jednak frajdy, która ominie Was, jeśli nie spróbujecie zmierzyć się z tą powieścią sami.

Za przesłanie powieści do recenzji dziękuję Wydawnictwu Dobra Literatura. 

poniedziałek, 8 października 2018

Stosik w wydaniu obyczajowym

Wydawało mi się, że jesienne wieczory zdecydowanie bardziej sprzyjają kryminałom i thrillerom. Teraz nie jestem już tego taka pewna. Czy kocyk i gorąca herbata lub czekolada nie pasują również do nieco bardziej kobiecych i romantycznych klimatów? :)




Jak Wam się podobają moje czytadełka?




niedziela, 7 października 2018

Ilona Wiśniewska "Lud. Z grenlandzkiej wyspy"




Autor: Ilona Wiśniewska
Tytuł: Lud. Z grenlandzkiej wyspy
Wydawnictwo: Czarne
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 232
Gatunek: literatura faktu 







„Lud. Z grenlandzkiej wyspy” to idealna książka dla tych, którzy chcieliby dowiedzieć się, jak wygląda życie na największej wyspie świata. Poznać fragmenty codzienności jej mieszkańców, z kawałków złożyć historię funkcjonowania w tak ciężkich warunkach, zrozumieć, jak w takim miejscu tak zwyczajnie można być szczęśliwym. Bo Wiśniewska udowadnia, że wbrew temu, co myślimy, można.


Na powstanie tego reportażu złożyły się praca autorki w domu dziecka oraz liczne rozmowy z mieszkańcami wyspy. Z tych doświadczeń i zasłyszanych słów wyłoniła się całość, która zaskakuje czytelnika i kształtuje jego spojrzenie na to miejsce i jego mieszkańców. Do tej pory o Grenlandii nie wiedziałam nic. Dziś natomiast liczba moich przemyśleń wygląda dość niepokojąco. A właściwie nie jestem pewna, co myśleć o tym powinnam.




Wiśniewska z tych rozmów i wypowiedzi spotkanych osób tworzy dla nas codzienność w chłodnym, grenlandzkim charakterze, pokazując radości i trudy życia w takim klimacie. Przeraźliwe zimno, ubrania ze zwierzęcych skór, polowania na foki i ryby wydobywane z przerębli, pojazdy sunące po lodzie, mrożona żywność. Czy nie wywołuje to w nas smutnych przemyśleń? Czy nie przeraża? Nie zastanawia?



A jednak Ci ludzie czerpią z Tego życia przyjemność, radość, satysfakcję. Czuję dumę, doceniają, to, co mają, uśmiechem nagradzają drobne wydarzenia, cieszą ich małe rzeczy. I muszę przyznać, że zrobiło to na mnie wrażenie, w pewien sposób mnie zainspirowało i skłoniło do przemyśleń, sprawiając, że przez chwilę zastanowiłam się, jakby to było znaleźć się tam, na ich miejscu.





Czym zaskoczyli mnie Grenlandczycy? Otwartością. Pogodą ducha. Cierpliwością. Spokojem. Szacunkiem do przyrody i drugiego człowieka. Przyzwoitością. Ciszą. Brzmi tak inaczej, nieco nienaturalnie, a przecież to same dobre rzeczy, same pozytywne cechy. Grenlandczycy nie boją się rozmawiać o śmierci. Seks nie stanowi dla nich tabu. Chętnie odpowiadają na niewygodne pytania, jak zależność od Danii i trudności związane z życiem na wyspie. Nie chowają się za udawaną ambicją, nie próbują być inni, niż są w rzeczywistości. Dają do myślenia.

Wiśniewska prezentuje nam szereg rozmów, krótkich historii, trochę refleksji, garść przesądów. Wyłania się z tego zaskakująca, ale barwna, przemyślana i pełna całość, która może przynieść czytelnikowi sporo frajdy. Widać, że autorka rzeczywiście w to życie się do pewnego stopnia zaangażowała, że poczuła to, co czują mieszkańcy, że ich poznała i dostrzegła wady i zalety. I to wszystko oferuje nam zamknięte w solidnej okładce i doprawione szeregiem klimatycznych, podkreślających to wszystko fotografii.


Za przesłanie książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Czarnemu.

sobota, 6 października 2018

Sara Sheridan "Na gwiaździstych morzach"



Autor: Sara Sheridan
Tytuł: Na gwiaździstych morzach
Wydawnictwo: Kobiece
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 492
Gatunek: literatura współczesna








Rozpoczynając podróż u boku Jamesa Hendersona, Maria nie spodziewała się, że ten rejs wywróci jej poukładane życie nie góry nogami. Mroczne sekrety, moc pożądania i nieporównywalny z niczym smak czekolady. Jakie decyzje podejmie bohaterka?

“Na gwiaździstych morzach” to opowieść, która, za sprawą opisywanych wydarzeń, rozgrzewa czytelnika i budzi żywe emocje. Z jednej strony otrzymujemy elektryzującą gatunkową mieszankę- nieco romansu, intrygujące obyczajowe tło, szczypta kryminału, trochę historii i realizmu. Z drugiej zaś mamy szansę podążyć za bohaterką, która nie obawiała się sprzeciwić i nie pozwoliła zamknąć się w złotej klatce, udowadniając tym samym, raz za razem, że miejsce kobiety niekoniecznie musi być w domu, że mamy do zaoferowania światu coś więcej. Całość zaś skropiona została gorącą czekoladą- jej smak i aromat kuszą niezwykle z książkowych stron.

Historie oparte na faktach magnetyzują mnie niezmiennie. Świadomość, że autorka czerpała z życiorysu Marii Graham, pozwoliła mi tę opowieść przeżywać inaczej, dodała jej w moich oczach autentyczności. Odwaga bohaterki, jej zdecydowanie, podążanie do celu przy wykorzystaniu nieoczywistych rozwiązań, próba uwolnienia się od narzuconych norm- te elementy sprawiły, że powieść Sheridan czytałam z dużym zainteresowaniem i jeszcze większą prędkością. Uwielbiam takie silne, niebanalne i zaskakujące bohaterki. Kobiety  potrafiące udowodnić, że nie ustępują mężczyznom na krok.

Tłem dla swej opowieści  autorka uczyniła początek XIX wieku, czasy tak różne od tych, które znamy obecnie. Lata wypełnione społecznymi przykazaniami i koniecznością odnalezienia się w wśród licznych zakazów. Epokę, która mocno utrudniała kobietom pokazanie, na co je stać. Choć zaskakujący, a może i irytujący, to jednak szczególny okres w historii. Bardzo mnie natomiast ucieszył fakt pojawienia się w tej opowieści zbuntowanej Marii, będącej tym normom i przykazaniom wciąż na przekór. Takie przewrotne pokazanie bardzo powoli zachodzących zmian szczególnie przykuło moją uwagę.

Sheridan świetnie radzi sobie z opisami, zarówno tymi dotyczącymi bohaterów, jak i miejsc. Podążając za jej historią przed oczami przewijały mi się opisywane sceny, nie miałam problemu, by wczuć się w poszczególne sytuacje, niezależnie od ich charakteru. Przemoknięta i przybrudzona suknia, pożar na statku, wszechogarniająca mżawka, promienie słońca wpadające przez okno, żar czekolady z chilli- te sceny są wciąż żywe w mojej pamięci, a obrazy mają niezwykłą siłę, mimo że lekturę skończyłam dobrych kilka dni temu.



Podoba mi się, w jaki sposób ta historia została rozwinięta. Choć można by spodziewać się po niej romansu, dla którego otwarte morze stanowi przecież wspaniałe tło, to jednak Sheridan wykonuje w tył zwrot i skłania się w stronę nieco innej tematyki, nie tylko ten wątek romantyczny poskramia, co wzbogaca powieść i sprawia, że przypadnie ona do gustu większej liczbie odbiorców.




Nie lubię romansów i stronię od erotyków, ale… Gwiaździste morze, oddalone czasy, smak czekolady- kto mógłby się temu oprzeć? Jak przejść obok tego obojętnie? Sheridan stworzyła interesującą i dopracowaną opowieść, pięknie łączącą historyczne wydarzenia i autorską wyobraźnię. Warto poświęcić jej kilka chłodniejszych wieczorów, szczególnie, że ta opowieść naprawdę rozgrzewa. 

Za możliwość przeczytania powieści dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.

środa, 3 października 2018

Luca D'Andrea "Lissy" [recenzja premierowa]




Autor: Luca D'Andrea
Tytuł: Lissy
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 430
Gatunek: thriller







Pewnego dnia Marlene porzuca wygodne życie, okrada męża i udaje się w nieznane. Przygotowany wcześniej plan szybko zawodzi w wyniku nieprzewidzianych wydarzeń. Kobieta trafia do zaprawionej upływem czasu pustelni Simona Kellera. W czasie, kiedy nawiązuje się między nimi porozumienie, mąż kobiety szuka jej coraz niecierpliwiej. Czas ucieka.

„Lissy” to świetny wybór na nadchodzące dni. Coraz dłuższe i chłodniejsze wieczory, kocyk i gorąca herbata, a w ręce książka- właśnie taki obraz mi się z nią kojarzy. Dlaczego? Bo to książka, w której można, a nawet trzeba, się zaczytać. Intrygująca fabułą, zachęcająca psychologicznym rysem, dość spokojna, ale miejscami z akcją, za którą ciężko nadążać wzrokiem. Po prostu wymagająca maksimum uwagi i kilka wolnych godzin, niepozwalająca na czytanie fragmentami, kątem oka.



Nie przypominam sobie, żebym podczas lektury powieści miała jakieś uwagi lub żeby coś wydało mi się niedopracowane czy nietrafione. Doszukałam się natomiast wiele dobrego, a jednym z takich elementów bez wątpienia jest dwutorowa narracja. Z jednej strony podążamy za główną bohaterką- Marlene, obserwując rozwój wydarzeń i konsekwencje podejmowanych przez nią decyzji. Z drugiej zaś z napięciem przyglądamy się nerwowym poszukiwaniom kobiety, której mąż po prostu nie może podarować czynów, jakich się przeciwko niemu dopuściła. Takie podzielenie akcji sprawia, że staje się ona dla czytelnika ciekawsza, nabiera głębi i charakteru.

Luca D’Andrea nieco z nami tym rozwojem akcji igra. Miejscami bardzo zwalnia, by za chwilę gwałtownie przyspieszyć. Na kartach powieści zderzają się dwa światy, które pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego. Tylko czy na pewno? Wielkie pieniądze, mroczne układy, niedotrzymane obietnice i szybkie tempo kontra bieda, tradycja, spokój i samotność. Z wielką radością mogę Was zapewnić, że takie połączenie wypada bardziej niż obiecująco, szczególnie, że autor świetnie radzi sobie z zarysowaniem obu rzeczywistości, pozostawiając jednak na tej płaszczyźnie nieco miejsca dla czytelniczej wyobraźni.

Kiedy zabrałam się do czytania powieści, byłam pewna, że jej lektura zajmie mi więcej czasu, niż rzeczywiście jej poświęciłam. Ponad 400 stron zapisanych dość drobną czcionką zaintrygowało mnie, bo w tej objętości dopatrywałam się szansy na powieść magnetyzującą i przykuwająca uwagę. Zaczęłam czytać chętnie i nawet nie zdążyłam się obejrzeć, kiedy byłam w połowie. Lada moment i już dotarłam do zakończenia. Co sprawiło, że lektura powieści przebiegła w tak błyskawicznym tempie? Wspaniałe połączenie dobrej, dopracowanej fabuły, przyjemna i angażująca narracja, lekki styl autora, który pasuje do mrocznego charakteru powieści oraz krótkie rozdziały świetnie sprawdzające się w przypadku, kiedy wciąż powtarzamy „jeszcze tylko jeden…”.

Bohaterzy książki to kolejny zaleta „Lissy”. D’Andrea udowodnił, że potrafi stworzyć postacie głębokie, nieszablonowe, zaskakujące, charyzmatyczne. To, na co zwróciłam uwagę, to podejście nakierowane dość mocno na psychologię bohatera- zwrócenie uwagi na towarzyszące mu motywy i powracanie do przeszłości, która go ukształtowała. Gdybym powiedziała, że obok książkowych postaci nie można przejść obojętnie, byłoby to z mojej strony sporym niedopowiedzeniem. W trakcie czytania bowiem dość mocno zwracamy uwagę na sposób, w jaki zostali oni stworzeni, jak pełnowymiarowi się stali, jak wyszli poza ramy ograniczającego ich papieru.

Nie odniosłam wrażenia, by autor powieści próbował mnie zaskoczyć na siłę. Fabuła, choć interesująca, nie jest jednak przesadnie skomplikowana. Cechuje się raczej pewną prostotą rozwiązań, odwołaniem do tematyki, która nie stanowi żadnej nowości i motywów, jakie już poznaliśmy i jakie brzmią znajomo. Moim zdaniem, w tym miejscu ta niewymuszoność jak najbardziej pasuje, całość wypada przekonująco.

„Lissy” to pierwsza powieść D’Adrei, którą miałam okazję przeczytać. Zrobiła na mnie na tyle duże wrażenie, że chętnie sięgnę po poprzednią, a to chyba dla niej najlepsza rekomendacja.   

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu W.A.B. 

wtorek, 2 października 2018

Mroczny stosik na jesienne wieczory

Uwielbiam wszelkiego typu kryminały i thrillery, a coraz dłuższe wieczory szczególnie sprzyjają takim klimatom. Powieści z mocnym charakterem, kocyk i gorąca herbata to propozycja, do której nie trzeba mnie długo przekonywać :) 



A czy Wy lubicie takie klimaty?

Znacie książki z mojego zdjęcia? 

poniedziałek, 1 października 2018

Kerstin Gier "Podniebny"




Autor: Kerstin Gier
Tytuł: Podniebny
Wydawnictwo: Media Rodzina
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 440
Gatunek: literatura młodzieżowa 







Fanny przyjeżdża do „Podniebnego” by odbyć całoroczną praktykę. Ani przez chwilę nie spodziewa się, co może ją tam spotkać. Urokliwe przygody bohaterki, od zabawnych zauroczeń do spotkania z przestępcami, przypadną do gustu niejednemu czytelnikowi!



Choć nazwisko autorki kojarzy się raczej z tak cenionymi przez czytelników trylogiami- snów i czasu- to jednak ja swoją przygodę z jej twórczością rozpoczęłam właśnie od „Podniebnego”. Nie mogłam się oprzeć opowieści o nieco starodawnym hotelu, zbudowanym wysoko w górach. Moją wyobraźnię pobudzały skrywane tam sekrety i mroczne zagadki oraz plejada niezwykłych bohaterów.




Przy tej powieści nie sposób się nudzić, w dużej mierze za sprawą Fanny. Nastolatka przyjechała do hotelu, by odbyć całoroczną praktykę, a jak się szybko okazało, przeżyć również przygodę życia. Gier wykreowała bohaterkę zabawną, sympatyczną, wygadaną. Prowadzona przez nią narracja sprawia, że lektura przynosi wiele satysfakcji i wywołuje uśmiech na ustach. Dawno nie spotkałam tak uroczej rozbawić. Wspomnienie scen z jej udziałem wciąż mnie rozwesela.

Narracja pierwszoosobowa sprawia, że książkę czyta się jeszcze przyjemniej. Dzięki niej możemy również lepiej zrozumieć sytuację Fanny, która raz za razem wikła się w zadziwiające sytuacje. Podążając za figlarnymi opisami bohaterki szybko poznajemy zasady panujące w hotelu, stałych gości oraz teorie o iście nieprawdopodobnym charakterze. Gier bardzo szybko przekonała mnie do siebie właśnie za sprawą tego przyjaznego czytelnikowi stylu- potrafi pisać wesoło, wykorzystując tę dowcipną formę zarówno przy kreacji bohaterów, jak i opisie poszczególnych, przewrotnych wydarzeń.

„Podniebny” ma bardzo swobodny charakter, stylizowany na styl młodzieżowy, na który składają się lekka narracja, udział młodych bohaterów oraz uczucia zazwyczaj przypisywane do nastoletniej egzystencji. Powieść stanowi urokliwą mieszankę dobrego humoru, zaskakujących nieporozumień, pięknej przyjaźni i młodzieżowych porywów serca, a elementy te dodają jej jeszcze lekkości. Nie znaczy to bynajmniej, że opowieść ta nie sprawdzi się w przypadku starszych czytelników. Moim zdaniem i oni mogą znaleźć w niej coś dla siebie.


Książkę czyta się bardzo dobrze i niezwykle szybko od początku do końca. Swobodna narracja, dopracowany styl autorki, przemyślana fabuła- to jedynie kilka elementów uprzyjemniających nam tę lekturę. Krótkie rozdziały i przeczucie, że autorka jeszcze nie raz nas zaskoczy sprawiają, że kolejne strony umykają nam w zaskakującym tempie. Choć nastawiłam się na lekturę lekką i przyjemną, to nie spodziewałam się, że aż tak mi się ona spodoba.



Duży plus stanowi w tym przypadku także wprowadzenie do fabuły wątku kryminalnego. Czy coś może bardziej pobudzić wyobraźnię czytelnika niż młoda, charyzmatyczna bohaterka, której przychodzi walczyć z przestępcami? Długo czekałam, żeby Gier zboczyła na ten tor, ale rzeczywiście poczekać było warto. Wątek ten urozmaica fabułę i wzbogaca ją, ożywiając akcję i sprawiając, że nabiera ona pod koniec rozpędu.

„Podniebny” okazał się dla mnie sporą niespodzianką. Świetnie odnalazłam się w tej dość niecodziennej opowieści, polubiłam bohaterów i nabrałam chęci, by bardziej zagłębić się w twórczość autorki. Polecam.

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina. 

niedziela, 30 września 2018

WRZESIEŃ NA ZDJĘCIACH

Jaki był mój wrzesień? Zaczytany, ale nie rozpisany. Przeczytałam sporo, ale często nie miałam chęci swoimi refleksjami się dzielić. Czy Wy również macie podobne okresy?




sobota, 29 września 2018

Małgorzata Warda "Dziewczyna z gór" [recenzja przedpremierowa]



Autor: Małgorzata Warda
Tytuł: Dziewczyna z gór
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 440
Gatunek: literatura współczesna







Nadia została porwana jako mała dziewczynka. Nieznany sprawca uprowadził ją i przez lata przetrzymywał w górach. Tylko czy faktycznie młoda kobieta przez cały czas była jego więźniem? Dlaczego to właśnie ją wybrał?

„Dziewczyna z gór” to jedna z tych powieści, o których chcielibyśmy mówić długo i dużo, a jednak obawiamy się, że słowa nie wystarczą, by przekazać całość emocji, jakie ta opowieść w nas wzbudziła. Choć refleksje po lekturze towarzyszyły mi przez kilka długich dni, to wciąż obawiałam się, że nie będę w stanie oddać tego, co zostało w moim sercu. Burza tych uczuć stała się tym intensywniejsza, że nigdy wcześniej twórczość autorki przesadnie mnie nie zachwyciła, dlatego też, mimo intrygującej fabuły, nie liczyłam na to, że tak stanie się tym razem. A jednak.

Tym, co szczególnie mnie poruszyło, jest pierwszoosobowa narracja głównej bohaterki. Opowieść dziewczynki, która została uprowadzona w wieku 11 lat, przez młodego, nieznanego jej mężczyznę. Relacja ta ma wymiar bardzo osobisty i szczery, wydźwięk zapisanych słów nie pozwala o sobie zapomnieć. Całość przypomina pisany latami pamiętnik, skrywający najpiękniejsze i najsmutniejsze uczucia. Za słowami dziewczynki kryje się tak wiele emocji, że podczas lektury angażujemy się w nią bez pamięci, nie zważając na czas i miejsce, raz po raz odnosząc wrażenie, że to wszystko wydarzyło się naprawdę, że ktoś chciał się tym z nami podzielić, że staliśmy się dziwnymi uczestnikami tych papierowych wydarzeń.

Warda wykazała się w tej powieści niezwykłą dojrzałością i wrażliwością, a cechy te w połączeniu z subtelnym, ale obrazowym stylem mają wielką moc. Przekaz tej historii jest bardzo wyrazisty, plastyczność opisów sprawia, że w niepokojący sposób chcielibyśmy momentami z tą dziewczynką się zamienić. Intensywność całej opowieści zaskakująco podsyca to, co zostało przemilczane i niedopowiedziane, słowa, które nie padły, choć nie do końca wiadomo, czy były potrzebne. „Dziewczyną z gór” autorka całkowicie mnie urzekła, udowadniając, że potrafi stworzyć zajmującą i zaskakującą historię i ukryć na jej stronach wielobarwną paletę uczuć i przeżyć.

To, w jaki sposób autorka przedstawiła główną bohaterkę, również wprawiło mnie w zdumienie. Trochę dziecko, a trochę kobieta. Nieco zagubiona, a jednak silna i odważna. Zmieniająca się, przystosowująca do otoczenia, skłonna do podejmowania trudnych decyzji i odkrywania nieznanego, gotowa na poświęcenia. Nadia zmienia się na naszych oczach, w piękny sposób wpisuje się w książkowe okoliczności. Ta dziewczynka jest delikatna, a przy tym charakterna. Wspaniale współgra z dzikością przyrody, surowością rzeczywistości, światem tajemnic.

W tej powieści nie doszukamy się rzeczy oczywistych. Wielokrotnie zaskoczą nas decyzje bohaterów, towarzyszące im odczucia, rozwój akcji, a wreszcie także zakończenie. Prawda zawarta w tej historii zmroziła mnie, a gwałtowność przedstawionego świata, gama złych emocji i podłość ludzkich uczynków, sprawiła, że zaintrygowanie lekturą i chęć, jak najszybszego jej ukończenia narastały wraz z kolejnymi stronami. Uwielbiam czytać przede wszystkim ze względu na uczucia pojawiające się podczas lektury, a „Dziewczyna z gór” cudownie mi o tym przypominała niemalże każdym zdaniem.

Każdy drobiazg w tej powieści został przemyślany. Każde słowo wydaje się być na swoim miejscu. Niczego nie jest zbyt wiele, niczego również nie brakuje. Wspaniale opowiedziane, mądrze spisane. Historia, w której można się zatracić. Mocna, mroczna, szalona, ale również piękna w swej prostocie. Oddziałująca na wyobraźnię, wymagająca komentowania, inspirująca innych.

Za możliwość przeczytania powieści dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.