poniedziałek, 16 lipca 2018

John Grisham "Afera"




Autor: John Grisham
Tytuł: Afera
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 224
Gatunek: literatura młodzieżowa







W tym tygodniu Theo Boone musi podejść do testów standaryzowanych, których wyniki wpłyną na przyjęcie chłopca do szkoły średniej. Wyniki okazują się zaskakujące zarówno dla niego, jak i jego najbliższych, szczególnie, kiedy otrzymują oni wiadomość, że odpowiedzi do testów sfałszowano. Co rzeczywiście wydarzyło się w szkolnych murach? Czy przyszłość Theo została już przesądzona?




Choć cenię twórczość Grishama, nie miałam do tej pory do czynienia z jego utworami dla młodszych czytelników. Możliwość przeczytania „Afery” kojarzyła mi się więc przede wszystkim z poznaniem tego odmiennego nurtu jego pisarstwa. Czy autor sprawdza się także w młodzieżowym wydaniu?






Główny bohater tej powieści to Theo Boone, trzynastolatek, który od najmłodszych lat marzy o karierze prawnika. Rodzice chłopca prowadzą kancelarię, gdzie we własnym gabinecie spędza on czas po lekcjach. Nieobce są mu także posiedzenia sądu i wszelkiej maści przepisy prawne. I choć Theo co nieco, a może nawet sporo, z tej wiedzy prawniczej już przyswoił, to nie da się ukryć, że obecność nastolatka nadaje książce lekkości. Młodzieżowy ton łagodzi trudne meandry prawa, sprawiając, że całość wydaje się łatwiejsza w odbiorze i może przypaść do gustu nawet osobom, które zazwyczaj unikają podobnych treści.

Grisham w dużej mierze kojarzy mi się z, często skomplikowanymi, procesami sądowymi, głośnymi sprawami i ciężkimi tematami, które stanowią także dobry punkt wyjścia dla refleksji nad kwestiami bieżącymi i aktualnymi. I tym razem nie mogło być inaczej. Nieco krócej i w bardziej okrojonym wydaniu, a jednak na ciekawy temat, sprawiający, że niejeden czytelnik się zastanowi i weźmie sobie książkowy spór do serca. Prawdę mówiąc byłam zdziwiona, że pozornie lekka tym razem sprawa, mogła wywołać we mnie tak wiele sprzecznych uczuć.


„Afera” to także niewymagające spojrzenie na pracę prawników i proces sądowy, ale z myślą o młodszych czytelnikach dość skromne. Grisham napisał tę powieść w taki sposób, żeby tę młodzież zainteresować, przekonać, zaproponować jej coś ciekawego, ale nie zmęczyć i nie znużyć. Trochę przekornie i z przymrużeniem oka, lekko i przyjemnie. Nie znaczy to, że ta książka nie może trafić w ręce dorosłych. Po prostu nie wydaje mi się, żeby oni czerpali z niej taką samą czytelniczą radość i satysfakcję, ze względu właśnie na to dość pobieżne potraktowanie prawniczych kwestii.



Powieść czyta się szybko, czemu służy swobodny styl, stylizowany na młodzieżowy, nastoletni bohater, choć bystry, to jednak pozostający dzieckiem, a także duża czcionka i mała ilość stron. Grisham kierując swą książeczkę do  młodszych czytelników wiedział, że nie może ona przytłaczać oporną narracją, przydługimi opisami czy trudnymi sformułowaniami i postarał się, by pominąć obecność tych elementów.




„Afera” to lekka i przyjemna lektura w sam raz na jeden wieczór. Odpowiednia raczej dla miłośników twórczości Grishama, którzy jego książki akceptują w ciemno, nie krytykując przesadnie i nie doszukując się braków. Mnie pasuje taka, jaka jest.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Albatros.

sobota, 14 lipca 2018

Beata Pawlikowska "Śniadania świata"



Autor: Beata Pawlikowska
Tytuł: Śniadania świata
Wydawnictwo: Edipresse
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 512
Gatunek: książka kulinarna 








Nie spotkałam się wcześniej z twórczością Beaty Pawlikowskiej i być może nie nastąpiłoby to szybko, gdyby nie fakt, że stworzyła taką podróżniczo- kulinarną opowieść. Myśląc o zwiedzaniu świata, w dużej mierze poświęcam się fantazjom dotyczącym miejscowej żywności, możliwości poznawania nowych smaków i ulicznym przysmakom. Dlatego też nowa książka Pawlikowskiej okazała się dla mnie lekturą obowiązkową.

„Śniadania świata” to lektura lekka i bardzo przyjemna w odbiorze, za sprawą znakomitego połączenia krótkich tekstów i wspaniałych zdjęć. Z jednej strony autorka opisuje, co można zjeść w każdym z przedstawianych krajów, zwraca uwagę na nawyki żywieniowe mieszkańców i standardy śniadaniowe, nie szczędząc przy tym czytelnikom wskazówek i dobrych rad. Z drugiej wszystkie opisywane posiłki dokumentuje przy pomocy barwnych i zachęcających fotografii, ukazujących nie tylko posiłki, ale także ludzi i ich codzienność.  

Niektóre z opisywanych dań, to przysmaki, które są nam znane. W dzisiejszych czasach znalezienie somosy czy kupienie enchilady nie stanowi dużego wyzwania. Ale możliwość zjedzenia ich w krajach, w których stanowią podstawę żywienia, przygotowywane są z miejscowych składników, na oczach głodnych przechodniów… to już zupełnie co innego. Pawlikowska udowadnia, ze streetfood ma się bardzo dobrze, a takie jedzenie to coś, co każdy z nas powinien poznać podczas podróży. Co ciekawe, kryje się w tym pewien paradoks- hotele i miejsca przygotowane dla cudzoziemców kładą nacisk na śniadania kontynentalne- żywność, którą znamy, a przecież większość z nas chciałaby spróbować czegoś ichniego, miejscowego i egzotycznego.


Pawlikowska pisze krótko i na temat. Chętnie opisuje wady i zalety miejscowej żywności, dokumentując przy tym największe przysmaki i najgorsze wpadki. Jednocześnie, między wierszami, zachęca nas do zdrowej diety, zwraca uwagę czytelnika na istotną rolę śniadania w naszym codziennym życiu, opisuje swoje nawyki i przyzwyczajenia. Bardzo podoba mi się, że autorka nie robi tego w nachalny sposób, nie irytuje swoimi racjami. Po prostu zwyczajnie i po ludzku tłumaczy, jak zmiana odżywienia wpłynęła na jej samopoczucie i podejście do świata.

Między wizytami w kolejnych krajach mamy możliwość poznać ulubione przepisy autorki. Jej propozycje śniadaniowe to dania niezbyt wyszukane, dość proste, a przy tym zdrowe i pożywne. Sama od niedawna przekonuję się, że warto poświęcić nieco czasu na przygotowanie owsianki, rezygnując przy tym z prostych i powtarzających się kanapek. Dobrze wiem, że nie jest łatwo odżywiać się bezbłędnie, eliminując z diety szkodliwe czy bezwartościowe składniki. Wiem też, że nigdy nie będę miała tak silnej woli i samozaparcia, jak autorka. A jednak dzięki jej przepisom mogę nad tym swoim jadłospisem nieco popracować, mogę go wzbogacić i wypróbować nowe przepisy na późne weekendowe śniadania.

„Śniadania świata” to książka lekka, ale przy tym interesująca i pozwalająca nam przemyśleć to, w jaki sposób podchodzimy do tematu odżywiania. Pawlikowska próbuje nas nie tylko zaintrygować, ale również skłonić do refleksji, podkreślając, że to od nas należy, czy z tych wskazówek skorzystamy. Ja na pewno wypróbuję kilka przepisów, a do tej pięknie wydanej książki jeszcze nie raz wrócę.

Za możliwość kulinarnego poznania dalekich zakątków dziękuję Agencji BookSenso.

środa, 11 lipca 2018

Robert Dugoni "Na polanie wisielców"




Autor: Robert Dugoni
Tytuł: Na polanie wisielców
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 400
Gatunek: thriller/kryminał







Kiedy znajoma z akademii policyjnej prosi Tracy Crosswhite, by przejrzała akta starego śledztwa, ta nie waha się ani przez chwilę. Kobieta nie zdaje sobie jednak sprawy, jak wielkie emocje wzbudzi w niej ta historia i jak wiele energii będzie wymagało jej rozwiązanie. Co wydarzyło się na Polanie Wisielców 40 lat wcześniej?

Z Robertem Dugonim spotkałam się już dwukrotnie, przy okazji poprzednich powieści z detektyw Tracy Crosswhite. Spotkania te wspominam bardzo ciepło, w dużej mierze za sprawą głównej bohaterki, choć i kryminalne zagadki autora mocno mnie zaintrygowały. Liczyłam na to, że tym razem Dugoni wypadnie równie dobrze, a może nawet podniesie poprzeczkę.

„Na polanie wisielców” to umiejętne połączenie dwóch śledztw. Jedno z nich sięga 40 lat wstecz, zakłóca spokój poszkodowanych oraz igra z sumieniem winnych. Drugie wydaje się być sprawą na jedno posiedzenie, którą można szybko zamknąć, odkładając jej akta na półkę. Zagłębiając się w treść powieści, szybko przekonujemy się, że Dugoni oszczędza nam banałów i oczywistości, na ich miejsce oferując dobrze skonstruowane, a nawet powiedziałabym, że zawiłe kryminalne intrygi.



Podczas lektury poprzednich powieści z detektyw Crosswhite przekonałam się, że ich autor świetnie radzi sobie z budowaniem wartościowej, pełnej tajemnic i napięcia fabuły. Kolejny raz udowadnia, że jest w znakomitej formie, oddając czytelnikowi powieść, której nie można tak po prostu odłożyć na później, by poczekała na naszą wolną chwilę. Kolejne rozdziały sprawiają, że zaczynamy się w te sprawy angażować, podążając śladem bohaterów badamy tropy i snujemy własne teorie, próbując dowiedzieć się, co wydarzyło się w przeszłości i jakie tajemnice skrywa to niewielkie powieściowe miasteczko. Choć Dugoni stawia panią detektyw przed koniecznością rozwiązania dwóch spraw, nie mają one równej wagi. Czy to oznacza, że jedna z nich trąci banałem i osłabia wartość książki? Absolutnie nie.

Bardzo podoba mi się, w jaki sposób Dugoni realizuje fabułę, popychając akcję do przodu. „Na polanie wisielców” nie pozwala na nudę ani bohaterom powieści, ani czytelnikom. I jedni i drudzy mają ręce pełne roboty, bo możliwość poznania tajemnic i nazwisk sprawców nie pozwala nam na przerwę i zaczerpnięcie tchu. Czyta się szybko i niecierpliwie, zachłannie pożerając wzrokiem stronę za stroną. A Dugoni specjalizuje się w budowie napięcia, oszczędnie ujawnia kolejne szczegóły, podkreślając, że policyjne śledztwa rzadko kiedy pozwalają na bezbłędne wytypowanie sprawcy i natychmiastowe poznanie wszystkich zawiłości sprawy.

Autor zaprasza nas do świata, w którym nic nie jest takie, jakie się wydaje, a wszelkie ślady prowadzą na manowce, albo wprost na Polanę Wisielców. Co wydarzyło się tam 40 lat wcześniej? Dlaczego zastępca szeryfa zachował akta sprawy? Gdzie należy poszukiwać winnych? Te sprawy nakłaniają nas do zaangażowania i szukania rozwiązania na własną rękę. Dostarczają emocji, wymuszając porównanie powieści do innych utworów ukazujących się w podobnych klimatach. Czy takie zestawienia wypadają dla niej korzystnie? Jak najbardziej.


Dugoni świetnie radzi sobie także z przedstawieniem rzeczywistości funkcjonariuszy prawa. Jego bohaterzy są zaangażowani, silni, zdeterminowani do osiągnięcia celu. Szczególnie wypada jednak w tym  temacie detektyw Tracy Crosswhite- nieustępliwa, bystra i doświadczona pani detektyw, która stanowi jeden z najmocniejszych punktów historii pisanych przez Dugoniego. Chętnie jeszcze do niej wrócę przy następnej możliwej okazji.




Serdecznie polecam Wam ten tytuł. Sprawi on przyjemność fanom mocnych gatunków, jednak moim zdaniem odnajdą się w nim również osoby nieczęsto sięgające po kryminały czy thrillery. Książka czyta się właściwie sama.

Za możliwość przeczytania tego tytułu dziękuję Wydawnictwu Albatros.

wtorek, 10 lipca 2018

Tanya Valko "Arabski syn"



Autor: Tanya Valko
Tytuł: Arabski syn
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 608
Gatunek: literatura współczesna 








Choć nie miałam wcześniej do czynienia z twórczością Tanyi Valko, to słyszałam już na jej temat sporo dobrego. Ciepłe słowa uznania i tematyka, która jest mi bliska, a przede wszystkim pewien przypadek sprawiły, że swoja przygodę rozpoczęłam od najnowszej, siódmej już, części.

Tym, na co szczególnie trzeba zwrócić uwagę, jest fakt, że autorka na karty powieści przelała nie tylko swą wiedzą, ale także doświadczenie. Valko to arabistka, która znaczną część życia spędziła w krajach orientu, tworząc sobie tym samym wspaniałą bazę pod budowanie opowieści z egzotycznymi wątkami w tle. Dzięki temu jej powieść, choć mogłaby wydawać się nieco nierealna, z pewnością w dużej mierze odzwierciedla rzeczywistość kobiet żyjących w krajach arabskich, to co autorka naprawdę zobaczyła i usłyszała.


Za sprawą „Arabskiego syna” spotkałam się z autorką po raz pierwszy. Nieco się obawiałam, że w ten sposób zostanę przytłoczona przez nadmiar wątków i bohaterów, gubiąc się w zakątkach powieściowego świata. Dlatego też postarałam się co nieco o tej serii dowiedzieć wcześniej, czytałam również uważnie i ze skupieniem, dzięki czemu opowieść nabrała dla mnie jasności i przejrzystości. A ja nabrałam pewności, że warto do tej serii podejść od początku, nadrabiając poprzednie części.

Mam wrażenie, że bogactwo książkowych emocji wywołuje w tej książce zachowanie głównych bohaterek- Darii i Marysi. Podczas lektury nietrudno dojść do przekonania, że ich sposób postępowania, podejście do życia, kategorie oceny pewnych sytuacji sprawiają, że kobiety się diametralnie różnią. Nie chciałabym zdradzać zbyt wiele, śmiało mogę jednak powiedzieć, że decyzje podejmowane przez bohaterki nie pozwalają czytelnikowi na złapanie oddechu.



W powieści wiele się dzieje, akcja jest szybka, dynamiczna i płynna, co wywoła entuzjazm u znawców serii i ciekawość u tych dopiero, podobnie jak ja, te książki poznających. Wrażeń dostarcza też zmieniające się tło, bowiem autorka chętnie przemieszcza się pomiędzy różnymi krajami. Całość wypada kolorowo, egzotycznie, barwnie, głośno. Każdy szczegół wydaje się mieć znaczenie, a nadmiar wydarzeń nie przeszkadza, a wręcz zachęca, by w tę powieść się zaangażować, by te wydarzenia docenić, pokochać, na chwilę stać się ich uczestnikiem.

Bardzo lubię egzotyczne historie, pozwalające na dalekie literackie podróże. Interesuję się klimatem orientu i życiem kobiet w tamtych regionach. Dzięki temu spojrzałam na tę powieść nieco inaczej, przez pryzmat tego, co w literaturze rzeczywiście ma dla mnie znaczenie. I patrząc w ten sposób dotarłam do wielu istotnych informacji, zwyczajów, tradycji. Nie da się ukryć, że tamte regiony charakteryzują się zupełnie innym podejściem do życia i do człowieka, szczególnie zaś do kobiety- jej miejsca i jej obowiązków. Dla mnie taka tematyka jest istotna, ma znaczenie.

Cieszę się, że tego „Arabskiego syna” mogłam przeczytać i że na tę powieść zwrócono mi uwagę. To dość lekka, a przy tym zapadająca w pamięć lektura, cenna lekcja i zbiór ważnych informacji.     



Za możliwość przeczytania książki i piękną niespodziankę dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka. 

sobota, 7 lipca 2018

Dorian Malovic "Miłość made in China"




Autor: Dorian Malovic
Tytuł: Miłość made in China
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 352
Gatunek: literatura faktu 







Bardzo cenię wszelkiego rodzaju reportaże, choć zazwyczaj zwracam uwagę na te bardziej egzotyczne, pozwalające przenieść się do odległych miejsc i zaskakujących kultur. Idealnym miejscem na taką literacką podróż wydają się być Chiny, o czym przekonałam się śledząc uważnie materiały zebrane przez autora tej publikacji.

Biorąc do rąk „Miłość made In China” spodziewałam się lektury lekkiej w odbiorze, zakładając, że Malovic podszedł do tematu z dystansem, potraktował go raczej z przymrużeniem oka. I po części rzeczywiście tak jest. Nie zmienia to jednak faktu, że jego reportaż ogromnie mnie zaskoczył, za sprawą poruszonej w nim problematyki i głębokiego spojrzenia na tę tematykę z różnych stron. Nie spodziewałam się, że pod hasłem „rynek matrymonialny” może kryć się tak wiele.



Czy wiedzieliście, że w Chinach kobiety powinny wyjść za mąż do 25 roku życia, bowiem starsze określa się mianem resztek? Czy zdawaliście sobie sprawę, że w Chinach miłość regularnie zostaje spychana na dalszy plan przez bogactwo i wygląd zewnętrzny? Czy mieliście pojęcie o tym, że homoseksualiści zaskakująco często zakładają rodziny jedynie by spełnić „swój obowiązek” i wydać na świat potomka? Odpowiedzi na te pytania możecie znaleźć w tej publikacji, przy okazji poznając o wiele więcej interesujących informacji dotyczących życia w dzisiejszych Chinach.

Malovic opowiada niezwykle ciekawie. O agencjach matrymonialnych, które wzbogacają się dzięki rosnącej każdego dnia liczbie klientów. O ślubach odbywających się w zgodzie z twierdzeniem „postaw się, a nie daj się”. O targach ślubnych, na których handluje się kandydatami na małżonków niczym najpiękniejszymi pomarańczami. Tematyka ta robi wrażenie, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, jak dobrze autor publikacji przygotował się do jej napisania- jak daleko sięgnął w poszukiwaniu odpowiedzi, jak wiele ludzi poznał, do jakich społeczności wniknął, do jakich eksperymentów się posunął.

Autor „Miłości made In China” przeprowadził mnóstwo rozmów z kobietami, których los został w tym kraju przesądzony, czy to za sprawą przekroczonego wieku, czy z wyboru rodziców, czy dlatego, że urodziły się w takich, a nie innych okolicznościach. Zebrane przez niego historie zachęcają do tego, by tej książki nie wypuszczać z rąk, poznać lepiej kraj i obyczaj, poobcować nieco z tą nietypową społecznością.

Bardzo podoba mi się, że Malovic potraktował ten temat poważniej, odnosząc się do tego, o czym wszyscy słyszeli, ale nie wszyscy chcą mówić. Polityka jednego dziecka, konieczność wydania na świat potomka, założenie rodziny bez względu na wszystko, potrzeba posiadania syna i zwiększająca się w związku z tym dysproporcja między liczbą kobiet i mężczyzn. Co za tym idzie, na myśl nasuwa nam się również pewien paradoks- każdy chciałby mieć syna, więc dziewczynki chętnie się oddaje, skąd jednak wziąć później dla tego syna żonę?


Z reportażu wysuwa się zadziwiający obraz Chin, które zaskakują swoim poddańczym stosowaniem się do dziwnych i niezrozumiałych reguł, silną więzią z tradycją, dość smutną momentami obyczajowością. Nie zmienia to jednak faktu, że to wszystko jest szalenie ciekawe, po to wszystko warto sięgnąć tu i teraz właśnie za sprawą tej książki o chińskiej miłości.

Za możliwość poznania tego tytułu serdecznie dziękuję Wydawnictwu Znak.

czwartek, 5 lipca 2018

Magdalena Zimniak "Gra poza prawem"




Autor: Magdalena Zimniak
Tytuł: Gra poza prawem
Wydawnictwo: Prozami
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 384
Gatunek: literatura współczesna/ thriller






Ola i Dorota poznają się w dziwnych i zaskakujących dla każdej z nich okolicznościach- połączyła je zbrodnia. Przypadek sprawia, że rozpoczynają razem niepokojącą grę, której celem jest odnalezienie winnego tego koszmaru. Jak daleko mogą się posunąć i jak mocno wpłynie to na ich życie?




Moje pierwsze spotkanie z twórczością Magdaleny Zimniak miało miejsce w zeszłym roku, przy okazji premiery powieści „Odezwij się”. Tytuł ten na tyle mocno zapadł mi w pamięć, że z wielką ciekawością wyczekiwałam na kolejną książkę autorki. Z wielką radością muszę przyznać, że na takie powieści rzeczywiście warto czekać.





„Gra ponad prawem” to intrygujące połączenie literatury obyczajowej z subtelnym, kobiecym thrillerem. Takie zestawienie gatunków nadało fabule głębi i zwróciło uwagę czytelnika na kilka istotnych problemów. Moim zdaniem niełatwo taką akcję dograć, sprawić, by w książce sporo się działo, a przy tym nie została ona przegadana i zbytnio stonowana na rzecz wątków obyczajowych. Zimniak znakomicie udało się jednak ukazać największe zalety obydwu gatunków i przybliżyć je czytelnikowi na kolejnych stronach powieści.

Dzięki temu z jednej strony mamy szansę na nowo rozprawić się ze znanymi i lubianymi motywami charakterystycznymi dla literatury kobiecej, jak trudne relacje łączące matkę z dzieckiem, odrzucenie ze strony rodzica, mroczna przeszłość. Z drugiej zaś strony podążamy tropem zbrodni zarysowanej na początku przez autorkę. Choć rzadko mi się to zdarza to naprawdę nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń do wątków poruszanych w powieści, sposobu, w jaki została zrealizowana fabuła i połączenia ze sobą poszczególnych motywów. Świetnie to wszystko zagrało, sprawiając, że lektura książki okazała się prawdziwą czytelniczą przyjemnością.

Zimniak uczyniła swą powieść wyjątkowo kobiecą, przedstawiając nam kolejno trzy bohaterki i zwracając naszą uwagę na problemy, z jakimi każda z nich się zmaga. Takie poprowadzenie fabuły zawsze wypada dla mnie na plus, pozwala bowiem czytelnikowi spojrzeć na sprawę z różnych perspektyw i wyrobić sobie zdanie na temat każdej z książkowych postaci. Warto również dodać, że bohaterki wykreowane przez autorkę to sylwetki złożone, złamane przez przeszłość, z dość skomplikowanym podejściem do życia i zadziwiającym momentami spojrzeniem na pewne tematy.

Oddanie głosu wszystkim bohaterkom sprawia, że płynnie przechodzimy od jednego rozdziału do drugiego, z wielka ciekawością obserwując rozwój akcji i zmiany, które zachodzą w nich samych. Krótkie rozdziały, lekki styl, możliwość postawienia się na miejscu tych kobiet- te elementy sprawiają, że nawet nie zauważamy, jak szybko upływa nam czas poświęcony powieści. Czyta się wyjątkowo dobrze, z wielką uwagą i czytelniczą zachłannością, zastanawiając się, jak ta historia może się skończyć i nieudolnie próbując poznać wszystkie jej sekrety.

„Gra poza prawem” to świetny przykład na to, że polska literatura ma się dobrze, a polskim autorom warto ufać, bo nie raz i nie dwa mogą nas jeszcze zaskoczyć. Gdybym musiała wybrać między tym tytułem, a poznanym uprzednio „Odezwij się”, bez chwili wahania oddałabym mój głos na nową książkę Zimniak. Można jej zaufać w ciemno.

Za możliwość przeczytania powieści dziękuję Wydawnictwu Prozami.

wtorek, 3 lipca 2018

Mark Sullivan "Pod szkarłatnym niebem"



Autor: Mark Sullivan
Tytuł: Pod szkarłatnym niebem
Wydawnictwo: Edipresse
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 560
Gatunek: biografia/ literatura współczesna 







Giuseppe Lella dorósł z dnia na dzień. Młody mężczyzna pojawił się na miejscu żywiołowego chłopca, marzenia o malinowych dziewczęcych ustach zastępując koniecznością niesienia broni i pomocy. Przez blisko dwa lata młody Pino poświęcił się dla swego kraju na wiele różnych sposobów. A Mark Sullivan postanowił opowiedzieć o nim i wojennych czasach tak, jak potrafił najpiękniej.

Ze względu na zamiłowanie do powieści wojennych oraz tych z wojną w tle i szacunek dla biografii ludzi, o których warto pisać i warto czytać, postanowiłam sięgnąć po ten tytuł bez większego namysłu. Mówiąc szczerze, wciąż będąc pod wpływem emocji, jakie wywarła na mnie książka, chciałabym podkreślić, że to był wspaniały wybór, nie pozwalający mi podczas czytania na chwilę zawahania czy niepotrzebne przystanki.

Książki odwołujące się do tematyki wojennej zawsze budzą w czytelniku sporo wzruszeń i uczuć, z którymi niełatwo się zmierzyć. Tym razem jednak, ze względu na fakt, że historia Pina Lelli miała miejsce w rzeczywistości, uderzyła ona we mnie jeszcze mocniej i jeszcze bardziej zapadła w pamięć i rozgościła się w sercu. Jestem pewna, że ta opowieść o chłopcu, tak szybko stającym się mężczyzną, w tak ciężkich czasach żegnającym młodość, tak bardzo oddanym kwestiom pomocy innym ludziom, poruszy niejednego z Was, sprawiając, że spojrzy na pewne sprawy inaczej. Przeanalizuje to, co ma. Doceni każdy dzień. A może nawet poszuka więcej informacji na temat Giuseppe Lelli.

To jedna z takich osób, o których zwyczajnie trzeba pisać, pamiętać, rozmawiać. Kiedy uświadomiłam sobie, że trzymam w rękach tak niezwykłą biografię, poczułam nie tylko ciekawość, ale także oszołomienie i pewna dozę zachwytu, ciesząc się niezmiernie, że jej autor poświęcił tak wiele, by to dzieło stworzyć. Już w przedmowie Sullivan zaskakuje nas informacjami na temat powstania powieści, opowiada o swoich spotkaniach z Pinem, o tym, ile wysiłku i czasu włożył w odtworzenie życia tego pięknego człowieka oraz osadzenia go w wojennej rzeczywistości. Giuseppe opowiedział swoją historię pierwszy raz, po wielu latach odkąd miała ona miejsce. Choć wspomnienia w jego pamięci wciąż były żywe, niektóre szczegóły miały prawo mu umknąć. A jednak autor zrobił wszystko co było w jego mocy, by tę opowieść oddać w sposób szczery, autentyczny, z zachowaniem historycznych faktów i dbałością o istotne wydarzenia. 

Mając to na uwadze, do lektury powieści zabrałam się niecierpliwie i zachłannie. Choć momentami rwała moje serce na strzępy, to nie miałam chęci się od niej odrywać. Choć czasami kolejne strony poznawałam z wielkim trudem, to brnęłam w tę historię bez opamiętania. Choć opisy miejsc i ludzi zaskakiwały, a fakty budziły we mnie szaleństwo, byłam gotowa, by temu sprostać. Nie będę ukrywać, że to lektura bardzo wymagająca, szalenie trudna, okropnie przewrotna i niebezpiecznie emocjonalna. Nie przesadziłabym, gdybym powiedziała, że to utwór dla czytelników o mocnych nerwach. Bo na kartach powieści niewątpliwie przedstawiono horror, chorobliwie prawdziwą opowieść, która mimo że pasuje do największych koszmarów, wydarzyła się przecież naprawdę.

Sullivan opowiada o życiu Giuseppe pięknie, z pewną dawką wrażliwości i pewna dozą szacunku. Spisując przedstawioną mu przez Pina historię, dobrze wiedział, że ma do czynienia z bohaterem, a świadomość tę przelał na karty powieści, sprawiając, że i nam udzielają się emocje tych dwóch mężczyzn- na nowo przeżywającego i tak umiejętnie spisującego. Ciężar książkowych wydarzeń, odnośniki do historii, opisywane okropieństwa sprawiają, że lektura budzi różnorodne uczucia i nie pozwala o sobie tak zwyczajnie zapomnieć. Szczególnie, że jej gabaryty przykuwają nas o niej na kilka długich dni. Dni wymagających wytrwałości, uwagi, skupienia. Ale zapewniam Was, że w moim odczuciu warto podarować jej każdą minutę.



Przedstawienie tej historii całkowicie mnie oszołomiło, a sylwetka Pina mocno wryła się w moją pamięć. Choć przygoda ta odbiła się na mnie bardzo emocjonalnie, to przypomniała mi także, dlaczego kocham czytać. Zupełnie zatraciłam się w opowieści o młodym Giuseppe, na własnej skórze czując jego odwagę, gotowość do poświęceń, gorycz porażek i łzy będące skutkiem rozczarowań. Przez kilka dni żyłam z nim i dla niego.



„Pod szkarłatnym niebem” to jedna z tych powieści, o których można dużo powiedzieć, jeszcze więcej przy tym przemilczając. U każdego z Was wywoła ona ogrom emocji, których nie sposób tak zwyczajnie opisać. Z pewnością jednak nie pozwoli na obojętność.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Agencji BookSenso. 

niedziela, 1 lipca 2018

Silvia Soler "Lato, które się zaczyna"




Autor: Silvia Soler
Tytuł: Lato, które się zaczyna
Wydawnictwo: Kobiece
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 270
Gatunek: literatura współczesna 







Elwira i Roser były najlepszymi przyjaciółkami. Od zawsze i na zawsze. Razem przeżywały wszystkie najważniejsze wydarzenia, w tym samym czasie zaszły również w ciążę. Marzyły, by ich dzieci także łączyło szczególne uczucie…


Już na samy wstępie muszę przyznać, że „Lato, które się zaczyna” szalenie mnie zaskoczyło. Po okładce i krótkim streszczeniu tej historii spodziewałam się opowieści dość lekkiej, przyjemnej, jednym słowem- dobrej na lato. Nieczęsto sięgam po miłosne historie, a jednak w książce Soler dopatrzyłam się takiej, która mogłaby mi się spodobać. Tymczasem na każdym kroku przekonywałam się, że ta opowieść jest zupełnie inna, niż sobie wyobrażałam.



Przede wszystkim absolutnie nie można powiedzieć, by fabuła stworzona przez autorkę należała do lekkich, prostych i przyjemnych. Nie można jej również zaliczyć do niewymagających opowiastek o miłości łączącej głównych bohaterów. Soler przedstawia nam historię Julii i Andrew od momentu ich narodzin do czasu, kiedy obydwoje kończą 50 lat. Na książkowych stronicach mamy okazję przyjrzeć się ich wyborom, decyzjom kształtującym życie, a w dużej mierze również łączącej ich niezwykłej przyjaźni, której nie można by niczym zastąpić. Wydawało mi się, że celem autorki będzie ukazanie relacji łączących głównych bohaterów, ukazanie wzajemnego magnetyzmu, zaufania, a także pożądania. Tymczasem otrzymujemy uroczą opowieść o ludziach, którzy zawsze mieli siebie na wyciągnięcie ręki, zawsze byli obok, a choć miłość czekała tuż za rogiem pokonali daleką drogę, by jej skosztować.

Spotkałam się z wieloma zarzutami wobec tej powieści, których w dużej mierze nie rozumiem i ciężko zgodzić  mi się ze wskazywanymi niedociągnięciami. Tym, który najbardziej zapadł mi w pamięć, jest minimalna liczba dialogów w powieści. W tym miejscu mam chęć zadać kilka pytań. Czy dialogi rzeczywiście świadczą o wartości powieści? Czy ich niewielka ilość sprawia, że traci ona w oczach czytelnika? A może to w pewien sposób pójście na łatwiznę? Soler rzeczywiście operuje dialogiem bardzo oszczędnie, zamiast niego kierując się opisem miejsc i przeżyć bohaterów. Być może dzięki temu książka zyskuje nieco cięższy charakter, ale warto jest poświęcić czas i uwagę, by tę historię poznać.

Autorka pisze w piękny, bardzo obrazowy i plastyczny sposób. Co ciekawe, nie dotyczy to jedynie miejsc i powieściowych nadmorskich obrazów. Ona w ten sposób opisuje również uczucia, refleksje i namiętności bohaterów. Soler wykorzystuje bardzo płynny i emocjonalny język. Każde słowo stanowiące część jej opisów ma wielkie znaczenie i sprawia, że przekazywana historia nabiera wielkiej mocy. Nie spodziewałam się, że mogę tak się w tę lekturę zaangażować, ale w jakiś przewrotny sposób, zarzuty kierowane pod jej adresem, pozwoliły mi zwrócić uwagę, na to, co rzeczywiście ma w niej znaczenie. Siłę Soler nie stanowi jedynie ta historia, ale sposób, w jaki potrafiła ją przekazać czytelnikowi.

Autorka bardzo wnikliwie porusza się w obrębie świata książkowych bohaterów. Można by powiedzieć, że to książki, jakich ukazało się już mnóstwo. A jednak mnie ona kupiła. Stylem, sposobem opisywania poszczególnych sytuacji oraz narracją. Podoba mi się, że każdy rozdział posuwa nas w historii bohaterów o kilka lat do przodu, pokazując upływ czasu, a jednak nie przedłużając niepotrzebnie i nie nużąc. W tej krótkiej historii ukryte zostało 50 lat, kryjących przepiękne i jakże życiowe opowieści. Soler stawia na samo życie, kierując się realizmem i wartościami znanymi i  cenionymi przez czytelników. Zbiór poruszanych w poszczególnych rozdziałach tematów stanowi urokliwą, słodko- gorzką mieszankę życiowych prawd, które stają nam się bliskie wraz z poznawaniem kolejnych wydarzeń z życia bohaterów.

A oni sami? Julia i Andrew to ludzie po przejściach. Na łamach książki nie tylko dojrzewają, ale też błądzą, szukają rozwiązań, mierzą się z konsekwencjami. Autorka nadała im bardzo ludzkie oblicze, nie szczędząc wad i pomyłek i sprawiając, że dzięki temu czytelnik patrzy na nich trochę inaczej, błądząc myślami między własnymi wspomnieniami.

„Lato, które się zaczyna” mile mnie zaskoczyło. Okazało się bardziej ambitną, wymagającą i obfitującą w treści lekturą, niż mogłabym się spodziewać. Czasami warto się przekonać, co kryje się za słodką i uroczą okładką.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.

sobota, 30 czerwca 2018

CZERWIEC NA ZDJĘCIACH

Nie mogę uwierzyć, że właśnie nadszedł koniec czerwca. Czy tylko mnie czas leci tak szybko? Na szczęście za moim oknem przeważa ładna pogoda, a wylegiwanie się na kocyku sprzyja pochłanianiu kolejnych książek :) 




A jaki był Wasz czerwiec?

czwartek, 28 czerwca 2018

Janie Chang "Droga smoczych źródeł"




Autor: Janie Chang
Tytuł: Droga smoczych źródeł
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 424
Gatunek: literatura współczesna 








Kiedy Jialing miała siedem lat, matka zostawiła ja na pastwę losu. Dziewczynka została służącą u nowych właścicieli zamieszkiwanej wcześniej z rodzicielką posiadłości i każdego dnia zmuszona była zmagać się z byciem zazhong- dzieckiem nieposiadającym czystej chińskiej krwi. Jej rosnąca latami tęsknota za matką przypada na trudne czasy pierwszych lat republiki chińskiej.


Z wielką przyjemnością sięgam po tak niebanalne powieści, jak „Droga smoczych źródeł”. Interesujące tematycznie, a przy tym egzotyczne i wyróżniające się na tle książek wydawanych każdego dnia. Spoglądając na okładkę, a następnie rozpoczynając pierwszy rozdział głęboko wierzyłam, że będzie to jeden z najlepszych wyborów czytelniczych ostatnich tygodni. Nie pomyliłam się ani odrobinę.





Chang zabiera nas w niezwykłą podróż, cofając się przeszło sto lat wstecz. Wraz z główna bohaterką powracamy do Chin, których siła zdawała się tkwić w pierwszoplanowej roli tradycji, potędze wiary i przekonaniu, że chiński naród jest najlepszy i niepowtarzalny. Autorka w mocny i zdecydowany sposób odwołuje się do wierzeń kolejnych pokoleń, wplatając w poszczególne wydarzenia elementy charakterystyczne dla ludzi żyjących w tamtych czasach. Odwołanie się do tradycji, ukazanie jej mocnych i słabych stron, zwrócenie uwagi na stereotypy, podkreślenie siły przyzwyczajeń, pewne zacofanie, a przy tym niepokojąca nowoczesność… Połączenie takich kwestii sprawia, że ta powieść zasługuje na miano prawdziwej perełki.

Kilkakrotnie miałam okazję, za sprawą literatury, poznać nieco lepiej system chińskich wierzeń i przyjętych obyczajów. Mimo że wiele z nich mnie szokuje, to jednocześnie są na tyle interesujące, że zwyczajnie lubię do nich wracać. Bandażowanie stóp, konieczność urodzenia męskiego potomka, prawo do poślubienia kilku żon i posiadania kochanek, utrudnienie kobietom dostępu do edukacji, przekonanie, że powinny zajmować się domem- jednym słowem wynoszenie mężczyzny na piedestał i spychanie kobiety na margines. Dla mnie to tematyka bardzo zajmująca i dająca do myślenia, coś, z czym zawsze chętnie się zmierzę. Dlatego też informacje zawarte w książce są dla mnie bardzo cenne, mają niezwykłą wagę.

Pierwszoosobowa narracja pozwala nam lepiej poznać uczucia i refleksje głównej bohaterki. Jialing zmaga się ze sobą i światem na naszych oczach. W kolejnych rozdziałach dojrzewa, akceptuje smutne prawdy, ocenia siebie z różnych perspektyw. Wydaje się, że to tematyka dość popularna, niewnosząca nic nowego, jednak obsadzenie fabuły w „dawnych” Chinach nadaje jej świeżości, wprowadza do opowieści nutę egzotyki. A kiedy dodamy do tego fakt, że dziewczynki nie sposób nie polubić, to otrzymujemy prosty przepis na zgrabną i ujmującą historię.

„Droga smoczych źródeł” to książka bardzo emocjonalna, refleksyjna i oparta na wielu życiowych prawdach. Chang chętnie korzysta z chińskich przekonań i z tamtejszej tradycji, sprawiając, że oferowana przez nią opowieść nie tylko ciekawi, ale również skłania do innego spojrzenia na pewne sprawy. Ta powieść to bogate skupisko interesujących tematów, które mimo upływu lat wciąż są aktualne i na czasie, w dalszym ciągu zaskakują, szczególnie, że Chang podchodzi do nich w bardzo przenikliwy i szczery sposób, nie zachowując przy tym zbędnego dystansu i nie chowając się za żadnym tabu.

Ta książka całkowicie skradła moje serce. Czytałam ją z wielkim zachwytem, ani na chwilę nie mając ochoty się od niej oderwać. To jedna z tych powieści, o których można wiele powiedzieć, ale i tak cały czas towarzyszy nam przekonanie, że o czymś zapomnieliśmy, wciąż coś jeszcze przychodzi nam do głowy, a po czasie z refleksji wyłaniają się kolejne zalety opowieści. Naprawdę warto poświęcić jej czas, jestem pewna, że nikt z was nie poczuje się zawiedziony.   

Za możliwość poznania tej historii dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.

środa, 27 czerwca 2018

Jak zaskakuje mnie Prószyński?

Czy wyobrażacie sobie większe szczęście dla każdego książkowego mola niż tajemnicza książkowa przesyłka? Każda powieść zasilająca półkę przynosi wiele radości, a co dopiero, kiedy towarzyszą jej drobne niespodzianki czy upominki. W zeszłym tygodniu, przy okazji otrzymania intrygującego "ostrzeżenia" od wydawnictwa Prószyński, uświadomiłam sobie, że to właśnie to wydawnictwo najczęściej zaskakuje mnie niespodziewanymi przesyłkami. Kilka z takich nieoczekiwanych niespodzianek uchwyciłam na zdjęciach :)



Tajemnicze "ostrzeżenie" (odnoszące się do tytułu jednej z lipcowych zapowiedzi).



Przedpremierowa "Nora" z piękną maską.



Jeden ze świetnych thrillerów, otrzymany przedpremierowo z solidną podkładką.



Przepięknie zapakowana powieść klubu "Kobiety to czytają", z mazakiem-strzykawką.



I najciekawszy zestaw, czyli książkowa torba i zdjęcie autorki z autografem gratis :)



Bardzo się cieszę, że mam szansę otrzymywać takie niespodzianki. Przy okazji, taki sposób promowania książek i pomysłowość osób za te kwestie odpowiedzialnych, robi duże wrażenie. 

A co Wy o tym myślicie?

Kto nie lubi takich niespodzianek :) ?