poniedziałek, 31 lipca 2017

LIPIEC na zdjęciach

Mój lipiec był dość mroczny. Mówi się, że lato to czas na lekkie i przyjemne lektury, a mnie tymczasem przyciągają kryminały i książki poważne. Obyło się bez większych zgrzytów :)



A jaki był Wasz lipiec?



niedziela, 30 lipca 2017

Wiedzieć więcej



Autor: Alice Walker
Tytuł: Kolor purpury
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 248
Gatunek: literatura współczesna 






Celia od małego była bita i wykorzystywana, kolejno przez męża i ojca. Kobieta nie zna innego życia i nie liczy na to, że jej los może się poprawić. Listy otrzymywane od siostry z Afryki i niebanalne znajomości uświadamiają jej, że nie wszystko stracone. Wystarczy po prostu wziąć sprawy w swoje ręce. 

Po klasykę nie sięgam zbyt często, choć często powtarzam sobie, że powinno się to zmienić. Na „Kolor purpury” trafiłam przy okazji przeszukiwania półek, nie mogąc się zdecydować, co miałabym ochotę przeczytać. Przyznam, że lektura okazała się dobrym wyborem, choć niekoniecznie na letnią porę czy wolny, leniwy weekend.

Wraz z autorką przenosimy się do Georgii lat trzydziestych. Do czasów, które niewielu chciałoby poznać lub do nich powrócić, szczególnie zaś gdy mowa o Afroamerykanach- głównych bohaterach tej powieści. Już pierwsze strony uświadamiają czytelnikowi, że nie będzie to lektura łatwa, lekka i przyjemna, o czym świadczy zbudowanie fabuły wobec dwóch istotnych problemów. Pierwszy z nim to rasizm, temat wciąż aktualny i kłopotliwy. A co dopiero prawie 100 lat temu? Książkowi bohaterowie musieli radzić sobie z nim na co dzień, a autorka ukazuje ich trudy i znoje z wielką pieczołowitością, niemalże na każdym kroku podkreślając, jak często Afroamerykanie znajdowali się na przegranej pozycji ze względu na kolor skóry, którego przecież sami nie wybrali. Bardzo smutne, szalenie bolesne, głęboko krzywdzące i upokarzająco niesprawiedliwe.

Drugim z istotnych w tej powieści tematów jest podejście do kobiet, próba ich zmarginalizowania i zepchnięcia na gorszą pozycję. Powieściowi ojcowie, mężowie, bracia mogą zrobić z nimi, co tylko im się zamarzy, byleby wymusić posłuszeństwo i podkreślić swoją dominację. Choć temat ten został ukazany subtelniej, niż można by się spodziewać, i tak wzbudził we mnie wiele przykrych emocji. Nigdy nie będę potrafiła przejść nad takimi sytuacjami do porządku dziennego, zwłaszcza, że mam przecież świadomość, iż takie rzeczy w dalszym ciągu zdarzają się zaskakująco często. Cieszę się, że Walker przedstawiła ten temat w sposób możliwie delikatny i umiarkowany, nie zahaczając o przesadną brutalność.

Powieść ta skupia się przede wszystkim na kobietach. To one stanowią tutaj zarówno pierwszy plan, jak i tło. To one ukazują siłę i słabość, zacofanie i postęp, mądrość i głupotę, miłość i nienawiść. Każda z nich uczy, wzrusza, wywołuje refleksje, nie pozwalając czytelnikowi pozostać obojętnym wobec podejmowanych przez nią decyzji. Jedne polubiłam bardziej, inne nieco mniej. Niewątpliwie jednak wszystkie odegrały w tym spektaklu istotną, niepowtarzalną rolę. Walker wykreowała postacie realistyczne, pełnokrwiste i charyzmatyczne. Bohaterki, które można pokochać. Miałam wrażenie, jakbym czytała o kobietach przeniesionych na strony powieści z prawdziwej codzienności, tak mocno wyczułam realizm i książkową głębię.

Trzeba również dodać, że autorka w niesamowity sposób oddała klimat Georgii tamtych lat, szczególnie poprzez książkowe postacie i ich decyzje. Każdy szczegół powieści został dopracowany. Bohaterzy zależnie od swojej roli czy społecznego statusu posługują się różnym językiem. Proste i błędne słowa jednoznacznie kojarzą się z biedą i brakiem wykształcenia, poprawność i językowe bogactwo kierują w stronę pieniędzy. Łatwo odczytać to można także w stroju książkowych postaci , ich sposobie zachowania. Walker z wielka drobiazgowością oddała podział na białych i czarnych, a także różnorodność klas społecznych. Odmalowała intrygujące społeczeństwo, zdeterminowane przez kolor skóry, wykształcenie i grubość portfela.

Autorka pisze bezkompromisowo, nie obawia się tabu, wysoko stawia sobie poprzeczkę, sprawiając, że książka staje się dość dużym wyzwaniem. Co ciekawe, oprócz tych dwóch istotnych tematów pojawiają się kolejne, równie ciekawe i niemniej ujmujące. Książkę czyta się lekko i szybko, w dużej mierze za sprawą formy dziennika pisanego przez główną bohaterkę. To jedna z tych powieści, które szybko się kończą, ale zostają w pamięci na dłużej. 

piątek, 28 lipca 2017

O Wojnie trochę inaczej



Autor: Charles Belfoure
Tytuł: Paryski architekt
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 384
Gatunek: literatura współczesna








Wojenna codzienność nie sprzyja Lucienowi. Choć młody i ambitny, ma problem ze znalezieniem pracy w zawodzie architekta i zapewnieniem przetrwania sobie i małżonce. Niecodzienna propozycja sprawia, że mężczyzna zaczyna patrzeć na pewne sprawy inaczej. Jeśli zgodzi się przygotować dobrą kryjówkę dla Żyda, oprócz wysokiego wynagrodzenia otrzyma wymagające zlecenie. Luciena nie obchodzi los Żydów, przynajmniej nie na początku tej historii. Jak potoczą się jego dalsze losy?

Po „Paryskiego architekta” sięgnęłam z jednego, istotnego dla mnie powodu- potrzebę sięgnięcia raz na jakiś czas po książkę dotyczącą wojennych realiów. Wydaje mi się, że każdy z nas powinien na ten temat co nieco wiedzieć, a każda powieść skupiająca się na wojennej tematyce w pewien sposób nas wzbogaca, uwrażliwia i pozwala docenić to, co mamy. Dokładnie tak było w przypadku tytułowego architekta. Mimo że książka nie jest oparta na faktach, ukazuje ciężkie czasy, w których przyszło żyć ówczesnym ludziom, tak dobrze, jak te wykorzystujące historyczną prawdę.

Belfoure zaprasza nas do świata smutnego, przepełnionego emocjami, ludzkimi niepokojami. Nic dziwnego- czasy i okoliczności niegodne są pozazdroszczenia. Autor przedstawia te cierpkie okoliczności z wielkim wyczuciem i pewnym dystansem. Bardzo dobrze wyczuwalny jest klimat wrogości wobec Żydów, społeczne lęki, dni przepełnione udręką. A jednak temat ten nie został przerysowany, naładowany zbędną agresją, wypełniony wyolbrzmionym przerażeniem. Odniosłam wrażenie, że Belfoure oferował nam dokładnie tyle, ile jesteśmy w stanie znieść, nie wystawiając na próbę naszej wrażliwości. Nie torturując nas opisami wydarzeń, z którymi nie potrafilibyśmy się pogodzić, oprócz tego, co tak rzeczywiste i wiadome.

Jak można się domyślić największe znaczenie w tego typu powieści mają ludzkie charaktery. To w ludzkim umyśle budzą się pomysły tak brutalne i krzywdzące, które następnie ludzką ręką zostają zrealizowane. Książkowe postacie ciężko jednoznacznie ocenić. Praktycznie każda z nich cechuje się pewna dozą egozimu, nie zawsze zdrowego i uzasadnionego. Ciężkie czasy determinują ludzkie zachowanie, a niełatwe poranki usprawiedliwiają niektóre decyzje. Jak to jednak bywa w przypadku takich okoliczności i bohaterzy i czynione przez nich kroki pozostawiają nam pole manewru w przypadku oceny ich i snucia refleksji, co my zrobilibyśmy na ich miejscu. Postacie wykreowane przez Belfoure ciężko ocenić jednoznacznie, podział na dobrych i złych zwyczajnie się nie sprawdza, szczególnie w przypadku głównego bohatera.

Lucien wzbudził we mnie wiele sprzecznych emocji. Czasami rozumiałam, a nawet popierałam jego decyzje. W niektórych przypadkach nie pozostawił mi wyboru- nie mogłam ich uszanować. W moim mniemaniu to postać tragiczna, skrzywdzona przez czasy i okoliczności. Nie można w ten sposób go usprawiedliwiać, łatwiej jednak zrozumieć. Co bardzo mnie ucieszyło, mężczyzna zmieniał się na moich oczach. Zrozumiał, co jest rzeczywiście ważne, jego postępowanie zaczęło być istotne dla innych. Trudno było go nie polubić.

Autor pisze tak, jak można, czy wypada pisać o wojnie. Możliwie lekko, ale z rozwagą, powagą i szacunkiem dla człowieka. Powieść czyta się dobrze, choć ze względu na temat niełatwo. Spotkałam się z opiniami, że książka jest przewidywalna, przez co jej wartość maleje. Nie do końca mogę się z tym zgodzić. Rzeczywiście łatwo jest wywnioskować, co sie wydarzy i jakie decyzje podejmą bohaterzy, ale w tej przewidywalności kryje się pewna nadzieja i potrzebna dawka optymizmu, a mnie to wystarcza.


  

czwartek, 27 lipca 2017

Book Tour z książką "Pójdę do jedynej"

Kilka tygodni temu przeczytałam powieść Kasi Bulicz- Kasprzak "Pójdę do jedynej". Było to moje pierwsze spotkanie z autorką i wciąż bardzo ciepło je wspominam. Dziś chciałabym zaproponować Wam udział w book tourze, dzięki któremu zdobędziecie okazję poznania tej powieści.



REGULAMIN AKCJI:
1) Zgłoszenia proszę przesyłać na maila pod adres: rudarecenzuje@gmail.com. W zgłoszeniu proszę napisać dane do wysyłki oraz adres Waszego bloga.
2) Książkę przesyłacie do kolejnej osoby listem poleconym ekonomicznym (najlepiej zachowajcie na jakiś czas potwierdzenie wysłania)- szkoda, żeby książka zaginęła po drodze.
3) Nie wyznaczam terminu przeczytania, bo to zwyczajnie się nie sprawdza. Chciałabym jednak, żeby każdy z Was przeczytał, zrecenzował i wysłał powieść dalej w ciągu miesiąca. 
4) Proszę, żeby każda osoba biorąca udział w akcji i recenzująca książkę na swoim blogu napisała, kto jest organizatorem i zrobiła zdjęcie (niobowiązkowe, ale wskazane :).
5) Zostawcie po sobie ślad. Możecie zaznaczać cytaty, napisać lub narysować coś w wolnym miejscu, kolorowe karteczki również mile widziane.  
6) Nie wysyłam książki za granicę.

W przypadku pytań proszę o kontakt mailowy- rudarecenzuje@gmail.com.

Zapraszam do udziału w zabawie :)


środa, 26 lipca 2017

Artur Urbanowicz "Grzesznik" [recenzja przedpremierowa]



Autor: Artur Urbanowicz
Tytuł: Grzesznik
Wydawnictwo: GMORK
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 473
Gatunek: powieść gangsterka/horror 







Suchy rządzi Suwałkami od wielu lat. Jego bandycka zgraja pojawia się na każde kiwnięcie palcem, mieszkańcy miasta wolą schodzić mu z oczu. Pewnego dnia coś jednak idzie nie po jego myśli. Mężczyzna zapada w śpiączkę. A wybudzenie z niej to dla niego nowy początek... niekończącego się koszmaru.

Z natury jestem bojaźliwa, a ślady oglądanych filmów i zasłyszanych historii odcisnęły trwałe piętno na mojej psychice. Nigdy nie spoglądam w lustra w nocy, zdarza mi się, że po zgaszeniu światła odległość do łóżka pokonuje biegiem, nie czuję się komfortowo w ciemności. Ale fabuły książek Urbanowicza wydały mi się na tyle intrygujące, że postanowiłam spróbować pokonać swój strach i zmierzyć się z towarzyszącymi mi obawami. Poprzednia powieść autora- „Gałęziste”- mocno zapadła mi w pamięć, dlatego też za lekturę Jego najnowszej książki zabrałam się z wielką niecierpliwością.

Urbanowicz wprowadza nas w gangsterski świat z wielkim rozmachem. Choć we wprowadzeniu zapewnia, że na Suwałkach żadna mafia nie istnieje, to ciężko uwierzyć, że nigdy nie miał z nią do czynienia. Opisy zachowań gangsterów, walki między przestępczymi grupami, mafijne porachunki, większe i mniejsze zbrodnie przedstawione zostały bowiem tak interesująco i realistycznie, jakby autor miał w nich swój udział, a przynajmniej obserował je zza rogu. Szalenie przypadł mi do gustu ten mroczny i przepełniony agresją świat, wypełniony po brzegi mrokiem, splamiony krwią. Uwielbiam takie ciężkie klimaty i świetnie czułam się w rzeczywistości wykreowanej przez autora, choć czasami brutalność stworzonych przez niego postaci zapierała mi dech.

Powieściowi gangsterzy są dokładnie tacy, jacy wedug mnie powinni być. Szybcy i wściekli. Dumni i honorowi. Dbający o swoje interesy, znajomości i przywileje. Mocni w gębie, a jeszcze mocniejsi w pięściach. Silni, fizycznie i psychicznie. Żaden z bohaterów ani razu mnie nie zawiódł. Nigdy nie czułam się rozczarowana czy znużona ich postępowaniem, a podejmowane przez nich decyzje działały na moją wyobraźnią i nie pozwalały oderwać się od powieści. Urbanowicz wykreował bardzo dynamiczne, charakterne i zapadające w pamięć postacie. Naznaczył je ludzką ułomnością i dużą dozą realizmu. Pod tym kątem nie mogę mu niczego zarzucić.

Od pierwszych stron wiele się dzieje, a z czasem akcja nabiera rozpędu. Momentami autor pozwala sobie na chwilę oddechu i wyhamowanie, wplatając w fabułę nieco spokojniejsze i bardziej przyziemne sceny. Każda z nich jednak jest potrzebna, stanowi kolejny fragment składający się na tak, moim zdaniem, istotne w tego typu powieściach obyczajowe tło. Z wielką niecierpliwością pokonywałam kolejne rozdziały, walcząc ze snem i zapominając o własnej codzienności na rzecz tej powieściowej. Wraz z Urbanowiczem pędziłam do finału w zaskakującym tempie, nie pozwalając sobie na strach i chwile zwątpienia, a zakończenie sprawiło, że emocje nie chciały opaść przez długi czas.

Tym, co najbardziej zaciekawiło mnie w tej powieści, była tematyka opętania. Przypadki, o których słyszałam do tej pory, przeraziły mnie do szpiku kości, nie można jednak zaprzeczyć, że wątek ten wciąż się sprawdza i na nowo intryguje. Poprzez ujawnianie się złych mocy autor buduje atmosferę grozy, odbierając czytelnikowi poczucie komfortu i bezpieczeństwa, budząc natomiast przerażenie i powodując duszności. Temat ten jest szalenie ciekawy sam w sobie, ale uzupełnienie powieści gangsterskiej o takie wątki to dla mnie strzał w dziesiątkę.

Urbanowicz pisze lekko, składnie, mądrze. Operowanie słowem przychodzi mu z wielką swobodą. Widać, że tworzenie opowieści przynosi mu satysfakcję. Jego historia jest przemyślana, dopracowana i ciężko jej cokolwiek zarzucić. Na każdym kroku udowadnia nam, że sięganie po polską literaturę rzeczywiście się opłaca. Czy czytelnik może chcieć więcej?

Za możliwość poznania tej historii serdecznie dziękuję Autorowi. 

  


piątek, 21 lipca 2017

Drogi Przyjacielu...



Autor: Stephen Chbosky
Tytuł: Charlie
Wydawnictwo: Remi
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 224
Gatunek: literatura młodzieżowa







Pisze do swojego przyjaciela. Dzieli się z nim radościami i smutkami. W tym pamiętniku dojrzewa, pozwala się poznać, uczy życia.

Choć sama do młodzieży się już nie zaliczam, lubię czasami sięgnąć po literaturę przeznaczoną dla nastolatków. Duże znaczenie ma jednak dla mnie, by były to książki dotyczące istotnych problemów dotykających młodych ludzi, opowieści o dojrzewaniu, zwrócenie się w stronę przyjaźni i siły rodziny. Nie lubię, a wręcz nie akceptuję, młodzieżowych romansów, książek, w których główni bohaterzy krążą wokół siebie często i gęsto. „Charlie” wydawał się idealnie wpisywać w mój gust. Na szczęście nie pomyliłam się.

Tym, co zrobiło na mnie w tej powieści największe wrażenie, jest sposób przedstawienia tej historii. Charlie zwraca się do swojego przyjaciela wykorzystując coraz mniej popularne pisanie listów, choć w dużej mierze przypomina to zapełnianie kartek pamiętnika. Chłopiec opowiada mu o swojej codzienności, o rzeczach, które go trapią, problemach mniej i bardziej istotnych. A jego wspomnienia i przeżycia nabierają głębi i bardzo osobistego charakteru za sprawą tak cenionej przeze mnie narracji pierwszoosobowej. Bardzo podoba mi się taka forma wprowadzania czytelnika w życie bohatera. W ten sposób możemy poczuć się bliżej, poznać lepiej, mocniej odczuć.

Charliego zdecydowanie nie można zaliczyć do typowych nastolatków. Chłopiec bardzo wyróżnia się na tle rówieśników dojrzałością i momentami dość przesadną wrażliwością. Na naszych oczach dojrzewa, przeżywa miłości i rozczarowania, poznaje wartość przyjaźni i gorycz porażki, smak łez i ludzką brutalność. Nieobce stają mu się narkotyki, a fantazje seksualne przekuwa w rzeczywistość. Większość tych doświadczeń robi na nim duże wrażenie i opowiada o nich niezwykle emocjonalnie. Czytałam, poznawałam, wspominałam. Rzeczy, o których pisze brzmiały bardzo znajomo, w końcu i nam dane było je wcześniej poznać. Mimo że powieść napisano z perspektywy młodego chłopca czułam, że mogłabym znaleźć z nim nić porozumienia, czułam, że go lubię, szanuję i akceptuję. A nawet, że udało mi się go poznać. Wszystko osnute zostało głębokim realizmem, ta pamiętnikowa, osobista forma nadawała temu spotkaniu intymności.

Wydaje mi się, że to jedna z tych powieści, w których każdy może znaleźć coś dla siebie, niezależnie od wieku, płci, czy etapie życia, na jakim się znalazł. Przede wszystkim dlatego, że uczucia towarzyszące Charliemu, wydarzenia w jakich bierze udział, ludzie, których spotyka wykraczają poza okres dojrzewania. Wiele z tych doświadczeń mogłaby dotyczyć osób starszych, być może niektóre wciąż ich jeszcze nie przeżyły. Autor porusza się wokół znanych tematów, a jednak nie miałam wrażenie jakiegoś powielania czy naśladowania. Mimo że ciężko doszukać się tutaj fabuły oryginalnej, to wykorzystanie ogranych motywów nie razi i nie przeszkadza.

Chbosky pisze lekko, sprawnie manewruje słowem, zapraszając nas do nastoletniego świata. Bardzo dobrze udało mu się odwzorować młodzieżowy język, choć wyczuwalna jest w  nim nutka dojrzałości bohatera, jaka przesyca jego codzienne wybory, dylematy, decyzje. Na tę dojrzałość wpływa również dojmujące uczucie melancholii, straty, przygnębienia- ale czy nie przeżywamy ich sami, na co dzień?

  

środa, 19 lipca 2017

TOP 5: Nie moje bestsellery

Jestem pewna, że każdemu z nas zdarzyło się sięgnąć po powieść określaną bestsellerem albo taką, która rzuciła na kolana innych czytelników, a po jej lekturze zastanowić się, o co ta afera. Nie pokochać, nie zrozumieć, może zostawić w połowie. Dziś chciałabym pokazać Was te powieści, które choć uznane przez innych, mnie nie przekonały. 





Po pierwszą część „Wiedźmina” (Krew Elfów) sięgnęłam zaintrygowana licznymi dobrymi opiniami (a może już zgnębiona naleganiem chłopaka J. I szybko wyhamowałam. Skończyłam, bo zazwyczaj kończę, ale nie podobało mi się. O ile całkiem przypadł mi do gustu wykreowany przez autora świat, o tyle narracja i sposób przedstawienia tej historii zupełnie mnie nie przekonał. Szkoda.










„Prawem Mojżesza” zachwycali się praktycznie wszyscy. Wydawało się, że to historia na miarę bestsellera, która skruszy serca nawet najtwardszych czytelniczek. Tymczasem ja poczułam się zawiedziona. Za dużo miłości było dla mnie w tym wszystkim, za dużo tego krążenia wokół siebie głównych bohaterów. Nie moja bajka.









„Lawendowy pokój” był jedną z tych książek, które musiałam przeczytać zaintrygowana zachwytami innych czytelników. Dla mnie okazał się czytelniczym nieporozumieniem. Im głębiej poznawałam tę powieść, im bardziej zanurzałam się w akcję, tym mocniej tonęłam. Niestety nie zatonęłam w ramionach głównego bohatera, nie opływałam również w zachwyty. Wręcz przeciwnie. Miałam wrażenie, że tonę i potrzebuję koła ratunkowego. Jak dla mnie nuda.








„Zabić drozda” to tytuł, który zwyczajnie wymaga poznania. Poznałam i jak dla mnie szału nie ma. Nie mogę absolutnie powiedzieć, by była to zła powieść. Po prostu nastawiłam się na lekturę, która złamie mi serce i zapadnie na zawsze w pamięć, a tak się niestety nie stało. Chyba podchodziłam do niej ze zbyt wielkim entuzjazmem i przesadną nadzieją.










„Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” to powieść, która swego czasu pojawiała się wszędzie. Kilkakrotnie widziałam, jak ludzie czytali ją w pociągach i autobusach. I po prostu nie mogłam się oprzeć, rozpierała mnie ciekawość. Książka zmęczyła mnie jak mało która. Poddałam się w połowie. Przede wszystkim akcja była dla mnie zbyt wolna, strasznie rozwleczona. Nie poczułam tego klimatu. 











Co myślicie o tych powieściach?

A jakie znane tytuły zawiodły Was?


wtorek, 18 lipca 2017

Viktor Arnar Ingólfsson "Tajemnica Wyspy Flatey" [recenzja przedpremierowa]




Autor: Viktor Arnar Ingólfsson
Tytuł: Tajemnica Wyspy Flatey
Wydawnictwo: Editio Black
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 284
Gatunek: kryminał







Zupełnie niespodziewanie ma morskim wybrzeżu zostają znalezione zwłoki mężczyzny. Wiadomość paraliżuje mieszkańców pobliskiej wyspy, którzy do tej pory żyli powoli i spokojnie. Co spotkało tajemniczego mężczyznę? Kim był? I jak trafił w te okolice? 



Po kryminały zawsze sięgam z wielką przyjemnością, ale też z wielkimi wymaganiami. Dość dobrze poznałam już ten gatunek i nie tak łatwo mnie zaskoczyć. „Tajemnica Wyspy Flatey” zwróciła moją uwagę nietypową fabułą, skupiającą się wokół legend i symboli. Miałam nadzieję, że lektura okaże się wyjątkowa. I w pewien sposób tak właśnie było.





Maleńka wyspa, gdzie ludzie żyją z polowań i hodowli. Potrafią cieszyć się tym, co mają. Nie zazdroszczą, troszczą się o siebie i swój byt. Dzień zaczyna się tam wraz ze wschodem słońca, a kończy już w trakcie nocy. To miejsce, w którym czas zwalnia. Autorowi udało się opisać to miejsce w sposób bardzo obrazowy. Podczas czytania pojawiały mi się przed oczami migawki skromnych lecz szczęśliwych ludzi, maleńkiej wyspy osnutej mgłą, dzikich zwierząt morskich i bujnej przyrody. Rzeczywiście poczułam ten klimat, przeniosłam się na chłodną Islandię i spokojną wieś. Zdecydowanie jest to mocna strona tej powieści.

Autor przede wszystkim jednak zainteresował mnie oparciem fabuły na motywie legend i symboli. Bieżące książkowe wydarzenia przeplatane są fragmentami księgi Flateyarbok, opowiadającej o losach starożytnych Wikingów. Na stronach powieści jest mowa również o tajemniczej zagadce, z którą mierzył się już niejeden śmiałek i wszyscy do tej pory polegli. Elementy te mocno mnie kusiły i popychały do przodu. Byłam szalenie zaintrygowana motywami dawnych legend tak mocno integrujących mieszkańców wyspy. A legendy, mocne, brutalne i interesujące, bardzo dobrze wpisywały się w klimat i ton, jaki autor starał się tej książce nadać.

Z pewnością nie jest to typowy kryminał. Nie zabrakło co prawda ofiary, ale do pozostałych, charakterystycznych dla tego gatunku elementów, autor podszedł dość elastycznie. Śledztwo w sprawie zmarłego mężczyzny odbywa się dość powoli. Akcja książki posuwa się do przodu stopniowo, bez wyraźnych zwrotów i zaskoczeń. To nie jest jedna z tych powieści, w których trup ściele się często i gęsto. Mam raczej wrażenie, że kryminalny klimat skupia się na pozostałych motywach, że nie o ofiary i brutalność w takiej postaci tu chodzi, a właśnie o całą tę otoczkę, o ten zimny, lecz magiczny w swojej prostocie świat.

Prowadzonego śledztwa również nie można określić jako standardowego. W dużej mierze posuwane do przodu przez przypadek oraz ludzi, którzy niekoniecznie powinni się nim zajmować. Z drugiej jednak strony prezentuje ono skrupulatność i dokładność, opierając się na przesłuchaniach mieszkańców wyspy. Powoli lecz konsekwentnie, wszystkie elementy zaczynają wskakiwać na swoje miejsce, dając czytelnikowi poczucie odprężenia i zadowolenia z lektury. Choć prawdę mówiąc nie miałabym jednak nic przeciwko bardziej dynamicznej akcji i poczuciu napięcia towarzyszącemu zazwyczaj takim lekturom.

Nie do końca również przekonałam się do książkowych bohaterów. Zostali oni bardzo sprawnie zarysowani, świetnie sprawdzają się w swoich rolach i przypisanych im miejscach, ale… Ciężko było mi wyrobić sobie na ich temat opinię, lepiej ich poznać, odczuć sympatię czy niechęć.

Wydaje mi się, że to książka wartościowa i ze względu na nietypową fabułę zapadająca w pamięć. Nie żałuję czasu, który jej poświęciłam. Dla mnie jednak była zbyt spokojna. Zwyczajnie wolę kryminały w bardziej brutalnej i krwawej odsłonie, jak choćby czytany ostatnio „Tak sobie wyobrażałam śmierć”. 

Za możliwość poznania powieści dziękuję Wydawnictwu Editio Black. 

niedziela, 16 lipca 2017

Zakręty losu




Autor: Maggie O'Farrell
Tytuł: Kiedy odszedłeś
Wydawnictwo: Sonia Draga
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 408
Gatunek: literatura współczesna 







Alice, będąca w żałobie po odejściu męża, postanawia odwiedzić rodzinne strony. Na miejscu czeka ją prawdziwy dramat, który sprawia, że kobieta czym prędzej wraca do Londynu. Kilka godzin później, w wyniku nieprzewidzianych okoliczności, zapada w śpiączkę. Co wydarzyło się podczas wizyty u rodziny? Co dokładnie spotkało męża Alice? Jakie sekrety przez lata ukrywała matka kobiety?

Dawno nie spotkałam się z tak chaotyczną narracją. Autorka z wielką fantazją łączy teraźniejszość z przeszłością, mieszając wydarzenia i wspomnienia, a tym samy tworząc zwyczajny galimatias. Zdecydowanie nie jest to dość powszechne przechodzenie między płaszczyznami czasowymi. O’Farell lawiruje między tym co jest, a tym co było, powracając do różnych etapów z życia bohaterek, czasami wspominając ich młodość, czasami dorosłość czy starość. Ona daruje sobie daty i naprawdę zaskakująco odnajduje się w tym bałaganie. Na początku lektury byłam tym zmęczona, rozczarowana i czułam złość z powodu takiego zamieszania. Z czasem jednak zaczęło mi się to podobać. Bo nigdy nie byłam pewna, do czego następnie się odniesie. A także dlatego, że w tym chaosie była jednak metoda. I w końcu wszystko zaskoczyło. I poukładało się niczym układanka zbudowana z prawdziwego, choć smutnego życia.

Autorka lubuje się w tym smutku. Tonie w basenie melancholii, rozpaczy, tęsknoty. Cała książka wypełniona została bólem i żałością. Miałam wrażenie, że nawet wydarzenia pozytywne, przepełniające bohaterki szczęściem zostały nimi naznaczone, by w finale doprowadzić do porażki. Przez cały czas czuć, że cos może się wydarzyć, że tylko czekamy na katastrofę. I nie wynika to bynajmniej z tego, że zostaliśmy o tym poinformowani już na początku. Po prostu tragedia wisi w powietrzu. Wszystkie smutki i negatywne emocje zaczynają do nas przylegać, oblepiają nas, próbując zostać na dłużej, tłamszą, męczą. Powieść przeładowana jest nieszczęściem, w którym łatwo się zatopić.

Wydaje mi się, że ten dramat opierał się przede wszystkim na tragicznych bohaterkach. Ich kiepskich wyborach, dylematach moralnych, zatrważających kłamstwach. Czasami miały chęć po prostu być szczęśliwe, jednak niepokojąco często kosztem innych, zapominając, co powinno być najważniejsze. Nie wiem, zbyt wiele kosztuje mnie chyba nawet próba przeanalizowania tego. Czuję się wyczerpana po tej lekturze, która zaczęła się dość niepozornie, a potem moje poczucie spokoju zamieniła w smutny grymas. Nie jestem pewna, czy którąś z nich rozumiałam, czy je lubiłam. Niewątpliwie jednak były sobą, szalenie szczere, smutnie prawdziwe, przepełnione goryczą i nieszczęściem. Wiarygodne w swoim cierpieniu. Liżące swe rany po cichu.

O”Farell pokazuje nam historię trzech pokoleń kobiet, które w ostatecznych rozrachunku okazują się do siebie zaskakująco podobne. Ich decyzje, wybory, kaprysy tworzą niezwykłą gamę emocji ukierunkowanych na znane nam i powtarzające się w literaturze kobiecej tematy. Mamy tutaj rodzinne piekiełka, miłosne rozczarowania, ból po stracie ukochanej osoby. Ograne motywy, które jednak pięknie się komponują. Lubiane tematy, do których wciąż mamy chęć wracać. Opowieść do bólu prawdziwą, emocjonalną, natchnioną życiem. I zaskakująco dojrzałą, szczególnie jak na debiut.

Autorka pisze dość lekko, choć jak już wspomniałam, stosunkowo chaotycznie. W tę powieść trzeba się wczuć, należy poświęcić jej uwagę, nieco skupienia. Zagubić się w świecie bohaterów, razem z nimi skoczyć w przepaść. Czyta się szybko, choć nielekko. Z dużą dozą zniecierpliwienia i zaciekawienia czekając na finał. Tymczasem zakończenie nie jest banalne, pozwala nam na własną interpretację. To my możemy wybrać, jak chcielibyśmy pamiętać te historię, a przynajmniej tak sobie tłumaczę.


czwartek, 13 lipca 2017

Lisa Scottoline "Czekam na ciebie" [recenzja premierowa]




Autor: Lisa Scottoline
Tytuł: Czekam na ciebie
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 502
Gatunek: literatura współczesna







Skorzystali z usług banku spermy. Oczekiwanie na dziecko przerodziło się jednak w prawdziwy dramat. Nie spodziewali się, że to dopiero początek koszmaru.


Do nowej książki Lisy Scottoline podchodziłam z wielką ciekawością i umiarkowanym zaufaniem. Jej poprzednia powieść zrobiła na mnie bardzo dobrze wrażenie, ale ta, którą zaczęła się nasza znajomość mocno mnie rozczarowała. Długo zastanawiałam się, jak będzie tym razem, ale niezwykły temat nie pozwolił mi odpuścić.





Nie przypominam sobie, żebym czytała powieść choć zbliżoną tematycznie do tej. Skorzystanie z usług banku spermy, podejrzenie, że dawca może być mordercą, poszukiwania prawdy- tak naprawdę nawet nie brałam pod uwagę, że ta książka mogłaby być zła, w innym wypadku mowa byłaby o zmarnowanym potencjale. Tymczasem Scottoline zaczyna bardzo dobrze, a z każdym kolejnym rozdziałem jest lepiej. Od początku czuć wielkie emocje, udzielające się nam na każdym etapie lektury.

Christine i jej mąż marzyli by zostać rodzicami, niestety tradycyjne rozwiązanie nie wchodziło w ich przypadku w grę. Skorzystanie z banku spermy wydawało się dobrym wyborem. Kolejne rozdziały uświadamiają nam, że niekoniecznie. Autorka bardzo dobrze oddaje uczucia małżonków, z jednej strony ukazując naturalne wątpliwości w przypadku takiej metody, z drugiej podkreślając pogłębianie się wewnętrznych konfliktów w miarę rozwoju akcji. Co ciekawe, rozwijając akcję z nastawieniem na główną bohaterkę, udało się jej ukazać emocje towarzyszące również jej małżonkowi, co moim zdaniem zasługuje na duże uznanie czytelnika.

Christine i Marcusa poznajemy bardzo dobrze. Konsekwencje skorzystania z usług dawcy spermy zmuszają ich do niecodziennych wyborów i decyzji, których konieczności podjęcia w ogóle się nie spodziewali. Konsekwentnie za nimi podążając wikłamy się w sieć wzajemnych oskarżeń, przykrych pretensji, poruszających dylematów, gorących łez i niezapomnianych kłamstw. Bardzo mocno zaangażowałam się w lekturę, w dużej mierze właśnie za sprawą towarzyszących mi uczuć wobec bohaterów i przykrej sytuacji, jakiej uczestnikami się stali. Scottoline skłania nas do refleksji, zachęca do posłuchania głosu własnego serca, do pamiętania o sumieniu i moralności. Pojawiają się też jednak złość, bezbronność, protest. Podczas lektury w naszych głowach przewija się cała gama uczuć, wyborów, konfliktów.

Autorka zbudowała bardzo wyraziste sylwetki bohaterów. Ich kreacje sprawiają, że nie można pozostać wobec nich obojętnym, a podejmowane przez nich decyzje skazują nas na zajęcie stanowiska i opowiedzenie się po którejś ze stron. Żadna z powieściowych postaci nie jest krystalicznie czysta. Popełniają błędy, kierują się egoizmem, kłamią. Dzięki temu jednak książka przepełniona została realizmem i po części może kojarzyć się z sytuacjami wyjętymi prosto z życia.



Interesujący temat, który został bardzo dobrze rozwinięty, charyzmatyczne sylwetki bohaterów, istotna i aktualna tematyka- elementy te tworzą z „Czekam na ciebie” bardzo dobrą powieść obyczajową. Co ciekawe, to wprowadzenie wątków przypominających te obecne na stronach thrillerów czy kryminałów, w dużej mierze sprawia, że ta książka jest jeszcze lepsza, urozmaica ją, ubogaca i sprawia, iż może przekonać większe grono odbiorców. W pewnym momencie Scottoline bez wahania odcina się od mądrej, choć dość słodkiej powieści kobiecej, na rzecz morderstw, krwi, pełnych mroku i zła obrazów. Wówczas, gdy książka zaczęła przypominać kryminał, moja ciekawość sięgnęła zenitu. I nie pozwoliła mi oderwać się od niej aż do ostatnich stron.



Większą część książki czytałam z zapartym tchem. Tak naprawdę do końca nie byłam pewna, czy dawca spermy faktycznie jest mordercą czy nie. Autorka chętnie zmieniała bieg akcji, wprowadzała nowych bohaterów, trzymała w napięciu. Dobrze się bawiła, a ja razem z nią.








Za możliwość poznania tej historii dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.  

wtorek, 11 lipca 2017

Zapisane w kościach




Autor: Bill Bass
Tytuł: Trupia farma
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 344
Gatunek: literatura faktu 






Trupia farma to miejsce dziwne, niepokojące i niepowtarzalne. Trup ściele się tam gęsto, jednak każde kolejne ciało zostaje przyjęte z wielkim entuzjazmem. Antropolodzy sądowi z wielką precyzją analizują rozkład zwłok, przyczyniając się do poszerzenia wiedzy w zakresie tego, co dokładnie dzieje się z ludzkim ciałem po naszej śmierci. Obrane przez nich metody mogą zadziwiać, czy obrzydzać, niemniej wykonywana przez nich praca jest niezwykle istotna.

Na lekturę „Trupiej farmy” miałam ochotę od bardzo, bardzo dawna. Nie mogłam sobie wyobrazić, że ktoś na co dzień zajmuje się pracą w takim charakterze. Tak po prostu obserwuje rozkładające się ciała, bada je pod kątem różnych aspektów, spogląda na śmierć z takiej perspektywy. Obcuje z różnymi gatunkami obrzydliwych robaków, radzi sobie z duszącym zapachem truposzy, zagłębia się w ten ponury świat zbrodni. A potem jakby nigdy nic wraca do domu, zapominając na chwilę o pracy i tym dziwnym powołaniu.


Największa i najpopularniejsza Trupia Farma została stworzona w 1981 roku przez doktora Billa Bassa. Zanim jednak do tego doszło, mężczyzna zdobywał doświadczenie zawodowe w różnych miejscach i o różnorodnych specjalizacjach. Pierwsza część książki umożliwia nam lepsze poznanie osoby Bassa, zrozumienie jak doszedł do miejsca, w którym się znalazł oraz jak jego zaangażowanie w pracę i naukę wpłynęło na utworzenie tego miejsca. Muszę przyznać, że Bass mnie szczerze zaintrygował. W dużej mierze za sprawą zdeterminowania w dążeniu do celu i pokazania nam, że to, o czym marzymy rzeczywiście jest w naszym zasięgu, a czasem możemy w ten sposób przyczynić się do pomocy innym.

Druga część książki okazała się niemniej ciekawa. Antropolog opowiada o rozwoju farmy, przedstawia swoich współpracowników oraz opowiada o najciekawszych śledztwach, w jakich mieli okazję uczestniczyć i pomóc. Każda z tych historii wywarła na mnie wielkie wrażenie. Ciężko uwierzyć, że istnieją na świecie ludzie, potrafiący czytać z kości bądź fragmentów ludzkiego ciała w taki sposób. Pomagając w ten sposób policji, rodzinom poszkodowanych osób czy sądom oraz firmom ubezpieczeniowym. Odniosłam wrażenie, że dla Bassa i jego towarzyszy nie ma rzeczy niemożliwych, co nie oznacza jednak, że zawsze wszystko przychodzi im łatwo i nigdy się nie mylą.

Choć nie zawsze czytało mi się łatwo, robaki mnie obrzydzały, a rozkładające się zwłoki nie pozwalały skupić uwagi, nie mogłam się oprzeć tej powieści. Z wielką przyjemnością zagłębiałam się w lekturze, angażując się w rzeczywistość, którą mogę poznać jedynie w taki sposób i przekonując się, że w prawdziwym świecie jest jeszcze ciekawiej niż w przepełnionych mrokiem i złem książkach.


Bass zdaje sobie sprawę, że jego czytelnicy to amatorzy i większość z nich niewiele wspólnego ma z antropologią sądową. Dlatego tłumaczy nam wszystko cierpliwie, czasami kilkakrotnie powtarzając te same rzeczy i wracając do nich w kolejnych rozdziałach. Nie miałam nic przeciwko takim wskazówkom. Choć niewiele niestety udało mi się zapamiętać, czytało mi się naprawdę dobrze.





„Trupia farma” to lektura wymagająca, ale szalenie ciekawa i niepozwalająca o sobie zapomnieć. Dobrze, że istnieją takie miejsca i żyją tacy ludzie. Polecam Wam ją serdecznie.