niedziela, 3 lutego 2019

Gillian McAllister "Wszystko oprócz prawdy"




Autor: Gillian McAllister 
Tytuł: Wszystko oprócz prawdy
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 400
Gatunek: literatura współczesna  







Kiedy Rachel wzięła do ręki komórkę Jacka, nie spodziewała się tego, co może tam znaleźć. Kochała tego mężczyznę i ufała mu bezgranicznie, nagle jednak nabrała obaw. Czego dotyczyła tajemnicza wiadomość? Dlaczego Jack zaczął zachowywać się tak niespokojnie? Ile czasu potrzeba, by dobrze kogoś poznać? A może nie jesteśmy w stanie dotrzeć do tych, którzy nie chcą nam na to pozwolić?  

Zapoznając się z opisem książki przygotowanym przez wydawcę, spodziewałam się, że mam przed sobą dobry, psychologiczny thriller. Taka propozycja mocno podziałała na moją wyobraźnię, bowiem thriller to jeden z moich ulubionych gatunków. Tymczasem „Wszystko oprócz prawdy” to raczej połączenie wątków obyczajowych z tymi, jakie są charakterystyczne dla nieco mroczniejszych gatunków. Na początku byłam tym faktem nieco rozczarowana, jednak zagłębiając się w tę opowieść, zrozumiałam, że ciężko mieć autorce takie rozwiązanie za złe.

Dlaczego? Przede wszystkim ze względu na fakt, że obydwie te warstwy okazały się całkiem interesujące. Z jednej strony poznajemy życie głównej bohaterki i związane z nim smutki, żale, wspomnienia, pragnienia, a nawet tajemnice. Z drugiej zaś podążamy śladem jej partnera, który szybko okazuje się być zupełnie inną osobą, niż można by przypuszczać. Ukrywane przez niego sekrety powodują stopniowe zagęszczenie atmosfery, sprawiając, że podczas lektury ogarnia nas przekonanie, iż coś jest na rzeczy, a ten pozorny spokój, to jedynie cisza przed burzą.

Uwielbiam tajemnice. Uważam, że najlepiej budują one nastrój napięcia i niepokoju. Wywołują poczucie zagrożenia, podgrzewają atmosferę, sprawiają, że klimat zaczyna być mroczny i nieprzyjemny. Dokładnie tak wygląda sytuacja w powieści Gillian McAllister. Jedno spojrzenie na wiadomość, które nie powinno mieć miejsca. Chwila zastanowienia i chęć zrozumienia, czego ta wiadomość mogła dotyczyć. Powolne poszukiwanie prawdy. Poznawanie nowych faktów. Pytania bez odpowiedzi. I refleksje. Całe mnóstwo refleksji.

W dużej mierze za ich sprawą doceniłam tę książkę. Choć dość często podczas lektury w mojej głowie rodzą się różne przemyślenia, to rzadko mam chęć się nimi z kimś podzielić, a po zakończeniu powieści zazwyczaj odkładam ją na półkę i nie wracam już do niej myślami. Tym razem rodzące się w głowie pytania i uporczywe refleksje sprawiły, że rzeczywiście nabrałam ochoty na przedyskutowanie fabuły. Jak bardzo powinniśmy odsłonić się przed drugą osobą? Ile faktów na swój temat jesteśmy jej winni? Czy mamy prawdo do tajemnic czy wspólna przyszłość zobowiązuje nas do ujawnienia przeszłości?

Bardzo podoba mi się także, że McAllister poprowadziła narrację dwutorowo, naprzemiennie skupiając się na wydarzeniach sprzed roku oraz tych, które rozgrywają się tu i teraz. Takie rozwiązanie zawsze mocniej przykuwa moją uwagę i budzi większe zainteresowanie powieścią. Zazwyczaj, tak jak w tym przypadku, kryją się w nim także kolejno ujawniane sekrety i informacje, jakie zostały przemilczane na początku, a ja uwielbiam podążać ich śladem, oczekując konfrontacji.



Pewne kontrowersje może budzić zachowanie i postępowanie bohaterów. To świetnie, że autorka nie próbowała ich w naszych oczach wybielać, jednak niektóre decyzje wydały mi się niezrozumiałe. Ale fakt, że nie ze wszystkim mogłam się pogodzić wywołał przecież kolejne emocje, czyli także zadziałał ostatecznie na korzyść przy ocenie książki.





McAllister pisze bardzo lekko, dzięki czemu utwór poznajemy zadziwiająco szybko. Pierwszoosobowa narracja sprawia, że historia wydaje się bliższa czytelnikowi, bardziej realna, a rozterki bohaterki doprowadzają do tego, że możemy spróbować postawić się na jej miejscu. To także sprawia, że czyta nam się lepiej i przyjemniej.

Nie można powiedzieć, że „Wszystko oprócz prawdy” to literacki majstersztyk czy bestseller. Powieść dostarcza jednak emocji i zmusza do refleksji, łącząc interesujące motywy obyczajowe z niepokojącym wątkiem odpowiednim dla dobrego thrillera. Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek naprawdę zawiodła się na powieści należącej do klubu „Kobiety to czytają”, a i tym razem nie było inaczej.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka. 

sobota, 2 lutego 2019

STYCZEŃ NA ZDJĘCIACH :)

Styczeń minął mi błyskawicznie. Nie przeszkadza mi to jednak wcale, bo po prostu nie mogę doczekać się wiosny! :) Na szczęście styczeń był zaczytany i obfitujący w świetne książki.




A jaki był Wasz styczeń?

Które z tych tytułów są Wam znane?

A może polecicie jakąś powieść wartą uwagi?


środa, 30 stycznia 2019

Ilona Gołębiewska "Teatr pod białym latawcem"




Autor: Ilona Gołębiewska
Tytuł: Teatr pod białym latawcem
Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 482
Gatunek: literatura współczesna







Zuzanna znalazła się na życiowym zakręcie. Straciła wszystko, co wcześniej brała za pewnik, a jej życie zmieniło się z dnia na dzień. Szukając inspiracji do napisania poruszającego artykułu, dziennikarka natrafia na ślad zapomnianej już aktorki i fundacji, o której wcześniej nie słyszała. Czy w pogoni za szczęściem znajdzie czas na to, co naprawdę ważne?

Bardzo cenię sobie literaturę obyczajową, staram się jednak zawsze wybierać książki z najwyższej półki. Takie, które nie tylko zaintrygują tematem, ale również utrzymają zainteresowanie i skupienie za sprawą jego realizacji oraz te, które zostają z czytelnikiem jeszcze na długo po odłożeniu ich na półkę.

„Teatr pod białym latawcem” to wnikliwe spojrzenie na kwestie, jakie nie mogą pozostawić czytelnika obojętnym. Na kolejnych stronach powieści przeplatają się bowiem tematy trudne, uniwersalne, trafiające do naszej wyobraźni i skłaniające nas do zajęcia konkretnego stanowiska zarówno względem opisywanych wydarzeniach, jak i biorących w nich udział bohaterów. Przez tę powieść nie sposób przebrnąć szybko, bez refleksji, bez poświęcenia czasu konkretnym sytuacjom czy przywołania własnych wspomnień.


Swojej historii Gołębiewska nadała taki damsko- męski charakter. Poszczególne rozdziały nie skupiają się bowiem jedynie na problemach, dylematach i decyzjach kobiecych. W tym utworze mężczyźni także mają głos, a poświęcone im kwestie są niemniej istotne. Dzięki temu utwór staje się bardziej uniwersalny, realistyczny i wiarygodny. Bez problemu możemy postawić się na miejscu bohaterów i spróbować odnaleźć się w ich niełatwej codzienności.

Powieściowi bohaterzy bardzo się autorce udali. Każdego z nich obdarowała zestawem cech, dzięki którym nabrali ludzkiego wymiaru, raz po raz przypominając nam nas samych. Zarówno damskie, jak i męskie charaktery oddane zostały drobiazgowo, dokładnie, z wielką sympatią dla każdej z postaci. W tej książce nic nie jest czarne czy białe, rzeczywistość ma wiele odcieni szarości i ta szarość kształtuje również decyzje bohaterów. Oni także wpływają na fakt, że historia wydaje się być wzięta prosto z życia.

„Teatr pod białym latawcem” to wyrazista, poruszająca, głęboka i mądra opowieść o życiu- tym, co w nim najpiękniejsze i tym, co może budzić największe rozczarowanie. Gołębiewska pięknie przeplata ze sobą elementy wywołujące mnóstwo emocji, sprawiając, że bardzo łatwo w tej książce się odnaleźć, odnosząc przy tym wrażenie, jakby napisana ona została właśnie dla nas. Po to, by zwrócić nam uwagę na pewne aspekty, przywołać wspomnienia, skłonić do pogodzenia ze sobą i spojrzenia na przyszłość w inny sposób.


Autorka ma bardzo lekki, przyjazny czytelnikowi styl. Przez tę historię po prostu się płynie, kolejne strony czytając w niewyobrażalną wręcz prędkością. Przewrotnie jednak, prędkość ta nie sprawia, że brakuje nam czasu na emocjonalne przystanki, będące poniekąd obowiązkiem podczas tej lektury. Widać, że Gołębiewska przelała na tę historię pasję, wiedzę, doświadczenie. Całość wydaje się bardzo dojrzała. Ciężko do czegokolwiek się w tym przypadku przyczepić.

Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości księgarni internetowej selkar. Serdecznie Was zapraszam do przejrzenia wszystkich Książek Dla Kobiet, jakie znajdują się w ofercie.
  

poniedziałek, 28 stycznia 2019

Manal Asz- Szarif "Saudyjka za kierownicą" [recenzja przedpremierowa]




Autor: Manal Asz- Szarif
Tytuł: Saudyjka za kierownicą
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 494
Gatunek: autobiografia 







Los kobiet żyjących w Arabii Saudyjskiej dla nikogo właściwie nie jest już tajemnicą. Konieczność podporządkowania się mężczyźnie, gorsze możliwość, przebywanie na (zawsze) straconej pozycji- to jedynie kilka elementów charakterystycznych dla ich codzienności. Mimo że na ten temat powstało już sporo publikacji, nie znaczy to jednak, że przestał on szokować lub zaczął wywoływać obojętność. Nie, wręcz przeciwnie.

Po historię Manal sięgnęłam z ciekawości i chęci przekonania się, jakie wydarzenia doprowadziły do jej konfrontacji z władzami. Koniecznie pragnęłam się dowiedzieć, jak daleko posunęła się w celu udowodnienia, że kobieta nie jest w niczym gorsza od mężczyzny i podobnie jak on ma prawo do normalnego życia, nieregulowanego zbiorem absurdalnych nakazów. W jej pojęciu jedną z takich niedorzecznych i narzuconych bezpodstawnie zasad jest niemożność kierowania przez kobiety autem. Choć kwestia ta nie została uregulowania w kodeksie drogowym zbiór powszechnych norm uznaje ją za obowiązującą.

Na kolejnych stronach powieści autorka przytacza wiele problemów związanych z tym tematem. Kobiety powinny bowiem przemieszczać się jedynie w towarzystwie opiekunów lub korzystać z taksówek. Nikogo nie interesuje, że takowy opiekun nie ma czasu, chęci lub sposobności pomóc, a taksówek brakuje lub ich kierowcy wykorzystują sytuację. Co ciekawe, jazda taksówką w przewrotny sposób traktuje przepis, że kobieta nie powinna przebywać sama w obecności obcego mężczyzny. Te dziwaczne zakazy i normy sprawiły, że Manal postanowiła zawalczyć o swoje prawa i przeciwstawić się temu, co od zawsze uznawano za coś normalnego.

Książka w dużej części traktuje o tym, jak jej autorka doprowadziła do sporu z władzami, ściągając na siebie gniew, obelgi i groźby. Mimo że sprawa ściśle dotyczyła przepisów związanych z ruchem drogowym, nie obyło się również bez policji religijnej i pobytu w więzieniu. Bardzo się cieszę, że Manal nie tylko postanowiła zawalczyć, ale także szczegółowo opisała swoją historię. Podczas lektury towarzyszyły mi rozmaite emocje, obejmujące zarówno złość i poczucie niesprawiedliwości, jak i dumę i przeświadczenie, że cała sprawa warta była poświęcenia.

Choć w dużej części powieść poświęcona została kwestiom związanym z kobietami za kierownicą, to jednak temat ten w dużej mierze stanowi punkt wyjścia dla głębszych rozważań. Autorka bowiem chętnie, szczerze i wiarygodnie opowiada o tym, jak wyglądało jej życie, zanim doszło do konfliktu z władzą. Nie ukrywa faktów dotyczących trudnego dzieciństwa, a z jej opowieści wyłania się portret kolejnej uciskanej kobiety, której doświadczenia wyniesione z dzieciństwa i młodości w dużym stopniu wpłynęły na to, jakąś stała się osobą.

Duże wrażenie zrobiła na mnie również sama Manal. Możemy sobie tylko wyobrażać, jak trudno jest w takim kraju przeciwstawić się mężczyźnie, ściągając na siebie gorzkie słowa, przemoc, nieprzychylność i obawiając się konsekwencji. A jednak autorka książki postanowiła spróbować zdobyć to, na czym tak mocno jej zależało, zaryzykowała wszystko i spotkała ją za to surowa kara. Nie jest łatwo walczyć o siebie i swoje marzenia, szczególnie w takim miejscu.



„Saudyjka za kierownicą” to ważna, pouczająca i dająca do myślenia lektura. Napisana realistycznie i przejmująco, ale przy tym bardzo lekko i intrygująco. Wspaniale czytało mi się o życiu Manal, a pokonując kolejne rozdziały nie raz pomyślałam, że można pogratulować jej odwagi i konsekwencji. Serdecznie polecam.

Za przesłanie książki do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu W.A.B. 

piątek, 25 stycznia 2019

Danka Braun "Morderstwo przy drodze krajowej 94"



Autor: Danka Braun
Tytuł: Morderstwo przy drodze krajowej 94
Wydawnictwo: Prozami
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 352
Gatunek: literatura współczesna 







Po 30 latach od serii brutalnych zbrodni, znalezione zostaje ciało mężczyzny, który za nie odpowiadał. Czy zabójstwo okazało się efektem zemsty? A jeśli tak, to dlaczego dokonano go dopiero kilka lat po opuszczeniu przez niego więzienia? Kto miał motyw? A może w grze pojawił się nowy zawodnik?

Danka Braun przyzwyczaiła mnie już do intrygujących połączeń wątków obyczajowych z tymi, jakie są charakterystyczne dla dobrego kryminału. Sięgając po jej powieści zawsze spodziewam się, że zaskoczą mnie one z każdej możliwej strony- pomysłem, klimatem, zmianami akcji i oczywiście także zakończeniem.

W „Morderstwie…” pieczę nad rozwiązaniem zagadki zabójstwa przejmuje prywatny detektyw, któremu ramię w ramie służy emerytowany policjant. Taki duet sprawia, że akcja nabiera werwy, z jednej strony bowiem ich działania opierają się na latach doświadczenia i wspomnieniach różnego rodzaju przypadków, z drugiej zaś wyczuć można świeżą energię i zapał do rozwiązania pierwszej poważnej sprawy. Takie zestawienie bardzo dobrze się sprawdziło, a bohaterzy dobrze do siebie pasowali.



Całkiem interesująca okazała się również kwestia samego morderstwa. Choć sprawa nie była zawiła, a ilość wątków nie namnażała się w trakcie, to jednak każdy, kto pojawił się na liście podejrzanych świetnie nadawał się do zyskania miana zbrodniarza. Efektem poszukiwań tego, kto faktycznie zabił, stało się solidne, wytrwałe i drobiazgowe śledztwo, które nie raz mogło zamieszać czytelnikowi w głowie. Szczerze mówiąc dość długo wydawało mi się, że całość wypada dość spokojnie, a autorka mogła jednak popuścić mocniej wodze fantazji. Tymczasem docierając do zakończenia, uświadomiłam sobie, że to w nim tkwi cała siła tej historii. To tam kryło się zaskoczenie, gwałtowny zwrot akcji i fakty, jakie Braun sprytnie przed nami zataiła.

Wątek kryminalny nadaje powieści dość mroczny i ciężki klimat. Samo śledztwo, całkiem spokojne, dotyczy w końcu bardzo nieprzyjemnej historii, jaka cieniem położyła się przez lata na życiu wielu osób. A autorka powieści świetnie potrafi to wykorzystać, działając na czytelniczą wyobraźnię, przykuwając uwagę i utrzymując w stanie permanentnego zaciekawienia. Klimat książki staje się posępny i ponury również dzięki bardzo niepokojącym kwestiom, jakie porusza.  Braun nie boi się wyzwań i opiera akcję na wyrazistych wydarzeniach, budując klimat w oparciu o brutalność, przemoc i strach.

Autorka przyzwyczaiła mnie także do lekkiego pióra i bardzo swobodnego stylu. Kilkakrotnie przekonałam się, że każda z jej powieści zyskuje na wartości za sprawą przyjaznej czytelnikowi narracji, która miejscami dość frywolna potrafi niepostrzeżenie uderzyć w bardziej dobitny i mroczny ton. Braun nie ubarwia na siłę, korzysta z prostego języka, który kieruje opowieść prosto do serca czytelnika.

Jedyny zgrzyt pojawił się przy tym obyczajowym aspekcie. Wiem, że autorka chętnie łączy takie kwestie z kryminalnym zacięciem i do tej pory bardzo mi to odpowiadało, ale tym razem nie potrafiłam się w tym odnaleźć. Wydawało mi się to trochę niepotrzebne i przesadzone, albo raczej tym sprawom poświęcone zostało w mojej opinii za dużo miejsca. Myślę, że to charakterystyczne dla początków serii i w ten sposób jestem w stanie to zaakceptować- bo zakładam, że z młodym detektywem jeszcze się spotkamy.


„Morderstwo przy drodze krajowej 94” to interesująca historia, która z pewnością przekona wiele czytelników. W dużej mierze ze względu na fakt, że świetnie łączy różne aspekty, sprawiając, że każdy może znaleźć w niej coś dla siebie.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Prozami.

poniedziałek, 21 stycznia 2019

Kaira Rouda "Ten jeden dzień" [recenzja przedpremierowa]




Autor: Kaira Rouda
Tytuł: Ten jeden dzień
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 352
Gatunek: literatura współczesna/thriller psychologiczny







Wydaje się, że życie Paula i Mii jest idealne. Piękny dom, wspaniałe dzieciaki, małżeństwo zbudowane na solidnych fundamentach. Tylko ile w tym wszystkim jest prawdy, a ile iluzji?

Tym, co w przypadku tej powieści, zasługuje na największą uwagę czytelnika jest z całą pewnością kreacja głównego bohatera. Rouda stworzyła bardzo wyrazisty, mroczny, realistyczny i działający na wyobraźnię portret, jaki przez cały czas trwania lektury wywołuje napięcie i niepokój. Subtelne sygnały, jakie autorka daje nam od początku książki, stopniowo narastają, by uderzyć w nas z całym impetem pod koniec powieści, potwierdzając tym samym wszystkie nasze najgorsze przypuszczenia.

Paul to skoncentrowany na sobie psychopata. Człowiek przekonany o własnej nieomylności, skupiony na realizacji własnych celów za wszelką cenę, czujący palącą potrzebę kontrolowania wszystkich i wszystkiego. Zagłębiając się w akcję „Tego jednego dnia”, poznajemy wszystkie złe uczynki, jakich się dopuścił. Z kolejnych stron powieści wyłania się obraz człowieka groźnego, pustego, zdolnego do wszystkiego. I to ta charakterystyka wywołała we mnie podczas lektury najwięcej emocji. Uwielbiam takich bohaterów i lubię czuć rodzącą się we wnętrzu obawę i niepewność, oparte na podejmowanych przez nich decyzjach.

Rouda świetnie spisała się także wybierając narrację pierwszoosobową. Taki sposób przedstawienia historii w tym wypadku sprawdził się znakomicie. Podążając za słowami Paula czujemy się tak, jakbyśmy mieli okazję w tych wydarzeniach uczestniczyć, a przynajmniej obserwować je z bliska. Bohater zwraca się do nas jak do starych znajomych, utrzymując narrację w lekkim, momentami niemal gawędziarskim tonie. Swobodny styl i przyjazne czytelnikowi pióro sprawiają, że książkę czyta się szybko i przyjemnie.


Bardzo podoba mi się także, że akcja powieści została zamknięta w jednym dniu. Już zerkając na jej tytuł, zaczęłam się zastanawiać, ile faktycznie może wydarzyć się tak krótkim czasie. Czy jeden dzień rzeczywiście może zmienić czyjeś życie? Czy to odpowiednie tło dla wydarzeń będących podstawą do skonstruowania dobrego thrillera? Czy te kilkanaście godzin pozwoli autorce zbudować zaskakującą i mroczną akcję, czy sprawi, że czytelnik otrzyma jedynie zarys pomysłu? Na szczęście Rouda zmieściła się w tym czasie idealnie, umieszczając w tych godzinach wiele emocji i refleksji.

Można by powiedzieć natomiast, że miejsca nie starczyło już na samą akcję. Bo choć podczas lektury można poczuć niepewność, to jednak napięcie wydaje się praktycznie w całości oparte na sylwetce głównego bohatera i jego postępowaniu, a nie oszałamiających incydentach i porywających zwrotach akcji. Pod tym kątem powieść okazała się dla mnie nieco zbyt spokojna i senna. Przez cały czas czekałam, aż główny bohater mnie zaskoczy, a wydarzenia nabiorą tempa, ale tak się nie stało. Zaskoczenie możemy poczuć docierając do zakończenia, które z pewnością wzbudzi w nas także sporo przemyśleń, ale jednak do tego miejsca wszystko odbywa się niespiesznie i leniwie.

„Ten jeden dzień” to świetnie napisana historia, która stanowi dobrą rozrywkę czytelniczą. Mimo że okazała się trochę zbyt spokojna, to autorce nie można odmówić dobrego pomysłu i całkiem ciekawego sposobu, w jaki go zrealizowała.

Za przesłanie książki do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu W.A.B. 

niedziela, 20 stycznia 2019

Katarzyna Puzyńska "Rodzanice" [recenzja przedpremierowa]




Autor: Katarzyna Puzyńska
Tytuł: Rodzanice
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2019
Liczba stron: 560
Gatunek: kryminał 







Co łączy martwą dziewczynę znalezioną na zamarzniętym jeziorze i zamordowaną dziennikarkę, na której ciele znaleziono ślady ugryzień? Czy krwawy superksiężyc, dawne legendy i dziwne wierzenia mają związek z zabójstwami? Gdzie zniknęła Klementyna Kopp? I co ma na sumieniu Daniel Podgórski?

“Rodzanice” to dziesiąty tom cyklu o Lipowie. Pamiętam jak dziś ten moment, kiedy dopiero zaczynałam swoją przygodę z twórczością Katarzyny Puzyńskiej. Nigdy nie pomyślałabym, że autorka zabrnie tak daleko i że ja tak mocno się zaangażuje. Kolejny raz udowodniła nam jednak, że wciąż potrafi zaskoczyć i przykuć uwagę, a pomysłów jej nie brak.

Rzadko kiedy czytam serie czytelnicze. Długie cykle nie są dla mnie, a poza tym zazwyczaj po kilku tomach ten format zaczyna nużyć, cała fascynacja fabułą i bohaterami powoli się kończy, a wspomnienie tego, co było dobre, a już nie jest- powoduje nostalgię. Tymczasem saga o Lipowie przez cały czas utrzymuje się na wysokim poziomie. Akcja kolejnych powieści skupia się wokół intrygujących spraw, nie sposób nadążyć za rozwojem wydarzeń, autorka wciąż zaskakuje zwrotami akcji, a bohaterzy zmieniają się na naszych oczach. Nigdy nie zdarzyło mi się, żeby którakolwiek z książek Puzyńskiej wywołała u mnie negatywne emocje, a i tym razem nie było inaczej.

Fabuła „Rodzanic” stanowi elektryzujące połączenie elementów charakterystycznych dla dobrego kryminału z tymi, jakie powinny pojawić się w każdej powieści obyczajowej z wyższej półki. Dzięki temu zainteresowanie czytelnika jest wciąż podsycane, nagromadzenie tematów i ujawnianie nowych faktów wymaga skupienia uwagi i odłożenia na później innych spraw, a intrygująca całość sprawia, że nasza wyobraźnia działa na podwyższonych obrotach. I ciężko powiedzieć, które elementy mocniej przyciągają, bo tradycyjnie już mocne i mroczne śledztwo idzie w parze z jeszcze okrutniejszymi wątkami obyczajowymi- nie tylko stanowią one świetne uzupełnienie dla pozostałych wydarzeń, ale tworzą także wartość samą w sobie.

Dziesiąta część cyklu o Lipowie jest jedną z najlepszych. W powieści przez cały czas wiele się dzieje. Czytelnik nie ma czasu na załapanie oddechu, a każda nieplanowana przerwa wywołuje zniecierpliwienie. Puzyńska kluczy między wydarzeniami, rzuca cień podejrzeń na każdego z bohaterów, sugeruje, podszeptuje, miesza nam w głowie. Im więcej ujawnia, tym trudniej się w tym jednak odnaleźć. Na każdą ujawnioną informacje przypada następna tajemnica. Bardzo szybko czujemy w głowie mętlik, zatrzymujemy się, by na spokojnie pomyśleć. Ale w żadnym wypadku nie wywołuje to rozdrażnienia i nie budzi irytacji. Dzięki temu każdy z nas staje się detektywem, podąża niespokojnie za autorką, próbując zrozumieć wszystko przed finałem, rozgryźć na własną rękę to, co przygotowała dla nas tym razem.


Puzyńska przyzwyczaiła nas do tego, że obok poruszającego kryminalnego śledztwa, możemy liczyć na niemniej poruszające wątki obyczajowe. Tym razem autorka przeszła jednak samą siebie. Uwielbiam mroczne sprawy, niedoścignionych morderców, skomplikowane zagadki, ale „Rodzanice” wyjątkowo zrobiły na mnie większe wrażenie za sprawą tych ujawnionych sekretów, brudnych tajemnic, tematów, o jakich niezwykle trudno rozmawiać czy myśleć.



Warto wspomnieć również o bohaterach powieści. Wracając do nich kolejny już raz, traktujemy ich jak starych znajomych. Mamy pojęcie, czego możemy się po nich spodziewać. Jedni budzą sympatię i przywołują na twarz uśmiech, drudzy sprawiają, że na wierzch wypływają nieprzyjemne uczucia. Autorka zadbała natomiast o to, by te postacie nam nie spowszedniały, sprawiając, że za sprawą książkowych wydarzeń, mamy okazję spojrzeć na nich inaczej. Ich decyzje zaskakują, oni także potrafią jeszcze zadziwić.

Łącząc wszystko w taki sposób autorka przygotowała prawdziwą bombę. Uwielbiam sagę o Lipowie i być może ze względu na ten fakt patrzę na pewne sprawy z przymrużeniem oka, ale ta część wzbudziła we mnie wiele gwałtownych emocji i całkowicie przewróciła mi w głowie. Z pewnością to jedna z lepszych, a może i najlepsza z całego cyklu? Serdecznie polecam.  

Za możliwość przeczytania książki przed premierą serdecznie dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.